Anna Goluba

Wpisy z tagiem: wzorce

piątek, 20 listopada 2015

Swoboda.
Jedna z tych rzeczy, która może zostać odebrana zanim dobrze się ją poznało lub w ogóle poznało. Bo można jej nie poznać wcale. Nie zaznać.
Swoboda w zachowaniu, w okazywaniu uczuć, w wypowiadaniu tego, co się myśli. Swoboda bycia. Sobą.
Odebrana zanim się jej zaznało, jak wszystko, co zniknęło zanim się zrodziło, może być bardzo trudna do odzyskania.
Dlatego ten tekst jest przeznaczony głównie dla rodziców. Dla tych z Was, którzy zaczynają się orientować, że Wasza relacja z dzieckiem uległa pewnemu usztywnieniu, jakby odśrodkowemu zahamowaniu, a Wy nie wiecie, czemu tak się stało.
Łatwo to jednak ustalić. Trzeba zapytać siebie - dlaczego moje dziecko nie ma ochoty uczestniczyć w zajęciach na które je zapisuję, dlaczego nie chce spędzać czasu w taki sposób w jaki mu proponuję? Przecież to byłoby dla niego najlepsze.
Na pewno?
Najlepsze, tak naprawdę, dla kogo?
W tym momencie może zacząć budzić się Twoja świadomość. Jeśli bowiem uważasz, że to, co proponujesz dziecku jest dla niego najwspanialsze, że Ty zawsze o tym marzyłeś...Zatrzymaj się. Jesteś już w domu. W domu przebudzonej świadomości, musisz teraz tylko rozpoznać, co tu dają :-)
Ty marzyłeś. To Ty marzyłeś.
Nie jesteś swoim dzieckiem, ani ono nie jest Tobą. Twoje dziecko nie musi marzyć o tym samym, o czym marzyłeś Ty. Nie dość na tym. To, co kiedyś było dla Ciebie równie ważne, jak oddech, dla niego może być całkiem obce, a czasem nawet odpychające, tłamszące...
Zamiast więc wpychać dziecko w SWOJE rozmaite wizje dotyczące jego obecnego, a zarazem przyszłego życia, bo każda obecna chwila jest zalążkiem tak przeszłej, jak i następnej, wysłuchaj go. Zapytaj, czy odpowiada mu to ubranie, które na niego zakładasz? Zapytaj, czy na pewno chce chodzić na kurs tańca lub jakikolwiek inny? A może po prostu zapytaj, co go interesuje. Jeśli jednak zabierzesz mu swobodę ruchów, rozumianą w szerokim znaczeniu tego słowa, swobodę przejawiania jego jestestwa... Nie zdziw się, jeśli któregoś dnia, najpierw jako już trochę starsze, coraz bardziej świadome siebie dziecko, a potem już jako dorastający, wreszcie dorosły człowiek, w pewnej chwili zniknie. Nawet jeśli będzie tuż obok Ciebie, nie będziesz w stanie go wyczuć, dosięgnąć, w żadnej sprawie, ani prośbą, ani groźbą. Bo ktoś, komu odebrano swobodę przejawiania się, pozostanie zamknięty - siłą rzeczy. To zamknięcie, z upływem czasu, będzie się coraz bardziej uszczelniać, a wewnątrz niego będą narastać, ogromnieć sprawy, talenty, potrzeby, pragnienia, które nieuwolnione wtedy, gdy była ich pora, stopniowo zaczną wynaturzać się, zaprzeczać same sobie... Z tego, co mogło być dobre, życiodajne, twórcze, zrodzą się dziwne twory - najpierw na poziomie energetycznym, ponieważ jednak nic nigdy na nim nie pozostaje, tylko zaczyna się zagęszczać, a potem materializować, ważny jest czas.
Więc pomyśl. Zacznij słuchać. Słuchaj uważnie tj. w stanie otwartości. Tak, jak pewnie nigdy nie wysłuchano Ciebie, inaczej przecież nie próbowałbyś  niczego dziecku (nieświadomie) narzucać.
Słuchanie, na początku, sprawi Ci trudność. Będziesz musiał bowiem odstawić wszystkie swoje filtry tj. przekonania, zasady z którymi dorastałeś i z których nie wszystkie są Twoje, nie synchronizują z twoim wnętrzem. Będziesz musiał oddzielić jedne od drugich. Te, które nie są twoje będą bardziej napierały na Twój sposób myślenia, po tym je rozpoznasz. Kiedy zaś już zostaniesz z tym, co według Ciebie jest jedynie słuszne i na pewno Twoje, to też będziesz musiał odstawić wsłuchując się w pragnienia i potrzeby Twojego dziecka. Nie jesteś bowiem w stanie szybko rozpoznać co z tego, co teraz wyznajesz, i co pozwala Ci funkcjonować, stanowi składową systemu asekuracyjnego umożliwiającego ci przetrwanie mające niewiele wspólnego z życiem. Takie rozpoznanie to złożony proces, niejednokrotnie wydłużający się w czasie, w dodatku nieco podstępny w swym charakterze. Utrwalone struktury energetyczne nie poddają się łatwo, tymczasem Twoje dziecko dopiero rozpoczyna swoją drogę.
Kiedy więc postanowisz go wysłuchać, odstaw na bok wszystko.
Wtedy samoistnie się otworzysz. I to nie tylko na tę jedną, kilka, czy wiele rozmów z dzieckiem. Otworzysz się całkowicie, nic bowiem nie dzieje się na jednej płaszczyźnie. Tak, jak w Tarocie każdy, opowiadający o twoim życiu, układ kart, nigdy nie jest jednopoziomowy, tak, i analogicznie, nasza psyche, aktywizuje się zawsze na wielu poziomach równocześnie. Na wielu poziomach synchronicznie żyjemy, odczuwamy, myślimy. Stan całkowitego otwarcia spowoduje więc otwarcie u ciebie tego, co kiedyś zostało zamknięte. Może nie od razu, ale... Nigdy nie jest za późno. Bo czas, owszem, jest ważny. Ale po pierwsze - jest umowny. A po drugie - powiedzieć o nim, że jest linearny, to duże uproszczenie.
Ciągle jesteś tamtym dzieckiem.
Nie projektuj go jednak na swoje własne, bo każda taka projekcja jest zaprzeczeniem życia i hamuje jego przepływ.
Słuchaj. A potem działaj według tego, co usłyszysz. Niezależnie od tego, jakie to ci się wyda. Nie znasz tego. Nigdy nie zaistniało to w Twojej głowie tj. nigdy nie było Twoim marzeniem, pragnieniem. Wysłuchaj, zadziałaj adekwatnie. Potem obserwuj uważnie to, co się będzie działo. Zdziwisz się, jak piękne może być to, wobec czego nie ma się żadnych oczekiwań.

środa, 19 sierpnia 2015

Pamięć, jak wiadomo, jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.
Błogosławieństwem - bo to dzięki niej pamiętamy, kim jesteśmy. Na każdym poziomie, również tym podstawowym. Ludzie, którzy wskutek wypadków lub chorób, pozbawieni zostali pamięci długoterminowej, każdego dnia uczą się rozpoznawać siebie od nowa. Wielki wysiłek, jaki w to wkładają, jest jednocześnie wysiłkiem próżnym, pustym działaniem, bo już następnego dnia nie pamiętają siebie. Stojąc przed lustrem doznają wrażenia, że patrzy na nich stamtąd ktoś obcy. Ktoś, kto powtarza ich ruchy i mimikę. O kim nic nie wiedzą. Potrafisz to sobie wyobrazić? Jeśli tak, to już wiesz, jaka jest w tym groza, choć niewykluczone, że ci, którzy utracili pamięć mają też jakiś swój własny zawór bezpieczeństwa, który nie pozwala im tej grozy poczuć. Nie pamiętają (sic!) wszak, jak to jest pamiętać, nie mają już porównania...
Ale pamięć jest również przekleństwem; staje się nim, kiedy pamiętamy aż nazbyt dobrze; kiedy to, co było kiedyś, wciąż w nas pracuje, tworząc filtry przez które spoglądamy na otaczającą rzeczywistość. A każdy filtr, siłą rzeczy, zniekształca, odsiewa; to jaką dokładnie pracę wykonuje zależy od tego ile w nas jest goryczy, żalu, ale i sentymentu, przywiązania... Ile to razy mówimy: "Ja inaczej nie potrafię...". Oczywiście, że potrafisz. Tylko coś cię trzyma. Pamięciowy wzorzec; i wpisane w niego twoje przeszłe doświadczenie wraz z reakcją na nie.
Czy jest na niego sposób? Jest. Taki sam, jak w pokerze; żeby go jednak zastosować, musisz najpierw przestać być wszechwiedzący, czyli jeszcze przedtem zrozumieć, albo chociaż dopuścić do siebie myśl, że działa w tobie, poprzez ciebie, coś, co nie pozwala ci na autentyczną ocenę bieżącej sytuacji, właściwy ogląd tego, co masz przed sobą. Kiedy już poczujesz w sobie tę cudowną niepewność, cudowną, bo świadczącą o tym, że jest w tobie otwartość i gotowość na przyjęcie tego, co jest naprawdę, a nie tego, co jest przefiltrowanym obrazem, cudowną również dlatego, bo świadczącą o tym, że żyjesz, kiedy już więc to poczujesz, to delikatne drżenie, powiedz temu, co jest przed tobą: "sprawdzam". Skonfrontuj rzeczywistość ze swoim przeczuciem. Dowiesz się wówczas, na ile faktycznie jest to przeczucie, a na ile strach, władca podziemi, zarządzający zaskorupiałymi energetycznie wzorcami.
To dlatego w niektórych taliach Tarota, widać wyraźnie, że ów władca, Diabeł, widniejący na XV Wielkim Arkanie, nikogo, tak naprawdę, na siłę przy sobie nie trzyma: żelazne obręcze na szyjach niegdysiejszych Kochanków są luźne i można by je zdjąć jednym ruchem, klatka w której siedzi niegdysiejszy, gotowy na każdą przygodę, Głupiec, jest szeroko otwarta, ale ów Głupiec, skulony, zawinięty w siebie, zupełnie tego nie dostrzega... Stąd szelmowski uśmiech Diabła; który oznacza również, że kogoś, kogo on sygnuje albo czyją sytuację opisuje, stać na rzeczy o jakich filozofom się nie śniło.
I jak to w Tarocie, tak i w życiu, i vice versa - to od ciebie zależy, jakie znaczenie będzie miał ten uśmieszek. Czy będzie to diabelski chichot towarzyszący absurdalnym i jednocześnie wciąż powtarzającym się schematom w twoim życiu, czy to jednak ty się tak uśmiechniesz wiedząc i widząc coś, czego nie wiedzą i nie widzą inni i zaskakując ich tak, że od tej pory (wreszcie) już nic nie będzie takie samo, jak przedtem. Wszak nie bez kozery po karcie przedstawiającej Diabła, pojawia się Wieża, mówiąca o tym, że to, co fałszywe, zakleszczone, etc. zostało właśnie uwolnione...

O logicznych powiązaniach pomiędzy wspomnianymi wyżej kartami pisałam również w tym tekście.

sobota, 03 sierpnia 2013

- "W co się bawimy?" - zapytała.
Przypominała refleks światła odbity od lusterka, tak jak to się dzieje podczas zabawy potocznie nazywanej "puszczaniem zajączka". Była w nieustannym ruchu, rozmigotana, jakby chciała być wszędzie naraz. A tak naprawdę chciała być jak najbliżej niego; i żeby na nią patrzył. I żeby podziwiał.
- "Ja się w nic nie bawię" - odpowiedział zwyczajnym tonem, po prostu stwierdził fakt. - "Ja siedzę."
Bo taka też była prawda. Siedział na drewnianej ławce w jednym z olbrzymich centrów handlowych, przed wejściem do supermarketu. Siedział, czekając na kogoś ze swojej rodziny robiącego zakupy; mamę, jak się później okazało.
- "No to będziemy się bawić w to, że siedzimy" - powiedziała ona, nawet nie dopuszczając myśli, że mógłby oddzielić się od niej choć na chwilę. I zostać sam. Bez niej. Nie było takiej możliwości.
Co z tego, że mogła mieć, podobnie, jak on, może siedem, osiem, dziewięć lat. Nieważne, ile ma się lat, ważne, żeby wiedzieć, czego się chce, a jeśli nawet nie umie się tego do końca nazwać, ważne, żeby pozwolić działać i prowadzić się instynktom. A instynkt, dziewczynkom, i przyszłym kobietom, wychowywanym w przeświadczeniu, że najważniejsze jest dla nich zamążpójście, że nie ma nic bardziej tragicznego niż stara panna, nawet jeśli nowomodnie nazwie się ją singielką, raz ukierunkowany na taki tryb, z biegiem lat tylko się wzmacnia. Trzeba mieć faceta; reszta jakoś się ułoży. Prędzej czy później i tak się uda wybranego delikwenta wtłoczyć w kapcie i posadzić przed telewizorem. A potem będzie można już tylko spokojnie narzekać i skarżyć się przed koleżankami z pracy, że on tylko wiecznie gapi się w telewizor albo zasłania gazetą, że o niczym nie można z nim pogadać.
Tylko, żeby mieć z kimś o czym pogadać, trzeba go najpierw znać. A skoro ktoś - w tym przypadku mężczyzna - został tak usidlony, oznacza to, że uległ tresurze. A to z kolei oznacza, że musiał wcześniej wyprzeć się siebie. I teraz faktycznie nie ma z nim o czym gadać. Jeśli tylko jednak cokolwiek w nim z niego samego zostało, któregoś dnia zerwie się sprzed telewizora, rzuci gazetą nie patrząc gdzie, wyjdzie z domu i... szukaj wiatru w polu.
Trzeba będzie przysposabiać następnego.
Albo zastanowić się, nad tym gdzie się popełniło błąd. Jak również nad tym, czy pozwolenie komuś, drugiej osobie, na bycie sobą, stanowi dla mnie zagrożenie? Bo jeżeli tak, to trzeba się przyjrzeć, ale sobie, i tam, wewnątrz, poszukać prawdziwego źródła strachu. Zadać sobie pytanie - co we mnie jest takiego, że tak bardzo boję się zostać sama ze sobą? Co się wtedy może okazać? Kto mi wmówił, że do szczęścia potrzebna jest mi druga osoba? I dlaczego nie uświadomił mi, że aby być dla kogoś partnerem, muszę mieć poczucie własnej wartości, a nie być przepełniona lękiem? Tylko Ty sama możesz dać sobie z tym radę. Ty - sama. Pozostawiona właśnie sam na sam ze sobą. Nie bój się; dlaczego się tego boisz? Przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?
Chłopczyk sprzed sklepu siedział spokojnie do chwili, gdy pojawiła się jego mama. Nie zwracał uwagi na dziewczynkę, której wymuszona na sobie samej dziwna i abstrakcyjna "zabawa w siedzenie" sprawiała najwyraźniej trudność; ciągle machała nogami, które nie sięgały do podłogi, rozglądała się na wszystkie strony. A on nic; gdy przyszła mama, wstał i poszedł z nią, nie oglądając się za siebie.
A dziewczynka?
Dziewczynka za kilkanaście lat, jeśli tylko będzie czuła, że coś się skrywa pod naukami wpajanymi jej od dzieciństwa, że nie do końca sprawdzają się one tak, jak teoretycznie, powinny, sięgnie po poradę psychologa, terapeuty lub - w przypadku, gdy wg rodzinnych wzorców i wynikającej z nich terminologii chodzenie do tego typu specjalistów jest zarezerwowane dla świrów - wybierze się na wizytę do wróżki; to będzie bezpieczniejsze, bo po pierwsze - łatwiej wykonać to anonimowo, dzwoniąc do wróżki na linię telefoniczną, lub nawet idąc do gabinetu, nie jest to bowiem niejako a priori zapoczątkowaniem kolejnych, jak w przypadku wizyty np. u psychologa, konsultacji, co byłoby już trudniejsze do ukrycia przed rodziną; a w dodatku potem - w przypadku, gdy prawda usłyszana od osoby zajmującej się dywinacją, poruszy fundamenty tego, co dotąd uważało się za obowiązujące i prawidłowe, przyniesie ze sobą konieczność swoistego rozrachunku z własnym życiem - można się do czegoś takiego szybko zdystansować, najlepiej przyznając się przed rodziną, która niczym tarcza chroni przed niechcianymi wpływami, że rozmawiało się z wróżką  dla przysłowiowych jaj, a ta durna baba powiedziała to i tamto. Wspólny, rodzinny śmiech oczyści (pozornie) atmosferę i pozwoli znów bezpiecznie (i znów pozornie) ulokować się w systemie zautomatyzowanych, nie przepuszczających indywidualnych cech, wzorców, tak wspaniale (i nieustająco pozornie) działających przecież już od wielu lat.
I jakież to pytanie padnie od młodej kobiety, niegdyś dziewczynki - świetlistego elfa, która na próżno próbowała kiedyś wtrybić pewnego chłopczyka w zabawę na którą nie miał najmniejszej ochoty, bo zwyczajnie wolał pobyć sam na sam ze sobą, nie zamykając się w żadnych ramach, nijak tego nie definiując? Chłopczyk będzie już oczywiście inny, tamtemu udało się przecież bezkolizyjnie ewakuować, inny oczywiście również dlatego, że tamta miniscenka sprzed sklepu była przejawem czegoś jeszcze dziecinnego i niewinnego, międzyludzka gra dopiero się tam kształtowała; a chłopczyk najwyraźniej był wychowywany inaczej niż dziewczynka, w poczuciu wolności i niezależności, jestem o tym przekonana.
Otóż pierwsze pytanie, tuż po oznajmieniu "Poznałam pewnego mężczyznę." będzie brzmiało - "Co on o mnie myśli?". I dalej nastąpi opis, który będzie dokładnym, symbolicznym odzwierciedleniem wspomnianej przeze mnie miniscenki. Okaże się bowiem, że wybranek dziewczynki, dziś kobiety, chce mieć po prostu przestrzeń dla siebie. A ona, pouczona przez matkę, że faceta trzeba trzymać krótko, będzie się cały czas bała, że on się jej w tej przestrzeni tak rozprzestrzeni, że o niej, o kobiecie, alfie i omedze, zapomni; zapomni o tym, że to ona jest najważniejsza, że stanowi centrum jego świata, jest jego płaszczyzną odniesienia etc.
Próby mówienia, tłumaczenia, w oparciu,  oczywiście, o to na co wskazują karty - bo na ich odczycie polega moja praca, a nie na prowadzeniu koncertu życzeń - że np.: "Mężczyzna o którego Pani pyta skupia się teraz na pracy" albo "On [póki co] nie ucieka przed Panią z domu, on zwyczajnie lubi spacerować przez dwie godziny z psem" spełzają na niczym. Bo albo słyszę - w przypadku pierwszej odpowiedzi: "Tak, tak, wiem o tym" - i tu pojawia się wyraźne, nieskrywane zniecierpliwienie, bo ośmieliłam się powiedzieć nie to, co dana kobieta chciała usłyszeć, czyli nie zapewniłam jej, że on od rana do nocy myśli tylko o niej i o tym jaka jest fantastyczna; lub w przypadku drugiej odpowiedzi, zostaje mi zaserwowane, poprzedzone krótkim prychnięciem, nie dopuszczające sprzeciwu, stwierdzenie: "A kto by lubił łazić przez dwie godziny z psem, pies przychodzi z tych spacerów zmęczony, cha, cha, cha!"
Cha, cha, cha...
To Pani, proszę Pani, nie lubi dwugodzinnych spacerów z psem. Są tacy, którzy lubią.
A potem, po chwili, niczym bumerang podczas tej samej konsultacji powróci pytanie: "A co on o mnie myśli?" - wynikające z lęku, że on się wymyka, że nie dostrzega tak, jak powinien, nie wielbi tak, jak powinien, nie wpatruje się w nią tak, jak powinien.
A niby dlaczego miałby to robić?
I kto powiedział, że powinien?
Jaki miałby mieć ku temu powód, żeby wpatrywać się w kogoś, kto bezustannie, w stanie podwyższonej czujności i napięcia, wpatruje się w niego, na tysiąc sposobów interpretując każdy jego gest i słowo; dlaczego miałby być wpatrzony w kogoś, kto nie ma własnego życia i świata, żadnych zainteresowań, a jeśli nawet, na siłę, na chwilę czasem je znajduje to tylko po to, żeby uciec ("bo on mnie nie docenia!") i pędem wrócić z jeszcze większymi pretensjami - o to, że się nie było szukanym, że "on na pewno w tym czasie, gdy ja chodziłam na kurs (hiszpańskiego, garncarstwa, szydełkowania, ozdobnego haftu etc., czegokolwiek, co tylko ma zapełnić pustkę, zamiast być przejawem autentycznej samorealizacji; choć, oczywiście, na wszystkie wymienione kursy można chodzić z racji własnych zainteresowań) związał się z tą sąsiadką z naprzeciwka - kiedy ostatnio jechaliśmy razem w windzie, wciąż się na nią patrzył!"
A co - miał wbić wzrok w podłogę, jak ktoś, kto przeprasza, że żyje?
Po takim zresztą oświadczeniu kobiety, też właściwie nie ma znaczenia, co powiem. Bo ledwo zaczynam, słyszę: "Ja wiem, że on ma romans i Pani nie musi mnie tu pocieszać!"
Nigdy nikogo nie pocieszam; choć nie w tym rzecz, tylko w czymś zupełnie innym. W tym, żeby umieć się zatrzymać. 
Gdyż owszem - bywa, choć niestety rzadziej niż częściej, że prawda jakoś jednak przedziera się do zainteresowanej. I zawsze wtedy bardzo się cieszę, kiedy w kimś następuje chwila autorefleksji.
Bo wystarczy przecież tak niewiele, żeby przejrzeć na oczy; żeby przestać szukać źródła tego, co dzieje się w naszym życiu na zewnątrz, a zamiast tego sięgnąć do środka, do siebie. Powtarzane jest to chyba już w kółko, napisano na ten temat mnóstwo książek. To trudne, wiem. Ale nic innego nie przyniesie oczekiwanych efektów, czyli możliwości realizowania się w życiu - nie poprzez kogoś, nie wieszając się na czyjejś szyi - lecz poprzez wykorzystanie własnego potencjału, który najpierw trzeba przede wszystkim odkryć, rozpoznać, przekonać się, czym tak naprawdę on jest i do czego mógłby być użyteczny. Dzięki temu zrozumiemy równocześnie, co mamy innym do zaoferowania; co chcemy i możemy z siebie dać, gdzie są nasze granice; święte, nieprzekraczalne. I takież granice innych, bo podlegają przecież takim samym procesom, jak my.  
Nikt nie stanie się dla nas taki, jakim sobie życzymy, aby był. Nie mamy prawa czegoś takiego sobie życzyć. Tyle na początek, bardzo ważny początek, który nie zna wieku, który nie jest uwarunkowany niczym zewnętrznym.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Słowo "ucieczka" powinno zostać wykreślone ze wszystkich słowników na świecie.

Nie istnieje coś takiego jak "ucieczka".
Nie ma możliwości ucieczki.

Dziwisz się, dlaczego po raz kolejny jesteś w związku z kimś, kto cię przytłacza i gnębi? Pytasz, jak to się mogło ponownie stać - bo przecież z całą pewnością nie jesteś masochistką. Tak naprawdę nigdy jednak nie rozstałaś się ze swoim oprawcą. Jesteś niewinna, ale on mieszka w tobie i od czasu do czasu uzewnętrznia się, czy też raczej odzwierciedla w mężczyznach, których napotykasz. Dopóki nie zrozumiesz odkąd, w jaki sposób i dlaczego tak się dzieje, nic się nie zmieni. Będziesz wiązała się z kolejnymi, podobnymi do tego jednego dopóty, dopóki nie zrozumiesz, co życie próbuje ci powiedzieć. Tak, niewykluczone, że przez jakiś czas wręcz będziesz musiała pobyć sama, żeby wszystko na nowo poukładać sobie w głowie. Ale czas, jaki poświęcisz sobie nie może być stracony. Stracisz go wtedy, gdy oddasz go komuś, kto nie będzie go szanował, bo nie będzie szanował ciebie.

Kolejna kobieta sprawia, że tracisz siły życiowe, nie masz na nic ochoty i nic cię nie cieszy? Może też przy okazji napomyka ci od czasu do czasu o tych wszystkich innych okropnych kobietach, które niczym bluszcze oplatają się wokół mężczyzn, nie pozwalając im na swobodny oddech, że o rozwijaniu własnych zainteresowań i pasji nie wspomnę. Przedstawia ci się w sposób tak dobitny, a ty nadal nic? Co takiego w tobie i dlaczego na to pozwala? Tak, możesz spakować się choćby w tej chwili, wyjechać jak najdalej od niej, zatrzeć za sobą wszystkie ślady. Jak myślisz, ile minie czasu, zanim znów ją spotkasz? Kilka tygodni, miesięcy, lat? Na pewnym poziomie czas nie istnieje. Oczywiście, będzie miała inaczej na imię, będzie miała inne wykształcenie, kolor włosów, inne przyzwyczajenia, styl ubierania. Ale niebawem znów zacznie brakować ci tlenu i przestrzeni.

Ucieczka jest niemożliwa, ale pożegnania i rozstania tak; jak najbardziej. Prawdziwe zrozumienie powoduje, że przestajesz "karmić" daną sytuację swoją energią, a więc tym samym przestaje ona powtarzać się w twoim życiu.
Zrozumienie sprawi, że zaczniesz widzieć bez przesłon. W twoich ruchach i sposobie bycia pojawi się pewność i jasność - zbyt oślepiająca dla kogoś, kto do tej pory żył w Cieniu i nie pozwalał ci być tym, kim jesteś naprawdę. 

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna