Anna Goluba

Wpisy z tagiem: mechanizmy zdarzeń

wtorek, 22 marca 2016

Nigdy nie wiesz, kiedy natkniesz się w życiu na schody. Inaczej starałbyś się je ominąć, to logiczne. I zachowawcze; bo skoro się pojawiły to znaczy, że potrafisz po nich zejść albo z nich zejść. Nie pojawiły się za karę; kosmos nie rządzi się dyktatorskim systemem "kija i marchewki". Nie pojawiły się też z powodu nieistniejącego pecha; pod słowem "pech" kryje się chęć pozbycia się odpowiedzialności za samego siebie w kontekście danego zdarzenia, jak też (dla odmiany) niechęć do zrozumienia mechanizmu, jaki się w owym wydarzeniu ukrywa (tudzież w cyklu wydarzeń, bo pecha jesteśmy skłonni przypisywać zwłaszcza cyklicznym zdarzeniom, zamiast się tej cykliczności przyjrzeć, wniknąć w nią, ponieważ to ona właśnie ujawnia działanie danego mechanizmu w sposób spektakularny; a nawet wskazuje, że ów mechanizm żyje już poniekąd własnym życiem...).
Schody te pojawiły się natomiast jako pytanie od wszechświata, kosmosu - czy na pewno chcesz tędy iść? Czy jesteś na tyle zdeterminowany, żeby dalej podążać tą drogą? Pojawiły się, gdyż zaczęły piętrzyć się - nomen omen - i gromadzić w Tobie takie odczucia jak wahanie, niepewność, obawa, wątpliwość.
Wszystko w świecie synchronizuje bowiem z Twoim wnętrzem, odzwierciedla to, co jest w Tobie, wszystko z Tobą rozmawia, z Tobą dialogizuje. Wszechświat jest Twoim partnerem; najwierniejszym, najszczerszym. A mówiąc jeszcze bardziej precyzyjnie - JEST Tobą.
I vice versa.
poniedziałek, 30 marca 2015

Ezoteryka jest wiedzą, która opiera się na umiejętności odczytywania rzeczywistości fizykalnej - materialnej poprzez Ducha - poprzez jego przesłania zawarte w znakach i symbolach w tejże rzeczywistości przejawiających się, występujących i wbrew pozorom - ogólnie dostępnych, lecz dostępnych tylko dla tych, którzy tę umiejętność w sobie pielęgnują, pamiętają o niej, dbają by ciągle była poruszana, wzbudzana, poprzez różne zdarzenia, obserwacje i doświadczenia z ich życia. Można przyjąć, że skoro ową umiejętność ma choć jeden człowiek na świecie, ma ją i drugi, trzeci, a zatem jest to zdolność człowiekowi przynależna. Niektórzy jednak ludzie tak skutecznie ją w sobie tłumią, tak usilnie się jej wypierają i za wszelką cenę starają się nie dopuścić jej do głosu, iż wydaje się, że ta umiejętność w żadnym stopniu ich nie dotyczy.
Praktyczne zaś wykorzystanie tej umiejętności, umiejętności dostrzegania w codziennej rzeczywistości przejawów Ducha, to magia. Magia, która nie zna wieku, która zawsze jest współczesna, gdyż wynika z samej natury rzeczy, z potencjału w niej zawartego. Dlatego tak bardzo śmieszą mnie i zdumiewają poglądy typu "magia to przeżytek", "tam, gdzie jest postęp techniczny nie ma miejsca na magię", itp. Nie byłoby żadnego wynalazku, postępu, odkrycia, gdyby człowiek nie potrafił uchwycić Ducha w materii, a następnie uwolnić go tj. aktywować go w taki sposób, jaki jest mu w danej chwili najbardziej potrzebny. Ktoś, kto nie potrafi tego dostrzec, jest zwykłym ignorantem. Ignorant z przynależnymi mu z kolei klapkami na oczach jest niestety niebezpieczny - szkodliwy nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Pewność z jaką zwykle przekazuje to, co dla niego samego jest objawieniem, udziela się i nie pozostawia innym ludziom, w danej chwili słabym i szukającym swojej drogi, wolnej przestrzeni na zastanowienie, wpędzając ich w takie same ograniczenia, jakich wyznawcą i zarazem antytwórcą, jest rzeczony ignorant.

piątek, 28 lutego 2014

Granica, niewidzialna. Przekraczając ją zostaje się bez skóry. Można to robić (w tym sensie, że jest to wykonalne), skóra bowiem z powrotem narasta, i to nawet twardsza; choć prawdę mówiąc to, co skrywa, nagle wydaje się być jeszcze bardziej miękkie niż przedtem, jednak twardość nowej warstwy skóry pozwala nie pamiętać o tym na co dzień... Ową skrywaną miękkość zaś odczuwa się rzadko, w sytuacjach tylko ekstremalnych; wówczas jednak słyszy się krzyk, a właściwie wrzask własnej duszy...
Przekraczając ową niewidzialną granicę, co zawsze, zwłaszcza na początku, daje poczucie, że wszystko jest możliwe, że jest się kimś niezwyciężonym, wszechwładnym; kimś, kto może stwarzać swój świat wciąż od nowa, samą tylko myślą, należy zadać sobie pytanie - czy warto? Czy właśnie tak należy teraz postępować? Czy ze swoją własną mocą, częstokroć jawiącą się innym jako dzika i nieokiełznana, mimo, że do pewnego, bardzo wysokiego poziomu kontrolowana jest od wewnątrz (co zresztą okazuje się być pułapką), nie zostanie się w końcu samemu, nie wiedząc, co począć z umiejętnościami tyleż dla innych zadziwiającymi, co budzącymi ich obawy? Czy to, co zaczęło się w pewnej - uchwytnej, a jakże! - chwili, dziać, nie jest już tylko igraniem z mocą, zabawą dla zabawy, wypróbowaniem własnej wytrzymałości, poszukiwaniem (własnego) nieba lub piekła, prowokowaniem Boga, naigrywaniem się z diabła; kuszeniem losu dla samego kuszenia, po to tylko, żeby zobaczyć, co się stanie, i czy tym razem również wyjdę z tego cało, a jeśli tak - to kim będę, i czy w ogóle siebie rozpoznam?
Warto te pytania sobie zadawać.
I póki jest czas, nadać mocy kierunek; nie zostawać sam na sam z ową mocą dla której nie ma zastosowania, która stopniowo wchłania swojego rzekomego mocodawcę od wewnątrz, sprawiając, że świat zewnętrzny zaczyna mu się jawić jako oddzielony szklaną taflą, przez którą żadną miarą nie może się przedrzeć.
Wszak nie bez kozery, w Tarocie, po karcie Mocy, pojawia się Wisielec...

czwartek, 20 lutego 2014

Wolę dosadność niż gładkie słówka.
Wolę bezpośredniość, nawet jeśli odczuwam ją jako krzywdzącą i niesprawiedliwą dla siebie, niż gładkie, wymuskane słówka.
Od czasu do czasu spotykam wygładzonych ludzi posługujących się właśnie tylko i wyłącznie takimi słówkami.
Są bardzo uprzejmi. Bardzo mili, bardzo eleganccy we wszystkim, co robią. Bardzo bezkrwiści. Bardzo wyjałowieni ze wszelkich emocji. Bardzo sterylni i nieludzcy we wszelkich międzyludzkich kontaktach.
Tak, wiem - jest to jedna, i to pewnie jedna z najsilniejszych barier ochronnych, jaką może stworzyć sobie człowiek w obawie przed zranieniem, ośmieszeniem, wystawieniem na szwank tego, co w nim najcenniejsze; sprzeniewierzeniem tego w imię żadnej racji. Ale prawda jest taka, iż ci wygładzeni ludzie są sami przed sobą bardzo głęboko schowani i niezależnie też od siebie oddziałują na innych tak, jak wampiry energetyczne. Zabijają po cichu i uprzejmie.
Kiedy chce się ich poznać - a wynika to z jednej strony z braku wiary, że można być tak wygładzonym do cna, a z drugiej ze zwykłej reakcji zwrotnej, bo oni bardzo uprzejmie i delikatnie, a jak się z upływem czasu okazuje bezwzględnie i bez cienia empatii, wykazują chęć, aby nie tyle zbliżyć się do nas, co wypełnić sobą naszą mentalną przestrzeń, zająć nasze myśli bez żadnych zobowiązań - trafia się w pustkę, bo zawsze są gdzieś indziej niż zwykłe ludzkie zainteresowanie, współodczuwanie, oddech, odruch i dotyk.
Ta pustka wysysa. Uprzejma, wygładzona, stwarzająca pozory życia, nieludzka pustka.
Parafrazując więc słowa pewnej znanej piosenki, powiem tak: strzeżcie się wygładzonych ludzi. Strzeżcie się tych, którzy stwarzają, wytwarzają pozór życia, bo pozór życia jest gorszy niż śmierć.
Bardzo chcę wierzyć, że ich też kiedyś ktoś, coś przebudzi i to znieruchomienie, zastygnięcie energetyczne w którym tkwią, z pewnością nie do końca zdając sobie z tego sprawę, opuści ich i że jakimś cudem nie sprawi im to bólu, choć każde rozdarcie zasłony, jak sama nazwa wskazuje - rozdarcie - musi boleć. Ale lepsza jest chwila wyzwoleńczego bólu niż grzebanie żywcem samego siebie i innych.
Strzeżcie się, bo energię traci się bardzo szybko, a odzyskuje się ją czasem bardzo wolno, i to w trakcie żmudnego procesu; jeśli więc tylko ktoś jest wobec was bardzo uprzejmy, bardzo uważający, staranny w słowach, podkreślający swoją skromność i niedoskonałość, a jednocześnie waszą wspaniałość, i to od pierwszej chwili waszej znajomości (przy czym pochlebstwa, które słyszycie tak naprawdę mocno was schematyzują i opiniują, trudno się jednak od nich uwolnić i im zaprzeczać, są wszak tak miłe), a was znienacka przechodzi dreszcz lub czujecie zimno, jakby ktoś oblał was wodą - uciekajcie, gdzie pieprz rośnie. Jak już kiedyś wspominałam - instynkt samozachowawczy działa niezawodnie, ale nie w trybie ciągłym. Zlekceważenie go ma cenę, której naprawdę nie warto płacić.

piątek, 18 października 2013

Nie ma nic zewnętrznego, co nie miałoby swojego wewnętrznego źródła, co nie pochodziłoby z wewnątrz.
Oraz odwrotnie.

wtorek, 25 czerwca 2013

Tarot to (min., oczywiście) czysta logika. Wystarczy popatrzeć na porządek następujących po sobie kart, czytanych od początku lub od końca, i to zarówno w talii jako takiej, jak i w układzie zaistniałym w kontekście danego pytania lub bez niego.
Ta logika, która nieraz aż krzyczy, jednoznacznie wskazuje, że w życiu, a Tarot jest z nim nierozerwalnie związany, gdyż jest żywy, nie ma miejsca na przypadek.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

To jest seks. Dochodzisz pomału, ale nie możesz tego przerwać, nie możesz przestać - mimo, że czasem naprawdę chcesz, bo w końcu kto lubi, aby cokolwiek było silniejsze od niego. Ale nie dajesz rady. To jest wszędzie tam, gdzie ty, nie odstępuje. Więc ulegasz, i już nie wiesz, kto tu rządzi. Albo po prostu lubisz tak myśleć. Tak jest wygodniej. I w końcu widzisz szczyt. Jest tutaj, czekał od dawna, tylko na ciebie. Brama otwiera się z hukiem, ciężkie, żeliwne skrzydła uderzają na boki z taką siłą, że aż lekko wracają do środka. Ale to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. Albo aż.
Przechodzisz przez bramę.
I wtedy pojawia się pierwsze słowo.
Pociąga za sobą kolejne i kolejne.
Po pewnym bezczasie widzisz przed sobą gotowy wiersz lub opowiadanie.
Gotowość czasem jest pozorna. Czasem poprawiasz tu i ówdzie. Szlifujesz do połysku. Kilka ostatnich pocałunków na przyspieszonym, zduszonym oddechu.
Kropka na końcu ostatniego zdania.
Albo i nie.
To zależy.
To jest papieros po. Może być, jeśli ktoś pali. Albo akurat ma ochotę zapalić. A jeśli nie, to nie.
Czujesz się lekko, nie myślisz o niczym.
Nie musisz się z niczego tłumaczyć. Przed nikim. Przed sobą też nie. Wyzwolenie. Jesteś. Ni mniej ni więcej. W sam raz.
Życie bardzo się upraszcza po udanym seksie.
Tylko na chwilę, ale jednak.

czwartek, 16 maja 2013

Zbliżały się jego urodziny, więc postanowiła kupić mu prezent, który będzie ważny. Ważny dla niego i dla niej. Który będzie mówił - to jest ode mnie dla ciebie. To jesteś ty, a to ja, i oto mamy okazję połączyć się na innym niż zwykle poziomie, kiedy nie mówią już słowa, kiedy mówi coś innego sprawiając, że zza kurtyny zwykłej codzienności wyłania się owo coś, co stanowi, co jest pomostem między tobą i mną. Co pozwala tobie poznać mnie i jednocześnie pokazuje, co myślę o tobie. Ofiarowanie w drobiazgu. Jego pierwszy urodziny, odkąd byli razem. Czy może odkąd ze sobą sypiali? - ta niepokojąca myśl przemknęła jej przez głowę niczym meteor; wzięła się znikąd, ale zagarnęła sobą całą uwagę. Faktycznie, nie mieli zbyt wiele tematów do rozmów. "Dopiero się rozkręcamy" - tą myślą przepędziła podły meteor, ale nie mogła przecież przepędzić tego, że w ogóle zaistniał. Bo skoro zaistniał - miał ku temu powód. Więc tym bardziej prezent musi być wyjątkowy. Wymowny. Po cichutku musi wyrażać coś istotnego. Tylko co? To się okaże, kiedy już go znajdzie. Kiedy będzie go już miała w ręku, i dozna tego niezwykłego, mocarnego, a jednocześnie delikatnego jak muśnięcie uczucia, które nawiedzało ją od czasu do czasu przy różnych okazjach, a które można by zamknąć w słowach: "To jest to." Tak, na pewno znajdzie taki prezent.
   Weszła do księgarni. Z każdej księgarni zawsze wychodziła ze skarbem, księgarnia jest niezawodna. Na półkach, jeden obok drugiego stoją skarby, błyszczą diamentowe szkatułki, wystarczy wziąć je do ręki, otworzyć... Nie potrzeba żadnego, absolutnie żadnego wysiłku, żeby to zrobić. A po chwili już jest się gdzie indziej. W nieznanej krainie, pełnej nowych dźwięków, zapachów, krajobrazów, słów... Nie ruszając się z miejsca, można przenieść się w zupełnie inny zakątek świata, i w każdym z nich napotkać ... siebie. Otworzyła jedną z książek na chybił trafił... Powieść znanego autora, ostatnio chyba na liście bestsellerów... Dla mężczyzny z którym się spotykała (tylko sypiała?! - meteor znów świsnął w oddali, na ciemnym niebie) i o którym wiedziała, że w ogóle nie czyta książek, mogłaby to być niezła zachęta, dając mu taki prezent nie musiałaby uchodzić za... Jak on to określał? Aha. Za kogoś odjechanego. Ci, którzy czytają książki są odjechani. Przypomniało się jej to, i uśmiechnęła się do siebie.  "Coś w tym jest" - pomyślała. "Tylko, że ja kocham być odjechana. Po prostu czasem o tym zapominam. A on, jeśli znajdę powieść, która go wciągnie, też zacznie czytać. I też już nie będzie mógł bez tego żyć. Jest w nim głębia, o której sam nie wie."
   Przeczytała kilka zdań na które natrafiła. Zupełnie, jakby czytała o nim. Pijący trzecie piwo z kolei, mężczyzna w powieści, patrzył bezmyślnie przed siebie.
   "- W życiu trzeba umieć się zorganizować - powiedział do nikogo, w pustkę, która rozciągała się przed nim, a zdawała się emanować z jego wnętrza. 
    - Albo jest się wyżej albo niżej. Albo zjadasz albo jesteś zjadany. Reszta to...-  tu wypił kolejny łyk piwa. To znaczy chciał wypić, ale okazało się,że butelka jest pusta.
   - W mordę... " - zaczął bohater powieści, ale nie pozwoliła mu skończyć, zamknęła książkę, jakby to była puszka Pandory. Wiedziała, że on zobaczyłby w nim siebie. Albo raczej uznałby, że ona go tak widzi. Tylko dlaczego tak pomyślała? Przecież ją pociągał. Chyba. Nigdy nie mogłaby związać się z kimś nie ze swojego świata. Zawsze tak o sobie myślała. I na takim myśleniu upływał jej czas, coraz dłuższy czas. A wtedy pojawił się on, tak zwyczajnie, na imieninach kuzynki. I zaczepił ją zwyczajnie, jakby znali się od lat. Był taki naturalny. Bo przecież nie lekceważący, nie, i grubiański, też nie, no skąd. Zwyczajny. Zawsze chciała poznać normalnego faceta, jej znajome marzyły o tym samym. I oto był. Normalny, nazywający rzeczy po imieniu. Czasem wydawało się jej, że zbyt mocno. Ale tłumaczyła sobie, że odwykła od czegoś takiego, co i raz poznając filozofów, psychologów, literatów, wiecznych poszukiwaczy Nienazwanego. A tu wszystko było czarne albo białe. Jeśli coś należało do jego świata - było w porządku. Jeśli nie - było wyśmiewane. Może świadczyło to o braku tolerancji, ale ten jego śmiech... Taki sam, jak on. Mocny, pewny siebie, głośny, dźwięczny... Męski. "Taki śmiech musi skrywać głębię, wspaniałą głębię" - uparcie trzymała się tej myśli.
   Wzięła do ręki następną książkę. Autor był już mniej znany, ale za to ona znała tę powieść niemal na pamięć. Powieść o wędrowcu przemierzającym świat. Wędrowcu takim, jak ten z którym się spotykała. Twardym, zdecydowanym... Może to będzie zaczątek ich wspólnych podróży? Niezapomnianych, wiążących ich ze sobą w taki sposób, że zaczną porozumiewać się niemal bez słów? I nagromadzą wspomnienia, które będą stanowić dla nich cenniejszy kapitał niż kiedyś, w przyszłości, wspólne konto w banku? Otworzyła książkę na pierwszej stronie i przeczytała: "John wpatrywał się w odległe góry. Wzywały go. Nigdy nie myślał o samotnej wyprawie, w dodatku tak dalekiej, ale teraz czuł, że to najlepsze co może zrobić. Musi się stąd wyrwać, po prostu musi. A Mary? Znali się przecież tak krótko... "
    "Niech to szlag trafi!" - pomyślała, zamknęła książkę i odłożyła ją na półkę. Książkę, którą znała niemal na pamięć, a która teraz odsłoniła się przed nią w nowy sposób. Odsłoniła jego; ich. Oni też znali się krótko. Czy była dla niego ważna? Z tą jego zwyczajnością, z tym biało - czarnym oglądem świata mógł przecież odejść w każdej chwili, niekoniecznie w dalekie, niedostępne góry... Choć to byłoby jeszcze ciekawe. Ale jakoś nagle nie wydał jej się do tego zdolny, prędzej wybrałby się z kolegami na kajaki - co, oczywiście, samo w sobie jest świetnym sposobem spędzania czasu, ale nie o to przecież chodzi.
   Przez chwilę stała bezradnie na środku księgarni. "Zupełnie nie wiem, z kim się spotykam od kilku miesięcy. A właściwie chyba wiem. Aż za dobrze. Tylko dlaczego to sobie robię; w imię czego?" Postanowiła jednak nie poddawać się nastrojowi chwili. Znała siebie taką. Niezwyciężoną. Przemieniającą wszystko, co napotkała w coś dobrego dla siebie, udowadniającą sobie i innym, że wszystko jest możliwe; choć mało kto tak naprawdę dostrzegał w niej tę umiejętność... Dotąd wystarczało jej, że ona wie...  Sięgnęła po następną książkę. I jeszcze jedną. Kolejną.
   Po dwóch godzinach spędzonych w małej, kameralnej księgarni miała już pełny obraz mężczyzny z którym spotykała się (tylko sypiała?! - cholerny meteor, przecież nie jest kobietą, która chciała romansu dla romansu, która szukała faceta do łóżka, nie można chyba znaleźć tego, czego się nie szukało, ani zgodzić się na to, nie istnieje ku temu żaden sensowny powód!) od jakiegoś czasu. Wszystko, co przeczuwała znalazło swój wyraz, potwierdziło samo siebie. Czuła wściekłość i radość równocześnie; wściekłość - za to, że oszukiwała samą siebie przez tyle miesięcy. Radość - że wreszcie się to skończyło, że nie będzie musiała dłużej nikogo udawać. Ani niczego, łącznie z orgazmami, bo był takim samym wyśmienitym kochankiem, jak i znawcą literatury - uświadomiła to sobie nie bez złośliwej satysfakcji.
   Wyszła z księgarni bez książki, za to ze świadomością, że oto zakończył się jej quasi - związek. To stało się w jej głowie. A więc po prostu się stało, bardziej stać się nie można, wszystko tam właśnie zaczyna się i kończy.
   I właśnie wtedy zadzwonił, tak jakby miał jakiś radar.
   - Halo - powiedziała jak do kogoś obcego, nie było w niej żadnych uczuć, nie było przecież od samego początku ich znajomości. Był obcym człowiekiem. Poczuła, że go zmroziło.
   - Cześć - lekko się zawahał, przez sekundę, nie wiedział o co może chodzić, nawet się nie domyślał, ale dłużej się nad tym nie zatrzymywał. - Co porabiasz, mała?
   Chciała coś odwarknąć, tak, jak nigdy się jej to jeszcze nie zdarzyło w stosunku do niego; tak jak inni, tak jak reszta świata, uważał ją za cichą i nieśmiałą, na tyle cichą i nieśmiałą, że nie byłaby w stanie zareagować nawet gdyby bardzo, ale to bardzo nie znosiła określenia "mała". Zresztą, jak mogłaby czegoś nie znosić? Ona? Zawsze tak uważna wobec wszystkich? Nie, skąd.
   Chciała odwarknąć, ale się powstrzymała. Mogła przecież uderzyć gdzie indziej. I mocniej.
   - Właśnie wyszłam z księgarni. Mam całą reklamówkę książek.
   - Taaaa....? - nie zdołał ukryć, jak bardzo jest zawiedziony. Przez telefon, poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń, zobaczyła, że wydłużyła mu się mina. Uśmiechnęła się do siebie.
   - Jadę na działkę w ten weekend. I będę czytać, czytać... Od rana do nocy - powiedziała tak, żeby zagubił się jeszcze bardziej, żeby zagubił ich. A potem pomyślała, że to naprawdę dobry pomysł, że wyjazd na działkę, w sąsiedztwie ukochanego lasu, dobrze jej zrobi. Tylko ona, książki i las. Sama prawda, nic dodać nic ująć.
   - Ale jesteś odjechana! - zaśmiał się, zareagował spontanicznie, zwyczajnie, jak to on. Jakby sam był na świecie i decydował o tym, co jest śmieszne, a co nie.
   Milczała. A powinna była również się roześmiać. Usprawiedliwić. Obrócić wszystko w żart. Przede wszystkim zaś nie przyznawać do takiego planu.
   Zrozumiał, że mu się wymyka. Akurat instynkt posiadania działał u niego niezawodnie.
   - Myślałem, że spędzimy ten weekend razem - powiedział twardo, bezdźwięcznie.
   - Nic nie mówiłeś. Muszę kończyć, podjeżdża mój autobus - nic nie podjeżdżało, ale miała już dosyć. Jakby dotarło do niej zmęczenie z ostatnich kilku miesięcy podczas których udawała kogoś, kim nie jest. Podczas których ważyła każdy gest i słowo, zupełnie pozbawiając się swobody bycia, po prostu bycia.
   - Natalia przyjeżdża - chwycił się ostatniej deski ratunku, żeby podtrzymać ich sztuczny światek, którego był wszechwładcą, a ona cieszącą się ze wszystkiego, co robił i mówił, jego wyznawczynią; przynajmniej tak to widział, tym się zadowalał i ani przez chwilę nie poddawał tego w wątpliwość.
   Natalia; znana mu od dzieciństwa - gdy trzeba było kumpelka do piwa, gdy trzeba było - kochanka na jedną noc. Zawsze gotowa wejść w rolę, którą jej przypisał. Wiedział, że jej się nie spodobała, że się nie polubiły. Ale nie mogła wiedzieć, jak jest; za to mogła podejrzewać, a więc powinna o niego walczyć... Nie wiedział, że wiedziała; że takie rzeczy zawsze wiedziała od razu. Ale pomyślała, że teraz, skoro poznał ją... I po co jej to było? Ileż potwierdzeń na to kim jest, musi jeszcze zgromadzić?
  - To wspaniale - usłyszała swój własny głos, a w nim ulgę i spokój. - Na pewno będziecie świetnie się bawili. Muszę kończyć, bo nie wcisnę się do autobusu. Cześć.
   Nie odpowiedział, rozłączył się bez słowa. Poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń zobaczyła jego zaciśnięte szczęki. Ostatnia deska ratunku podryfowała bez niego, bez nich.
   Postanowiła, że wróci do domu na piechotę, choć miała do przejścia kilka przystanków. Miała wrażenie, jakby uciekła z małej, ciasnej klatki. I że wokół niej jest więcej przestrzeni.
   A plan wyjazdu był naprawdę dobry; weźmie ze sobą książkę, którą ostatnio kupiła. Na pewno jeszcze wiele musi się o sobie dowiedzieć.
   I ta cisza lasu, spokój... Tam mogłaby też wreszcie zacząć pisać opowiadanie na które miała pomysł już od dłuższego czasu. Dotąd bała się w ogóle zacząć pisać. Wiedziała, że nie będzie mogła przestać. I że z każdym kolejnym wierszem, opowiadaniem, będzie podnosić kolejne zasłony, że nie będzie miała jak przed sobą uciec. Czuła, że jest w niej jeszcze tak wiele Nieznanego... Dokopywać się do tego, docierać... To dopiero odjazd.
   Przyspieszyła kroku.

środa, 01 maja 2013

Przeze mnie filtruje się moja rzeczywistość. Opowiadania, wiersze, haiku, zdjęcia, obrazy etc. są formą, jaką przybiera rzeczywistość po przefiltrowaniu przez moje wnętrze. I przez to też rozpoznaję siebie, przyglądam się sobie, przeglądam się w sobie. Sny też są, oczywiście, filtrowaniem rzeczywistości doświadczanej na jawie. Zadziwiają mnie na różne sposoby, zwłaszcza wówczas, gdy osnuwają się wokół tych treści, tych historii z mojego życia o których na co dzień nie myślę. A jednak one we mnie są. Wszystko jest we mnie i wszystko podlega filtrowaniu, a przez to oczyszczeniu. To, co śnione też oczywiście podlega dalszemu filtrowaniu, bo nawet spisując sen taki, jaki był, przepuszczam go przez filtr języka, jakim się posługuję, przez immanentną z nim gramatykę i zasób słów. A zatem filtrowanie z jednej strony uwalnia, a z drugiej przypomina, że filtrując nadaje się filtrowanym treściom charakter wynikający z samego charakteru filtra. Nie da się tego przezwyciężyć, jeśli chce się nadać czemukolwiek jakikolwiek wyraz. Uwalniając, więzi się równocześnie daną treść w określonej, choć autonomicznie już funkcjonującej, formie.
Prawda musi więc pozostać niewyrażalna.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Przypadek nie istnieje. To, że w danej chwili nie potrafimy pojąć zależności między zdarzeniami / sytuacjami (gdyż określenia "przypadek" zwykle używamy w odniesieniu do zdarzenia, które niczym klin wbija się w naszą rzeczywistość, tj. nie przystaje do niej, w sposób ewidentny nawet nie przypomina tego, czego oczekiwaliśmy lub na co liczyliśmy) nie oznacza, że coś wzięło się znikąd, że dane zdarzenie zostało wyabstrahowane z ciągu przyczyn i skutków. To my nie rozumiemy jego logiki, nie jesteśmy w stanie przeniknąć subtelnych schematów, których jest wynikiem, stanowiąc zarazem przyczynę kolejnych zdarzeń. Dopiero z upływem czasu dostrzegamy jego wagę i konieczność przejawienia się, ale nawet wtedy nie zawsze jesteśmy w stanie na to przystać, oddając się tym samym pod władzę nieznanych, ślepych sił, rzekomo rządzących naszym życiem.

Nie warto więc przywiązywać się do pojęcia "przypadek" pod którym de facto nic się nie kryje, bo to tylko osłabia naszą sprawczość, kreatywność i wolną wolę. 


środa, 23 marca 2011

Haiku stwierdza fakt, jako taki. Im lepsze haiku, tym mniej w nim jego autora, tj. jego osobistego stosunku do faktu, który opisuje. Dlatego też maleńkie, trzywersowe haiku miewa tak potężną siłę rażenia - w samym fakcie, jako takim, pozbawionym już na starcie (w momencie zapisu) ludzkiego pierwiastka, widać jak właśnie ów nagi fakt, sam z siebie, potrafi (odbiorcy, czytelnikowi) postawić włosy na głowie (najczęściej z przerażenia), wywołać salwę niekontrolowanego śmiechu, atak płaczu, uczucie żalu, smutku, tęsknoty, refleksję a to o przemijalności, a to o rzeczach odwiecznych. Z czego płynie prosty wniosek, że wszystko jest w nas, że to nasze reakcje na świat ów świat tworzą. Pozorne jest jednak stwierdzenie, że istnieje coś takiego jak fakt obiektywny. Może on zostać zarejestrowany (np. właśnie zapisany) w sposób obiektywny. Jednak zaistnienie jakiegoś faktu w rzeczywistości już jest wynikową czyichś reakcji na fakty wcześniej przez niego zastane, które z kolei...(zostały już przez kogoś wytworzone, współtworzone). Dlatego, śmiem twierdzić, przyjmowanie czegoś obiektywnie i subiektywnie, jest tak naprawdę umowne. W rzeczywistości te płaszczyzny stale się na siebie nakładają. Nie ma faktu, który mógłby zaistnieć bez czyjegoś udziału, a to już w pewnym sensie podważa rzeczywistość istniejącą obiektywnie. W haiku, gdzie autor jest niewidzialnym narzędziem, rejestruje coś przez siebie zastanego, nie umieszczając w tym swoich emocji, najlepiej widać do czego człowiek jest zdolny i jak wygląda świat tworzony przez niego w każdej chwili jego życia. 


czwartek, 06 stycznia 2011

Oczekiwanie to napięcie.

Napięcie to gotowość.
Gotowość to skumulowane pragnienie.
Skumulowane pragnienie to od dawna skrywana tęsknota.
Skrywana tęsknota to żal za utraconym lub niedoścignionym.
Żal to trawiące niespełnienie.
Trawiące niespełnienie to oczekiwanie na to, że przecież musi być lepiej.
Nie wiadomo, czy musi.
Ale wiadomo, że takie oczekiwanie wyzwala napięcie.
A napięcie to...

Itd.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna