Anna Goluba

Wpisy z tagiem: moc osobista

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Pisarz (z prawdziwego zdarzenia), swoim pisarstwem powołując do życia daną postać jednocześnie staje się nią. Pisząc, wchodzi bowiem w jej przestrzeń energetyczną, myśli tak, jak ona, używa słów, takich, jakich używa ona. Śmieje się i płacze razem z nią. Bywa też przez nią zaskakiwany - w jego głowie, przez cały czas tworzenia, utrzymuje się całościowy obraz tego, co poprzez słowa przekłada na opowiadanie, powieść, baśń, jednak niejednokrotnie szczegóły tego obrazu ujawniają się dopiero w trakcie procesu twórczego, w trakcie pisania. Jedyne, co pisarz może wówczas zrobić, to przyzwolić na takie prowadzenie. Wszystko odbywa się na zasadzie sprzężenia zwrotnego między nim, a postaciami z jego własnych dzieł, co jednocześnie dowodzi, że postacie te czekały na niego od dawna, w przestrzeni zwanej Kroniką Akaszy.
Poprzez pisanie, owe spersonifikowane aspekty osobowości pisarza - jego bohaterowie - podlegają transformacjom, co oznacza prawdziwe błogosławieństwo, wzmocnienie, uzdrowienie dla każdej, a więc również dla danego pisarza, psyche.


Kiedy tonął w oceanie
Uratowała go syrena,
Która wypłynęła
Z najciemniejszej głębi...
Bajkopisarz

niedziela, 17 kwietnia 2016

"[...] uważam opowiadanie za najwspanialszą rzecz, za coś, co nie tylko wzbogaca ludzi wewnętrznie, ale też ich chroni. I nie mówię tego w sensie metaforycznym. Moim zdaniem dobre pisarstwo - dobre opowiadania - stanowi cudowny gejzer wyobraźni, a wyobraźnia, w moim pojęciu, ma przynosić ukojenie i ratunek w sytuacjach krańcowych, na gwałtownych wirażach życia, które, bez takiej pociechy, stałoby się nie do zniesienia. Mogę, naturalnie, mówić tylko za siebie i opierając się wyłącznie na własnym doświadczeniu, ale właśnie w moim przypadku wyobraźnia, która po wielokroć powodowała, iż w dzieciństwie nie mogłem ze strachu zasnąć, później, kiedy już wkroczyłem w wiek męski, przeprowadziła mnie bezpiecznie przez wiele straszliwych zakoli życiowych i mrocznych krajobrazów rzeczywistości."

Stephen King

poniedziałek, 05 października 2015

Twórczość jest wynikiem bezpośredniego przeniknięcia rzeczywistości do samych trzewi. Stąd tworzyć oznacza sięgać w głąb - w głąb siebie, do świata, który z zewnątrz tam właśnie zapadł i domaga się przefiltrowania przez danego twórcę, częstokroć, a być może nawet nigdy, nie pytając go o zdanie tj. nie pytając czy jest tworzeniem zainteresowany, czy chce się tym zajmować. Stąd również, tak naprawdę, nie da się rozróżnić czy twórca jest faktycznie twórcą, czyli kimś, kto w jakimkolwiek bądź sensie lub na jakimkolwiek poziomie zachowuje swoją niezależność, autonomię, czy też jest narzędziem... - nie da się tego rozróżnić, ponieważ jest on jednym i drugim równocześnie.
Już sam zaś fakt, że łączy w sobie to, co pozornie wydaje się nie do połączenia, a nawet wzajemnie, teoretycznie, powinno się wykluczać, stanowi przejaw siły psychofizycznej, znacznej odporności mentalnej, intensywnego przepływu energetycznego, któremu twórca potrafi się poddać, panując jednocześnie nad nim i nad sobą - inaczej nie byłby w stanie tworzyć. Ze swoich wypraw w głąb wracałby w najlepszym razie z pustymi rękami, w najgorszym - w pomieszaniu emocjonalnym i umysłowym, często oficjalnie kwalifikowanym jako obłęd. Jednak o tym, który powraca z jakąś wartością dodaną, uzyskaną dzięki niezwykłej przytomności umysłu, ostremu intelektowi, sprawnie funkcjonującej świadomości rozróżniającej, śmiało możemy powiedzieć, że jest właśnie twórcą - kimś równocześnie wrażliwym i silnym.
Nie rozumiem więc dlaczego np. o poetach mówi się, że są ludźmi nie mającymi kontaktu ze światem, oderwanymi od rzeczywistości, uwznioślonymi, etc. Poeta stąpa przecież po ziemi twardo, jak mało kto; nie dość bowiem, że stąpa, to jeszcze z tego stąpania wyciąga wnioski, widzi w tym stąpaniu to, co w nim jest immanentnie zawarte, a jednak dostrzegalne dla niewielu, widzi też ziemię pod swoimi stopami, i to tak dokładnie, jakby w ogromnym przybliżeniu - dostrzega bowiem jej skład, strukturę, i w związku z tym niejednokrotnie potrafi przewidzieć, czyli zobaczyć wcześniej niż inni, czy ta ziemia, aby przypadkiem za jakiś czas się nie otworzy, czy też jednak, w swej łaskawości, zechce utrzymywać i nieść nas dalej. Wszak nie bez kozery wyraz "wieszcz" oznacza nie tylko poetę, ale również proroka.
Nie można zatem być poetą będąc li tylko kimś wrażliwym; tej wrażliwości zawsze musi towarzyszyć moc, odporność wobec treści, które przez siebie się filtruje.

środa, 07 stycznia 2015

Nieustająco fascynuje mnie twórczy proces; pisałam już o tym kilkakrotnie. Fascynuje mnie to, że tak nieoczekiwanie może wydobyć się z człowieka coś, czego on sam do końca sobie nie uświadamiał, a czasem nawet wcale. To dlatego, ze względu na to wydobywanie, twórczość jest twórczością, efekt końcowy zaś - powieść, wiersz, rzeźba, obraz, talia kart, kolaż, etc. - jest ukoronowaniem tego procesu, metą do której się szło, czasem biegło, czasem przystawało się po drodze wyjąc z bólu, czasem pędziło się tam z radością i dzikim zaśpiewem. Każda chwila w tym procesie jest jak rodzenie się wciąż od nowa. Ten, kto ukończył dane dzieło, jest już kimś innym niż ten, który je rozpoczął.

niedziela, 14 września 2014

Poszukiwanie drugiego człowieka, pragnienie stworzenia z nim związku, jest tak naprawdę poszukiwaniem siebie, czyli poszukiwaniem oddźwięku w świecie zewnętrznym na to, co nam w duszy gra. Znajdź więc najpierw samego siebie, swój własny dźwięk, swoją melodię - umocnij siebie w sobie, zbuduj siebie - w swoich pasjach, w swojej pracy, w tym, co lubisz robić i czego nie lubisz, w tym, co kochasz jeść i w tym, co niekoniecznie, w podróżach i w milczącej kontemplacji; ważne, żeby odnaleźć swoje wypełnienie, żeby zacząć rezonować ze światem, zapuścić korzenie w swojej ziemi. I jeśli tylko zrobisz to z pełnym zaangażowaniem, dla siebie, nie dla kogoś innego, jeśli tym samym nauczysz się być sobą bez skrępowania i w pełni świadomie, wówczas drugi człowiek sam cię odnajdzie, czy też raczej - odnajdziecie się równocześnie.

czwartek, 13 marca 2014

Jeśli wiesz, czego szukasz, nigdy nie odkryjesz czegoś nowego.

piątek, 28 lutego 2014

Granica, niewidzialna. Przekraczając ją zostaje się bez skóry. Można to robić (w tym sensie, że jest to wykonalne), skóra bowiem z powrotem narasta, i to nawet twardsza; choć prawdę mówiąc to, co skrywa, nagle wydaje się być jeszcze bardziej miękkie niż przedtem, jednak twardość nowej warstwy skóry pozwala nie pamiętać o tym na co dzień... Ową skrywaną miękkość zaś odczuwa się rzadko, w sytuacjach tylko ekstremalnych; wówczas jednak słyszy się krzyk, a właściwie wrzask własnej duszy...
Przekraczając ową niewidzialną granicę, co zawsze, zwłaszcza na początku, daje poczucie, że wszystko jest możliwe, że jest się kimś niezwyciężonym, wszechwładnym; kimś, kto może stwarzać swój świat wciąż od nowa, samą tylko myślą, należy zadać sobie pytanie - czy warto? Czy właśnie tak należy teraz postępować? Czy ze swoją własną mocą, częstokroć jawiącą się innym jako dzika i nieokiełznana, mimo, że do pewnego, bardzo wysokiego poziomu kontrolowana jest od wewnątrz (co zresztą okazuje się być pułapką), nie zostanie się w końcu samemu, nie wiedząc, co począć z umiejętnościami tyleż dla innych zadziwiającymi, co budzącymi ich obawy? Czy to, co zaczęło się w pewnej - uchwytnej, a jakże! - chwili, dziać, nie jest już tylko igraniem z mocą, zabawą dla zabawy, wypróbowaniem własnej wytrzymałości, poszukiwaniem (własnego) nieba lub piekła, prowokowaniem Boga, naigrywaniem się z diabła; kuszeniem losu dla samego kuszenia, po to tylko, żeby zobaczyć, co się stanie, i czy tym razem również wyjdę z tego cało, a jeśli tak - to kim będę, i czy w ogóle siebie rozpoznam?
Warto te pytania sobie zadawać.
I póki jest czas, nadać mocy kierunek; nie zostawać sam na sam z ową mocą dla której nie ma zastosowania, która stopniowo wchłania swojego rzekomego mocodawcę od wewnątrz, sprawiając, że świat zewnętrzny zaczyna mu się jawić jako oddzielony szklaną taflą, przez którą żadną miarą nie może się przedrzeć.
Wszak nie bez kozery, w Tarocie, po karcie Mocy, pojawia się Wisielec...

wtorek, 07 stycznia 2014

"Od słów ważniejsza jest stojąca za nimi energia."

Cesar Millan

niedziela, 14 lipca 2013

Królowa Mieczy jest szalona.
Ale to szaleństwo jest ukierunkowane, ma ściśle określony cel - obronę prawdziwej natury Królowej.
Konieczność taka pojawia się w sytuacji, gdy Królowa dojrzewa w obcym dla niej, nieadekwatnym do jej własnej istoty, otoczeniu. Środowisko to może być tak pasożytnicze, tak bardzo przypominające w swoim postępowaniu bezwzględnego i jednocześnie pozbawionego jakiejkolwiek refleksji wirusa, że natura Królowej, chcąc skutecznie się przed nim obronić, wydaje się dążyć do samounicestwienia, podczas gdy tak naprawdę nie pragnie ona niczego innego, jak tylko żyć w pełni, pragnie siebie wreszcie rozpoznać, uwolnić z siebie to, co uwolnienia wymaga, aby móc rezonować z tym, co rozgrywa się na zewnątrz.
W skażonym środowisku jest to jednak niemożliwe, dlatego Królowa zamyka się w mentalnym, energetycznym kokonie do którego nikt nie ma dostępu. Skrywa się w nim, ale nie oznacza to jej tchórzliwej bierności, jest raczej skrywaniem się wojownika za swoją tarczą. Tarcza zostanie opuszczona, kiedy zniknie wróg. Wróg zniknie wówczas, gdy przestanie choćby wyczuwać słabość, która tutaj jest brakiem pewności siebie Królowej wynikającym z niepełnego (na tym etapie) rozpoznania siebie, będącego wszak procesem rozciągającym się w umownej, ale jednak na pewnym poziomie istniejącej, czasoprzestrzeni.
Energia mentalna, jaką Królowa wkłada w słowa i zespół zachowań, postaw, aby obronić siebie samą, nie wskazując jednocześnie, czego tak zaciekle, niejednokrotnie histerycznie, obłąkańczo chroni, wystarczyłaby do wybudowania domu, a jeśli trwa to dłużej, pewnie nawet całego osiedla pysznych willi, ze starannie wypielęgnowanymi chodnikami od frontu, żwirowanymi alejkami wijącymi się wokół różanych klombów i niewysokimi żywopłotami symbolicznie wyznaczającymi międzysąsiedzkie granice. Od czasu do czasu, gdzieniegdzie, widnieją tam wielkie, rozłożyste drzewa, wiekowe, na których stworzenie musiała zapewne zostać zużyta energia z poprzedniego wcielenia Królowej.
Oczywiście, jak wszystko, tak i ten żmudny, a jednak przypominający wojnę, proces, musi wejść, jak już wspomniałam, w kolejną fazę. To, że ona nastąpiła można rozpoznać po tym, iż natężenie toksyn w otoczeniu Królowej słabnie. Trujące, przesycone jadem, naszpikowane żądłami macki niemal niezauważalnie zaczynają się wycofywać, wiotczeją. Nie, nie dlatego, że tracą moc. Nośniki informatyczne, które w sobie zawierają, rozsyłają po sieci połączeń wiadomość, że Królowej zostało odebrane wszystko, co było do odebrania, że wszystko, co stanowiło w niej ewentualny potencjał zionie już pustką, że Królowa, owszem, wciąż walczy, ale nie jest nikim więcej niż Don Kichotem, zatrzaśniętym w swoim własnym świecie, z którego nie ma szansy się wydostać, żeby tego bowiem dokonać musiałaby wiedzieć, że istnieje coś poza nim, i że przede wszystkim ów świat jest w swej istocie Matrixem utkanym z jej mentalnych przekonań, idei, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością, jako taką. Rozprzestrzeniająca się po sieci wieść głosi, że Królowa jest tym, kim się wydaje, że nic nie skrywa.
Trudno o lepszy pancerz ochronny dla własnego jestestwa.
Królowa zaczyna wreszcie wygrywać.
Nic, oczywiście, nie dzieje się od razu, ale istota Królowej, która rozpoczyna proces uwolnienia, jest już nie do zatrzymania. Pomału uwalnia się z kokonu, aby wzlecieć w otwartą przestrzeń, aby zaczerpnąć, z racji żywiołu do którego przynależy, powietrza.
Narodzony w kokonie motyl, uwolniony ze swojej, teraz już pustej, skorupy (choć jej funkcji, jako kokonu, nie sposób przecenić) zaświadcza swą obecnością, że proces wszedł w kolejny etap na którym Królowa Mieczy staje się Królową Denarów.
Jako Królowa Buław, mając moc samostanowienia, realizując za pomocą swojej woli, Wyższą Wolę, uczyła się pomału rozpoznawać świat emocji. Uwalniały się one bowiem pod wpływem przynależnego jej Ognia, aż w końcu zaintrygowana Królowa zaczęła przyglądać się im z coraz większą uwagą; gdy Ogień słabł, zostawiał za sobą ślad - gorący wosk na powierzchni wody przybierał najrozmaitsze kształty z innego wymiaru, którego oddziaływanie przemieniało Królową. Wówczas, już jako Królowa Pucharów, wkraczała w nowy obszar, który nie ponazywany, wchłonąłby ją bez reszty. Pozbawiłby ją nawet jej własnego imienia. Nazwy stały się więc konieczne, słowo stało się konieczne. Słowo - Miecz; rozstrzygające, stanowiące, zasądzające i rozsądzające. Słowo, które staje się Ciałem, staje się Denarem, Asem wśród Denarów, w który Królowa wpatruje się z taką samą intensywnością, z jaką wpatrywała się w Puchar zyskując w ten sposób wiedzę, spoza i tak nieistniejącego, czasu. Wiedzę, której nikt nigdy nie może jej odebrać, ale która niesie w sobie również niebezpieczeństwo niczym wody Lety.
Na etapie Królowej Mieczy wiedza ta zostaje jednak uporządkowana, o ile tylko Królowa Pucharów zdoła do niej właśnie dotrzeć, a potem jeszcze siebie obronić, utwierdzając się jednocześnie co do swej istoty.
Te cztery są Jedną, i nie dotyczy to oczywiście tylko Królowych.
To wszystko jednak, cały ten niezwykle subtelny, ale i brutalny, bezustannie oscylujący między Życiem i Śmiercią (choć to też, oczywiście jest Całość, a nie wzajemnie wykluczające się sprzeczności), proces (tu akurat odnoszący się do Królowej Mieczy, ale przecież nie na wyłączność) może okazać się sukcesem pod jednym wszakże warunkiem - że Królowa będzie stale pamiętać o tym, kim jest naprawdę; że nawet przez moment, czy to na jawie, czy to we śnie, wychwalana, czy wyszydzana, nie przestanie być czujna wobec tego, kim jest w głębi swej istoty - wobec tego i tylko tego. Nikomu ani niczemu nie może dać się z tego wytrącić. Nie może się zachwiać, a jeśli już, to tylko po to, żeby wzmocniona wrócić do poprzedniej pozycji (wobec bowiem największych wichrów czasem lepiej na chwilę się ugiąć niż zapierać i w efekcie tego, a nie siły wiatru, złamać).
Jeśli zapomni kim jest, jeśli to zgubi, uwierzy czemuś, co nie ma nic z nią wspólnego i przyjmie jako swoje - jej obłęd przestanie być metodą, i nie będzie jej dłużej służyć za narzędzie.
Skutki tego są tak łatwe do przewidzenia, że aż niewarte wspominania.  
Ale nawet tu odsłania się głębszy sens, i przy okazji daje też o sobie znać, tak charakterystyczna dla Tarota, znaczeniowa wielopoziomowość - Miecz, który dzierży Królowa może pomóc jej zachować ostrożność we wszystkich działaniach; ostrożność mającą zbawczą, wyzwoleńczą moc.




poniedziałek, 10 czerwca 2013

To jest seks. Dochodzisz pomału, ale nie możesz tego przerwać, nie możesz przestać - mimo, że czasem naprawdę chcesz, bo w końcu kto lubi, aby cokolwiek było silniejsze od niego. Ale nie dajesz rady. To jest wszędzie tam, gdzie ty, nie odstępuje. Więc ulegasz, i już nie wiesz, kto tu rządzi. Albo po prostu lubisz tak myśleć. Tak jest wygodniej. I w końcu widzisz szczyt. Jest tutaj, czekał od dawna, tylko na ciebie. Brama otwiera się z hukiem, ciężkie, żeliwne skrzydła uderzają na boki z taką siłą, że aż lekko wracają do środka. Ale to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. Albo aż.
Przechodzisz przez bramę.
I wtedy pojawia się pierwsze słowo.
Pociąga za sobą kolejne i kolejne.
Po pewnym bezczasie widzisz przed sobą gotowy wiersz lub opowiadanie.
Gotowość czasem jest pozorna. Czasem poprawiasz tu i ówdzie. Szlifujesz do połysku. Kilka ostatnich pocałunków na przyspieszonym, zduszonym oddechu.
Kropka na końcu ostatniego zdania.
Albo i nie.
To zależy.
To jest papieros po. Może być, jeśli ktoś pali. Albo akurat ma ochotę zapalić. A jeśli nie, to nie.
Czujesz się lekko, nie myślisz o niczym.
Nie musisz się z niczego tłumaczyć. Przed nikim. Przed sobą też nie. Wyzwolenie. Jesteś. Ni mniej ni więcej. W sam raz.
Życie bardzo się upraszcza po udanym seksie.
Tylko na chwilę, ale jednak.

wtorek, 13 listopada 2012

Świadomy sen jest skutkiem bardzo silnego wewnętrznego pragnienia, odśrodkowego zamierzenia, którego siła, w trakcie działania, jest właściwie synonimiczna z aktem wolnej woli. Jest wiele metod wywoływania świadomych snów, ale żadna nie spełni swojego zadania, jeśli nie będzie towarzyszyło jej pragnienie - pragnienie wywoływania określonego skutku; jeśli np. śnię, że znajduję się w miejscu w którym nie chcę być i jeśli w dodatku ten sen powtarza się po raz kolejny, to nie budząc się, działając wewnątrz snu, mogę zmienić miejsce swojego pobytu - przez sam fakt, że o tym pomyślę. Jeśli po raz kolejny spotykam we śnie kogoś, kogo z racji np. naszego konfliktu od dawna nie widuję na tzw. (sic!) jawie, we śnie daję temu komuś do zrozumienia, że nie chcę więcej go spotykać lub - ponownie - przemieszczam się gdzieś indziej. Słowny lub czynny komunikat w kierunku danej osoby, naznaczony szczerością oraz intensywnością na jaką nie zdobywamy się w realu lub dzieje się to rzadko, jest oczywiście elementem snu kompensacyjnego (choć nie twierdzę, rzecz jasna, że każdy sen kompensacyjny jest związany ze snem świadomym), co nie zmienia faktu, że śniąc mogę odczuwać / wiedzieć, iż dzieje się to naprawdę, gdyż jak słusznie zauważył Jung to, co odbywa się w ludzkiej psychice jest rzeczywiste i przynależy do dziedziny faktów tak, jak wszystko inne, co się wydarza . Nie o metodę zatem chodzi, tylko jak zwykle - o to co płynie z wewnątrz. Śmieszy mnie stwierdzenie, jakoby można spontanicznie śnić świadomie. Nie ma takiego rozróżnienia - na śnienie metodyczne i spontaniczne. Jeśli taki sen się wydarzył, oznacza to, że odśrodkowo został uruchomiony mechanizm, który go wywołał. Z użyciem li tylko techniki nic by się nie zadziało. Przy silnym pragnieniu, które - nomen omen - budzi się we śnie - uruchamia się to wszystko, co później zwolennicy technizacji życia zaprzęgają w metodę, stawiając ją nad człowiekiem i zapominając, że to w nim wszystko ma swoje źródło.
 
poniedziałek, 09 lipca 2012

" - Zapomnijcie o waszym "ja", a strach was nie dosięgnie."



Carlos Castaneda "Sztuka śnienia"

niedziela, 01 lipca 2012

  - "Kiedy spotkam miłość?" - to pytanie chyba najczęściej jest zadawane Tarotowi. I bywa, że słysząc je podczas konsultacji czuję strach - strach,
który płynie od osoby zadającej pytanie; jest obecny w jej napiętym głosie, ukrywa się w spojrzeniu uciekającym gdzieś w bok. Całe ciało kuli się do środka, kiedy się boimy. Zapadamy się, chowamy do wewnątrz, bo tam czujemy się bezpieczni. Nie chcemy już nigdy więcej być zranieni; tak, jak miało to miejsce w poprzednich związkach, w poprzednich latach. Nigdy więcej bólu. Tymczasem to, czego się boimy jest już przecież poza nami; minęło. My, jako uczestniczący w tamtej historii, w tamtym doświadczeniu, również przeminęliśmy. Takich już nas nie ma. Przez to co się nam wydarzyło, nauczyliśmy się czegoś nowego. Nie musimy sobie tego w pełni uzmysławiać - jeśli będzie to nam potrzebne, odezwie się i nas obroni. Ten system jest niezawodny; nasz wewnętrzny system obronny. Gdyby nie istniał nie bylibyśmy w stanie iść naprzód. A jednak idziemy i pytamy. Pytamy, ale nie wierzymy w samych siebie. Tak, jakbyśmy czuli się winni temu, co nam się przydarza. Tymczasem, rzeczywistość nas otaczająca działa na zasadzie zwierciadła - odbija to, co jest w naszym wnętrzu, pokazuje na jakim etapie Drogi jesteśmy.
  Chcemy miłości, bo słusznie przeczuwamy, że jest największą mocą, jaka istnieje. Wyostrza zmysły, pozwala dostrzec niedostrzegalne, jest delikatna, a jednocześnie trudno się jej oprzeć. Ale nie można chcieć jej dostać. Ona przychodzi, poniekąd sama, wtedy, gdy może... Lubi swobodny przepływ, a strach go uniemożliwia. Człowiek, który się boi jest zawieszony w przeszłości - bo nie można bać się tego, co dopiero ma nadejść. Nie poznamy tego, co nadejdzie, dopóki tego nie doświadczymy. Nawet, jeśli widać to w kartach. Takie rozkłady są warunkowe.
Za każdym więc razem, kiedy pojawiają się nam, wyświetlane wewnętrznym projektorem obrazy, trzeba powiedzieć sobie (można i na głos:-)) - "To już było. Oglądam film, który tak naprawdę znam na pamięć".
  Komuś, kto jest przelękniony Tarot opowiada o tym strachu. Pokazuje jego korzenie, a te czasem sięgają bardzo głęboko; (toksyczne, zniewalające) związki partnerskie, jakie są naszym udziałem są bowiem jego objawem, a nie przyczyną...Korzenie wiją się w mrocznych czeluściach, bywa, że sięgają kilka pokoleń wstecz... Ile trzeba mocy, żeby to przeżyć, ile siły! Ona jest w człowieku, który siedzi przede mną podczas takich spotkań; który przychodzi na nie zwykle zalękniony, ale zaczyna przemieniać się już w trakcie rozmowy; przemienia się dzięki sobie, bo to w głąb siebie zagląda za pośrednictwem Tarota. I jeśli tylko utrzyma w sobie ten stan, nie będzie musiał miłości szukać, ona sama go znajdzie, bo człowiek rozumiejąc samego siebie nawet nie zauważy, kiedy siebie pokocha, a to będzie oznaczało, że jego serce znów bije równo i mocno; bez lęku. I wtedy spotka tego drugiego, bo podobne przyciąga podobne, miłość rozpozna siebie w sobie; to dlatego kochający się ludzie odczytują swoje myśli i dokańczają po sobie zdania. Są jednym, bo miłość jest jedna, przenika wszystko... Zbyt idealistyczne? Nie. Naturalne; idealistycznie może to brzmieć w czasach, jakie są, ale miłość jest uniwersalna, i o tym trzeba pamiętać; ona istnieje poza czasem...Można to rozumieć na bardzo wiele sposobów. Nawet śmierć nie stanowi dla niej bariery, jeśli już raz miłość zaistnieje, prawda? Każdy z nas przecież o tym wie, każdy kto czyta te słowa, potrafi to zrozumieć. Tym samym staje się więc jasne, że strach jest czymś narzuconym, nienaturalnym, jest przywoływaniem diabła, wielkiego pozoranta, bo jego władza jest pozorna, choć może przejawiać się straszliwie, a przez to wydawać się - sic! - autentyczna...
  "To już było" - trzeba więc sobie powiedzieć, i powtarzać do skutku, w chwilach, gdy czujemy szarpnięcie w tył. Miłość przychodzi tam, gdzie ma otwarte drzwi, ona nie jest nachalna. Tacy są najwięksi wojownicy, którzy świadomi są swej mocy. I tacy musimy być my, jeśli ma nas napełnić. Odważni, ale nie buńczuczni. Otwarci, ale nie narzucający się.
  Nie możemy wytwarzać żadnych iluzji, jeśli chcemy prawdziwej miłości, a strach mający swoje źródło w tym, co już się dokonało, jest właśnie tylko iluzją; która jednak będzie mocno trzymała nas w szachu, jeśli na to pozwolimy.
  Tak naprawdę mamy być tacy, jacy jesteśmy; bez przesłon.




czwartek, 16 czerwca 2011

Siła wiary tkwi nie w jej przedmiocie lub podmiocie, lecz w niej samej jako takiej. To, czy przedmiot / podmiot wiary posiada własną moc sprawczą jest, wbrew pozorom, zupełnie inną historią. 


sobota, 22 stycznia 2011

"Wojownik światła wkłada całą duszę w jedno ćwiczenie - bardzo potrzebne na drodze jego duchowego rozwoju - skupia uwagę na tym, co zazwyczaj wykonuje machinalnie, jak oddychanie, mrużenie oczu, czy oglądanie codziennych przedmiotów. Robi to zawsze, ilekroć czuje się zbity z tropu. W ten sposób pozbywa się napięcia i pozwala intuicji działać swobodnie. Wówczas dla niektórych problemów nie do rozwiązania, rozwiązanie się znajduje. Ból, który zdawał się nie do zniesienia, nagle mija. Sięga do tej techniki zawsze, kiedy musi stawiać czoła trudnej sytuacji."



Paulo Coelho "Podręcznik wojownika światła"

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna