Anna Goluba

Wpisy z tagiem: świadomy sen

środa, 18 stycznia 2017

Nie mam zwyczaju pisać recenzji książek (innych zresztą też nie :-)), ale tym razem postanowiłam wskazać na pewną pozycję, moim zdaniem, wartą przeczytania. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie również znajduje się w samej recenzji książki "Trening świadomego śnienia", której autorem jest Charlie Morley:

Spotkanie.
To doskonała pozycja dla tych wszystkich, którzy chcą wiedzieć czym jest świadome śnienie, jak i dlaczego przenika się z jawą, dlaczego ważne jest, aby do tego przeniknięcia doprowadzić i tym samym uaktywnić potencjał o którym, być może, dotąd nie miało się pojęcia. W książce opisane jest jak owo świadome śnienie osiągnąć, i jak nauczyć się przy tym, jakże bezcennej, samoobserwacji. Podane są metody osiągnięcia świadomego snu, podane są też przykłady samych świadomych snów, które były udziałem autora... No i właśnie. Ta książka to również spotkanie; spotkanie z kimś autentycznym, z pasjonatem, który jednocześnie na nic się nie sili, jest prawdziwy w swoim przekazie, a taki jest Charlie Morley - poprzez swoje doświadczenia świadomego śnienia pokazuje czym jest archetypowy Cień, w ten sam sposób sięga po doświadczenie bólu i je przekracza, nie jest wszak masochistą, a wręcz przeciwnie - kocha życie i ta miłość jest jego głównym azymutem, to ona podpowiedziała mu, żeby napisać tę książkę, dlatego dostaliśmy pozycję napisaną od serca, głęboką i jednocześnie bez nadęcia; bo to również poprzez świadome sny autor upewnił się w jakim kierunku ma podążać, nie zawahał się, żeby przed nami to odsłonić, abyśmy i my mogli odnaleźć swoją Drogę.
Powiedzieć, że polecam to mało. Ta książka to zaproszenie na spotkanie o jakie obecnie jest coraz trudniej.

niedziela, 17 stycznia 2016

Z małego puzderka, chyba atłasowego, na pewno zaś w kolorze ciemnej czerwieni, wyjąłeś pierścionek. Spojrzeliśmy na siebie i w jednej chwili powiedzieliśmy sobie wszystko, nie wypowiadając ani jednego słowa. Zacząłeś wyjmować pierścionek - wielki, niemalże dwumetrowy facet próbujący ukryć wewnętrzne drżenie, pochylił lekko głowę, a właściwie głowa sama mu się pochyliła pod wpływem napięcia nieudolnie owo drżenie maskującego, a nawet je potęgującego, wielki więc, barczysty facet o mocnym choć zawsze jakby przyciszonym głosie, teraz wyciszony już do cna, wydobywał maleńki pierścionek z małego pudełeczka, jakby to był wielki głaz, który utknął w szczelinie świata, a od tego, czy mu się to uda, czy nie, miały zależeć nasze dalsze losy. Bo i przecież zależały. Po chwili, która na zawsze zawiesiła się w wieczności, i miała do mnie powracać wiele, wiele razy na jawie i we śnie, w końcu się udało. Włożyłeś mi pierścionek na palec. A ja wyprostowałam rękę na całą długość, lekko rozchyliłam palce dłoni, żeby lepiej przyjrzeć się pierścionkowi. Nie podobał mi się. Był ze złota - w żółtym kolorze, którego nie znoszę. To żółte złoto stanowiło oprawę dla czerwonego kamienia. Kamień dla odmiany był piękny, mienił się niezwykłym, głębokim, czystym blaskiem. Tyle, że całość nie komponowała się tak, jak trzeba. Nie przejmowałam się tym jednak. Uśmiechnęłam się patrząc na niego, potem odwróciłam się i spojrzałam na ciebie. Odpowiedziałeś uśmiechem, z nieskrywaną ulgą, wiem, że bałeś się, czy pierścionek mi się spodoba. Mój uśmiech powiedział prawdę, bo kiedy znów spojrzałam na pierścionek, ten wyglądał już inaczej. Żółte złoto zniknęło, zastąpiło je takie, jakie lubię - stylizowane na stare, lekko przyciemnione. Tworzyło ażurową skrytkę, owalną i wypukłą, dla ukrytego wewnątrz niej kamienia. Ten ażur raz przywodził na myśl dalekowschodnie wzory, wydawało się, że widać w nim węże, motyle, rozmaite stworzenia, może maski, innym znów razem kojarzył się z najnowocześniejszymi wzorami geometrycznymi, matematycznymi równaniami w których zaklęta była tajemnica wszelkiego stworzenia, źródło wszechbytu. Kamień zaś uwidoczniał się dopiero wówczas, gdy poruszałam dłonią; gdy nachyliło się pierścionek pod odpowiednim kątem, nagle zaczynał on pobłyskiwać czerwonym światłem, które trudno było od razu pojąć, nikt bowiem nie podejrzewałby, że można w ten sposób wpasować kamień w pierścionek; wszystkie kamienie we wszystkich pierścionkach znanych ludzkości prezentowały się zawsze ostentacyjnie, wypinały się, nadymały sobą, te najmniejsze i największe, te szlachetne i te mniej... A tu taki figiel. Pierścionek był piękny. Magiczny; to była żywa, nieskalana, stara jak świat, magia. Wspięłam się na palce, objęłam cię za szyję, a ty uniosłeś mnie do góry.
  - Musiał być robiony na zamówienie - powiedziałam cicho prosto w twoje ucho. - Nie ma możliwości, żeby istniał na świecie drugi taki pierścionek.
  - Narysowałaś go kiedyś, pamiętasz?
  W pierwszej chwili nie wiedziałam o czym mówisz i już miałam prosić cię o wyjaśnienie, gdy nagle przypłynął do mnie obraz sprzed lat: siedziałam na jakimś obłędnie nudnym i w związku z tym również ciągnącym się w nieskończoność, wykładzie na uniwerku, i nie chcąc usnąć, narysowałam, zaprojektowałam ten pierścionek.
  Pokazałam ci go wtedy. A może w innym czasie, kto to wie?
  - Mogłabym być projektantką biżuterii, nie sądzisz? - zapytałam, śmiejąc się. To miał być trochę żart, trochę nie. Kiedyś marzyłam o takiej pracy, ale zrezygnowałam z tego marzenia, z wielu różnych powodów. A może nie chciałam tego wystarczająco mocno? Może bałam się, że nie okażę się dość dobra? Albo... Marzenie jednak nie całkiem się rozpłynęło. Stałeś przecież wtedy przede mną z moim projektem w ręku, nagle dziwnie zamyślony. Wyglądałeś jak ktoś, kto wpadł na pewien pomysł, ale był tym tak zaskoczony, że wydawało się, iż to pomysł wpadł na niego, przechwycił go, mówiąc - to ja, to mnie szukałeś, choć o tym nie wiedziałeś.
  - Mogę to wziąć? - zapytałeś.
  Pamiętam, jak bardzo się zdziwiłam i jednocześnie ucieszyłam. Nie zapytałam po co ci mój projekt, choć wydawało się, że takie pytanie powinno paść, że aż się ono prosi, aby je postawić, ale byłam zbyt szczęśliwa, że podoba ci się to, co zrobiłam, aby myśleć o jakichkolwiek powinnościach.
  - Jasne - odpowiedziałam, z trudem opanowując się, żeby nie podskoczyć do góry z radości, zupełnie, jakbym była małą dziewczynką.
  I oto miałam go teraz na palcu. Po niewielkiej modyfikacji, która nastąpiła natychmiastowo, spontanicznie i samoistnie, a potem jeszcze znalazła swoją przyczynę we wcześniejszym wydarzeniu, uzasadniła samą siebie, wskazała na swoje pochodzenie, zapuściła korzenie w głąb.
  Taki rodzaj tłumaczenia, wizualnego i równocześnie charakteryzującego się niepodważalną logiką, dopasowującego do siebie poszczególne elementy, znałam również z przebywania na jawie. Nigdy mnie ono nie oszukało. Tu, gdzie teraz byłam, śniąc świadomie, mogłam zrobić o wiele więcej - przemienić kształt, który mi się nie podobał w taki, który bez reszty mnie zachwycił.   
  Zupełnie tak, jakby tutaj, w tej przestrzeni w której sen i świadomość przenikają się, tworząc tym samym nowy rodzaj energii, nową jakość, ta osławiona, wolna wola, przejawiała się najsilniej. Dziwne, prawda? A może jednak nie?

wtorek, 13 listopada 2012

Świadomy sen jest skutkiem bardzo silnego wewnętrznego pragnienia, odśrodkowego zamierzenia, którego siła, w trakcie działania, jest właściwie synonimiczna z aktem wolnej woli. Jest wiele metod wywoływania świadomych snów, ale żadna nie spełni swojego zadania, jeśli nie będzie towarzyszyło jej pragnienie - pragnienie wywoływania określonego skutku; jeśli np. śnię, że znajduję się w miejscu w którym nie chcę być i jeśli w dodatku ten sen powtarza się po raz kolejny, to nie budząc się, działając wewnątrz snu, mogę zmienić miejsce swojego pobytu - przez sam fakt, że o tym pomyślę. Jeśli po raz kolejny spotykam we śnie kogoś, kogo z racji np. naszego konfliktu od dawna nie widuję na tzw. (sic!) jawie, we śnie daję temu komuś do zrozumienia, że nie chcę więcej go spotykać lub - ponownie - przemieszczam się gdzieś indziej. Słowny lub czynny komunikat w kierunku danej osoby, naznaczony szczerością oraz intensywnością na jaką nie zdobywamy się w realu lub dzieje się to rzadko, jest oczywiście elementem snu kompensacyjnego (choć nie twierdzę, rzecz jasna, że każdy sen kompensacyjny jest związany ze snem świadomym), co nie zmienia faktu, że śniąc mogę odczuwać / wiedzieć, iż dzieje się to naprawdę, gdyż jak słusznie zauważył Jung to, co odbywa się w ludzkiej psychice jest rzeczywiste i przynależy do dziedziny faktów tak, jak wszystko inne, co się wydarza . Nie o metodę zatem chodzi, tylko jak zwykle - o to co płynie z wewnątrz. Śmieszy mnie stwierdzenie, jakoby można spontanicznie śnić świadomie. Nie ma takiego rozróżnienia - na śnienie metodyczne i spontaniczne. Jeśli taki sen się wydarzył, oznacza to, że odśrodkowo został uruchomiony mechanizm, który go wywołał. Z użyciem li tylko techniki nic by się nie zadziało. Przy silnym pragnieniu, które - nomen omen - budzi się we śnie - uruchamia się to wszystko, co później zwolennicy technizacji życia zaprzęgają w metodę, stawiając ją nad człowiekiem i zapominając, że to w nim wszystko ma swoje źródło.
 
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna