Anna Goluba

Wpisy z tagiem: komunikacja międzyludzka

poniedziałek, 15 grudnia 2014

"Nie jesteśmy stworzeni jedno dla drugiego, tylko jedno przez drugie."

Philippe Brenot, seksuolog francuski, o nieporozumieniach między kobietami a mężczyznami. Dwutygodnik Forum nr 21.


Polemizowałabym.
W pewnym sensie seksuolog francuski ma rację, bo faktycznie - stwarzamy siebie wzajemnie, ale tylko na poziomie międzyludzkiej gry, którą nota bene tak po mistrzowsku opisywał Witold Gombrowicz. Związek dwojga ludzi, jeśli ma trwać, i to trwać w szczęściu, a nie na zasadzie toksycznego uwikłania i przyzwyczajenia, musi poza ten poziom wyjść. Oczywiście, będzie to momentami bolesne, bo każde pożegnanie z ułudą jest właśnie bolesne, wszak ułuda daje poczucie bezpieczeństwa i choć siłą rzeczy jest ono fałszywe to ludzka natura zna wiele tricków, aby takowe poczucie podtrzymywać. Bolesność nie jest jednak największym problemem, bowiem jeśli boli, to znaczy, że jesteśmy w procesie przemiany. Największe wyzwanie polega tu na rozpoznaniu samego siebie, na rozróżnieniu swojej prawdziwej natury od natury (sic!) wewnętrznego gracza.

środa, 05 listopada 2014

Od każdego słowa tak, jak od spadającej kropli deszczu rozchodzą się kręgi, które nachodząc na siebie wzajemnie uwalniają nowe, pozawerbalne znaczenia i to właśnie w tym mieści się prawda, na swym najgłębszym poziomie niedosięgalna dla słów. Wobec tych tworzących się niejako samoistnie kręgów pozostajemy niczym milczący już świadkowie, którzy nie są w stanie tak nagle objawionej prawdzie zaprzeczyć.

sobota, 03 sierpnia 2013

- "W co się bawimy?" - zapytała.
Przypominała refleks światła odbity od lusterka, tak jak to się dzieje podczas zabawy potocznie nazywanej "puszczaniem zajączka". Była w nieustannym ruchu, rozmigotana, jakby chciała być wszędzie naraz. A tak naprawdę chciała być jak najbliżej niego; i żeby na nią patrzył. I żeby podziwiał.
- "Ja się w nic nie bawię" - odpowiedział zwyczajnym tonem, po prostu stwierdził fakt. - "Ja siedzę."
Bo taka też była prawda. Siedział na drewnianej ławce w jednym z olbrzymich centrów handlowych, przed wejściem do supermarketu. Siedział, czekając na kogoś ze swojej rodziny robiącego zakupy; mamę, jak się później okazało.
- "No to będziemy się bawić w to, że siedzimy" - powiedziała ona, nawet nie dopuszczając myśli, że mógłby oddzielić się od niej choć na chwilę. I zostać sam. Bez niej. Nie było takiej możliwości.
Co z tego, że mogła mieć, podobnie, jak on, może siedem, osiem, dziewięć lat. Nieważne, ile ma się lat, ważne, żeby wiedzieć, czego się chce, a jeśli nawet nie umie się tego do końca nazwać, ważne, żeby pozwolić działać i prowadzić się instynktom. A instynkt, dziewczynkom, i przyszłym kobietom, wychowywanym w przeświadczeniu, że najważniejsze jest dla nich zamążpójście, że nie ma nic bardziej tragicznego niż stara panna, nawet jeśli nowomodnie nazwie się ją singielką, raz ukierunkowany na taki tryb, z biegiem lat tylko się wzmacnia. Trzeba mieć faceta; reszta jakoś się ułoży. Prędzej czy później i tak się uda wybranego delikwenta wtłoczyć w kapcie i posadzić przed telewizorem. A potem będzie można już tylko spokojnie narzekać i skarżyć się przed koleżankami z pracy, że on tylko wiecznie gapi się w telewizor albo zasłania gazetą, że o niczym nie można z nim pogadać.
Tylko, żeby mieć z kimś o czym pogadać, trzeba go najpierw znać. A skoro ktoś - w tym przypadku mężczyzna - został tak usidlony, oznacza to, że uległ tresurze. A to z kolei oznacza, że musiał wcześniej wyprzeć się siebie. I teraz faktycznie nie ma z nim o czym gadać. Jeśli tylko jednak cokolwiek w nim z niego samego zostało, któregoś dnia zerwie się sprzed telewizora, rzuci gazetą nie patrząc gdzie, wyjdzie z domu i... szukaj wiatru w polu.
Trzeba będzie przysposabiać następnego.
Albo zastanowić się, nad tym gdzie się popełniło błąd. Jak również nad tym, czy pozwolenie komuś, drugiej osobie, na bycie sobą, stanowi dla mnie zagrożenie? Bo jeżeli tak, to trzeba się przyjrzeć, ale sobie, i tam, wewnątrz, poszukać prawdziwego źródła strachu. Zadać sobie pytanie - co we mnie jest takiego, że tak bardzo boję się zostać sama ze sobą? Co się wtedy może okazać? Kto mi wmówił, że do szczęścia potrzebna jest mi druga osoba? I dlaczego nie uświadomił mi, że aby być dla kogoś partnerem, muszę mieć poczucie własnej wartości, a nie być przepełniona lękiem? Tylko Ty sama możesz dać sobie z tym radę. Ty - sama. Pozostawiona właśnie sam na sam ze sobą. Nie bój się; dlaczego się tego boisz? Przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?
Chłopczyk sprzed sklepu siedział spokojnie do chwili, gdy pojawiła się jego mama. Nie zwracał uwagi na dziewczynkę, której wymuszona na sobie samej dziwna i abstrakcyjna "zabawa w siedzenie" sprawiała najwyraźniej trudność; ciągle machała nogami, które nie sięgały do podłogi, rozglądała się na wszystkie strony. A on nic; gdy przyszła mama, wstał i poszedł z nią, nie oglądając się za siebie.
A dziewczynka?
Dziewczynka za kilkanaście lat, jeśli tylko będzie czuła, że coś się skrywa pod naukami wpajanymi jej od dzieciństwa, że nie do końca sprawdzają się one tak, jak teoretycznie, powinny, sięgnie po poradę psychologa, terapeuty lub - w przypadku, gdy wg rodzinnych wzorców i wynikającej z nich terminologii chodzenie do tego typu specjalistów jest zarezerwowane dla świrów - wybierze się na wizytę do wróżki; to będzie bezpieczniejsze, bo po pierwsze - łatwiej wykonać to anonimowo, dzwoniąc do wróżki na linię telefoniczną, lub nawet idąc do gabinetu, nie jest to bowiem niejako a priori zapoczątkowaniem kolejnych, jak w przypadku wizyty np. u psychologa, konsultacji, co byłoby już trudniejsze do ukrycia przed rodziną; a w dodatku potem - w przypadku, gdy prawda usłyszana od osoby zajmującej się dywinacją, poruszy fundamenty tego, co dotąd uważało się za obowiązujące i prawidłowe, przyniesie ze sobą konieczność swoistego rozrachunku z własnym życiem - można się do czegoś takiego szybko zdystansować, najlepiej przyznając się przed rodziną, która niczym tarcza chroni przed niechcianymi wpływami, że rozmawiało się z wróżką  dla przysłowiowych jaj, a ta durna baba powiedziała to i tamto. Wspólny, rodzinny śmiech oczyści (pozornie) atmosferę i pozwoli znów bezpiecznie (i znów pozornie) ulokować się w systemie zautomatyzowanych, nie przepuszczających indywidualnych cech, wzorców, tak wspaniale (i nieustająco pozornie) działających przecież już od wielu lat.
I jakież to pytanie padnie od młodej kobiety, niegdyś dziewczynki - świetlistego elfa, która na próżno próbowała kiedyś wtrybić pewnego chłopczyka w zabawę na którą nie miał najmniejszej ochoty, bo zwyczajnie wolał pobyć sam na sam ze sobą, nie zamykając się w żadnych ramach, nijak tego nie definiując? Chłopczyk będzie już oczywiście inny, tamtemu udało się przecież bezkolizyjnie ewakuować, inny oczywiście również dlatego, że tamta miniscenka sprzed sklepu była przejawem czegoś jeszcze dziecinnego i niewinnego, międzyludzka gra dopiero się tam kształtowała; a chłopczyk najwyraźniej był wychowywany inaczej niż dziewczynka, w poczuciu wolności i niezależności, jestem o tym przekonana.
Otóż pierwsze pytanie, tuż po oznajmieniu "Poznałam pewnego mężczyznę." będzie brzmiało - "Co on o mnie myśli?". I dalej nastąpi opis, który będzie dokładnym, symbolicznym odzwierciedleniem wspomnianej przeze mnie miniscenki. Okaże się bowiem, że wybranek dziewczynki, dziś kobiety, chce mieć po prostu przestrzeń dla siebie. A ona, pouczona przez matkę, że faceta trzeba trzymać krótko, będzie się cały czas bała, że on się jej w tej przestrzeni tak rozprzestrzeni, że o niej, o kobiecie, alfie i omedze, zapomni; zapomni o tym, że to ona jest najważniejsza, że stanowi centrum jego świata, jest jego płaszczyzną odniesienia etc.
Próby mówienia, tłumaczenia, w oparciu,  oczywiście, o to na co wskazują karty - bo na ich odczycie polega moja praca, a nie na prowadzeniu koncertu życzeń - że np.: "Mężczyzna o którego Pani pyta skupia się teraz na pracy" albo "On [póki co] nie ucieka przed Panią z domu, on zwyczajnie lubi spacerować przez dwie godziny z psem" spełzają na niczym. Bo albo słyszę - w przypadku pierwszej odpowiedzi: "Tak, tak, wiem o tym" - i tu pojawia się wyraźne, nieskrywane zniecierpliwienie, bo ośmieliłam się powiedzieć nie to, co dana kobieta chciała usłyszeć, czyli nie zapewniłam jej, że on od rana do nocy myśli tylko o niej i o tym jaka jest fantastyczna; lub w przypadku drugiej odpowiedzi, zostaje mi zaserwowane, poprzedzone krótkim prychnięciem, nie dopuszczające sprzeciwu, stwierdzenie: "A kto by lubił łazić przez dwie godziny z psem, pies przychodzi z tych spacerów zmęczony, cha, cha, cha!"
Cha, cha, cha...
To Pani, proszę Pani, nie lubi dwugodzinnych spacerów z psem. Są tacy, którzy lubią.
A potem, po chwili, niczym bumerang podczas tej samej konsultacji powróci pytanie: "A co on o mnie myśli?" - wynikające z lęku, że on się wymyka, że nie dostrzega tak, jak powinien, nie wielbi tak, jak powinien, nie wpatruje się w nią tak, jak powinien.
A niby dlaczego miałby to robić?
I kto powiedział, że powinien?
Jaki miałby mieć ku temu powód, żeby wpatrywać się w kogoś, kto bezustannie, w stanie podwyższonej czujności i napięcia, wpatruje się w niego, na tysiąc sposobów interpretując każdy jego gest i słowo; dlaczego miałby być wpatrzony w kogoś, kto nie ma własnego życia i świata, żadnych zainteresowań, a jeśli nawet, na siłę, na chwilę czasem je znajduje to tylko po to, żeby uciec ("bo on mnie nie docenia!") i pędem wrócić z jeszcze większymi pretensjami - o to, że się nie było szukanym, że "on na pewno w tym czasie, gdy ja chodziłam na kurs (hiszpańskiego, garncarstwa, szydełkowania, ozdobnego haftu etc., czegokolwiek, co tylko ma zapełnić pustkę, zamiast być przejawem autentycznej samorealizacji; choć, oczywiście, na wszystkie wymienione kursy można chodzić z racji własnych zainteresowań) związał się z tą sąsiadką z naprzeciwka - kiedy ostatnio jechaliśmy razem w windzie, wciąż się na nią patrzył!"
A co - miał wbić wzrok w podłogę, jak ktoś, kto przeprasza, że żyje?
Po takim zresztą oświadczeniu kobiety, też właściwie nie ma znaczenia, co powiem. Bo ledwo zaczynam, słyszę: "Ja wiem, że on ma romans i Pani nie musi mnie tu pocieszać!"
Nigdy nikogo nie pocieszam; choć nie w tym rzecz, tylko w czymś zupełnie innym. W tym, żeby umieć się zatrzymać. 
Gdyż owszem - bywa, choć niestety rzadziej niż częściej, że prawda jakoś jednak przedziera się do zainteresowanej. I zawsze wtedy bardzo się cieszę, kiedy w kimś następuje chwila autorefleksji.
Bo wystarczy przecież tak niewiele, żeby przejrzeć na oczy; żeby przestać szukać źródła tego, co dzieje się w naszym życiu na zewnątrz, a zamiast tego sięgnąć do środka, do siebie. Powtarzane jest to chyba już w kółko, napisano na ten temat mnóstwo książek. To trudne, wiem. Ale nic innego nie przyniesie oczekiwanych efektów, czyli możliwości realizowania się w życiu - nie poprzez kogoś, nie wieszając się na czyjejś szyi - lecz poprzez wykorzystanie własnego potencjału, który najpierw trzeba przede wszystkim odkryć, rozpoznać, przekonać się, czym tak naprawdę on jest i do czego mógłby być użyteczny. Dzięki temu zrozumiemy równocześnie, co mamy innym do zaoferowania; co chcemy i możemy z siebie dać, gdzie są nasze granice; święte, nieprzekraczalne. I takież granice innych, bo podlegają przecież takim samym procesom, jak my.  
Nikt nie stanie się dla nas taki, jakim sobie życzymy, aby był. Nie mamy prawa czegoś takiego sobie życzyć. Tyle na początek, bardzo ważny początek, który nie zna wieku, który nie jest uwarunkowany niczym zewnętrznym.

niedziela, 18 września 2011

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że gdyby ludzie potrafili ze sobą rozmawiać, powstałoby o wiele mniej wierszy i piosenek o tęsknocie; o tęsknocie za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie daleko... Za kimś, kto był kiedyś blisko, ale dziś już faktycznie nie jest, mimo to myśli są nim przepełnione.

Czym jest umiejętność rozmowy? Jest otwartością na innego człowieka tj. słuchaniem tego, co ma on do powiedzenia, a nie tego, co chcielibyśmy usłyszeć poprzez (uruchamiany jakże często zupełnie nieświadomie) pryzmat własnych oczekiwań, nadziei, lęków etc. Otwartość oznacza przyjęcie danego człowieka takim, jakim on jest i reagowanie na to i tylko na to, a nie na własne odczucia, które filtrują każdą wypowiedź  w taki sposób, że przestaje mieć ona cokolwiek wspólnego z intencjami "nadawcy".
Czy w związku z tym, gdybyśmy potrafili ze sobą rozmawiać, zubożałaby na tym poezja? Skądże, a nawet wręcz przeciwnie. Tęsknotę, czyli przejmujące odczucie braku, zasysającej pustki, zastąpiłoby poczucie pełni. Wiersz, który nadawałby temu poczuciu kształt, nie byłby wówczas "pojazdem" wiodącym w dół - a tak się dzieje wtedy, gdy wyraża on tęsknotę, tylko w górę; na czym polega różnica między jednym, a drugim nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna