Anna Goluba

Wpisy z tagiem: duchowe poszukiwania

wtorek, 28 listopada 2017

Każde poszukiwanie jest przywoływaniem. I właśnie w tym ma swoje źródło biblijne "szukajcie, a znajdziecie" - ponieważ szukając wprawia się w ruch energię zgodnie z określoną intencją. Czyli dokonuje się aktu magicznego, i to z najwyższej półki.

***
 
Każda wojna - światowa, domowa, plemienna, etc. - zaczyna się w jednym człowieku.

***

Z każdego kibla trzeba kiedyś wyjść.

***

It's only sex that really matters.
 
środa, 18 stycznia 2017

Nie mam zwyczaju pisać recenzji książek (innych zresztą też nie :-)), ale tym razem postanowiłam wskazać na pewną pozycję, moim zdaniem, wartą przeczytania. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie również znajduje się w samej recenzji książki "Trening świadomego śnienia", której autorem jest Charlie Morley:

Spotkanie.
To doskonała pozycja dla tych wszystkich, którzy chcą wiedzieć czym jest świadome śnienie, jak i dlaczego przenika się z jawą, dlaczego ważne jest, aby do tego przeniknięcia doprowadzić i tym samym uaktywnić potencjał o którym, być może, dotąd nie miało się pojęcia. W książce opisane jest jak owo świadome śnienie osiągnąć, i jak nauczyć się przy tym, jakże bezcennej, samoobserwacji. Podane są metody osiągnięcia świadomego snu, podane są też przykłady samych świadomych snów, które były udziałem autora... No i właśnie. Ta książka to również spotkanie; spotkanie z kimś autentycznym, z pasjonatem, który jednocześnie na nic się nie sili, jest prawdziwy w swoim przekazie, a taki jest Charlie Morley - poprzez swoje doświadczenia świadomego śnienia pokazuje czym jest archetypowy Cień, w ten sam sposób sięga po doświadczenie bólu i je przekracza, nie jest wszak masochistą, a wręcz przeciwnie - kocha życie i ta miłość jest jego głównym azymutem, to ona podpowiedziała mu, żeby napisać tę książkę, dlatego dostaliśmy pozycję napisaną od serca, głęboką i jednocześnie bez nadęcia; bo to również poprzez świadome sny autor upewnił się w jakim kierunku ma podążać, nie zawahał się, żeby przed nami to odsłonić, abyśmy i my mogli odnaleźć swoją Drogę.
Powiedzieć, że polecam to mało. Ta książka to zaproszenie na spotkanie o jakie obecnie jest coraz trudniej.

niedziela, 29 listopada 2015

"Kiedy spotkam miłość?" - to pytanie często zadawane jest osobom zajmującym się dywinacją. Zadają je zarówno kobiety, jak i mężczyźni, w różnym wieku, po różnych doświadczeniach.
Tymczasem, odpowiedź na tak właśnie postawione pytanie, jest tylko jedna i brzmi: "Nigdy".
Miłości bowiem się nie spotyka. Miłość rodzi się między dwojgiem ludzi, budzi się wywoływana przez różne wydarzenia, sytuacje, słowa, gesty; przez falę energii, która powstaje ze wzajemnych oddziaływań. Tak, brzmi to trochę jak czysta fizyka, bo jest w tym i fizyka, i biologia, i chemia, i magia, i uczucie. Jest wszystko, ale nic nie dzieje się samo. Nie spotyka się miłości. Ona nigdzie nie stoi za rogiem, na moście, na dachu wieżowca, czy gdziekolwiek indziej i na nikogo ani na nic nie czeka.  
Jest natomiast Twoim dziełem. Aktem tworzenia. Narodzinami nowego, również dlatego, że zakochując się ze wzajemnością, to my sami rodzimy się na nowo - budzi się w nas bowiem nowa świadomość, czy też raczej przebudza ta prawdziwa. Miłość jest przyzwoleniem na to, żeby pewne rzeczy zadziały się między Tobą i drugim człowiekiem; przyzwoleniem, które dajesz sobie i temu komuś.
Oczywiście, że bywa tak, iż rodzi się w jednej chwili, momentalnie; to jest możliwe. Kolokwialnie mówi się wówczas o miłości od pierwszego wejrzenia, ezoterycznie, z poziomu magii - że dwie dusze się rozpoznały. Po spędzeniu razem, w różnych konfiguracjach energetycznych, iluś tam wcieleń, ponownie na siebie trafiły. I to jest związek karmiczny; karmiczny również dlatego, że nie ma niekarmicznych, jeżeli bowiem coś się zawiązuje, jeśli powstaje relacja między dwojgiem ludźmi, to znaczy, że jest w tym karma; czasem tylko przejawia się ona silniej, czasem słabiej.
Czasem jest już już niemal wypalona. Czasem jest jej tyle, że wystarcza akurat na to, że siedząc przed swoim komputerem, czytasz teraz ten tekst i prawdopodobnie raczej osobiście się nie poznamy, choć wszystko jest możliwe.
Bez karmy nie ma żadnej, najsłabszej nawet energetycznie, relacji.
Wracając zaś do meritum - moja porada dla tych z Was, którzy chcą kochać i być kochani - nie pytajcie kart, kiedy spotkacie miłość, bo to abstrakcja z elementami asekuranctwa, czyli ze skrywanym pragnieniem, aby coś zadziało się samo. Tarot odpowie na to pytanie zgodnie z tym, co Wam w duszy gra. Dla tych kart jest to niezwykle proste do zobrazowania, do przedstawienia. Jeżeli więc w Waszym pytaniu będzie się kryła chęć stworzenia autentycznego, opartego na miłości związku z drugim człowiekiem, a pytanie zostanie zadane w sposób mało konkretny, ogólnikowy, tudzież swoiście zakamuflowany, a wszystko to z racji Waszej wrażliwości, nieśmiałości, zwykłej nieumiejętności w zadawaniu tego typu pytań, Tarot odpowie konkretnie, operując datami, a potrafi być niezwykle precyzyjny, mimo, a raczej właśnie dlatego, że jego moc jest ponadczasowa i sam w sobie sytuuje się poza wszelką czasoprzestrzenią. Jeżeli jednak w Waszym pytaniu zawarte będzie owo asekuranctwo i wygodnictwo o którym wspominałam, dostaniecie odpowiedź, która z różnych względów może być dla Was zaskakująca i wywoła u Was konsternację; albo was przestraszy, jeśli traficie na kogoś, kto uważa, że Tarota można nauczyć się z książek i na tej podstawie "wróży" innym.
Tym, którzy zajmują się Tarotem i wróżbiarstwem od pokoleń, często w takiej sytuacji, karty pokażą i Waszą intencję, i jednocześnie dadzą odpowiedź na zadane pytanie.
Jednak to w Waszym interesie leży, aby właściwie je sformułować, bo to przybliża Was do tego, czego szukacie; gdyż, jak wiadomo - właściwie zadane pytanie to połowa sukcesu.
A zatem - powodzenia; i w zadawaniu właściwych pytań, i w świadomym tworzeniu mocnych, szczęśliwych relacji. Skorzystacie z mojej porady albo nie, to zależy od Was. To przecież Wasze życie.

Powyższe pytanie już kiedyś zainspirowało mnie do napisania innego tekstu. Jeśli jesteście ciekawi, zajrzyjcie i tam.

sobota, 14 lutego 2015

Dno nie istnieje.
Jest to, jak myślę, cenna informacja dla wszystkich poszukiwaczy ciemnej strony Księżyca - jakkolwiek by to rozumieć. Każdy taką wędrówkę podejmuje na własną rękę, podług własnych możliwości i środków. Często w ramach buntu do umownej rzeczywistości, często również w związku z doznanymi traumami, których postanawia nijak nie transformować, bo skoro świat (najbliżsi, ludzie na których polegał, itp.) coś takiego mu zafundował nie jest wart żadnych starań z jego strony.
Tak rozpoczyna się pikowanie w dół. Z odśrodkowym założeniem, iż w razie czego natrafi się na dno od którego będzie można się odbić.
Ktoś podstępny i cwany, może jakiś terapeuta samozwaniec, musiał ukuć taką teorię, którą wielu przyjęło za swoją.
Gdyby dno istniało, wielu z tych, którzy by go dotknęli nie uskutecznialiby powtórki z rozrywki, po krótkiej przerwie od wirowania po piekielnych kręgach, z pewnością nie wracaliby na nie. A jednak często wracają, dlatego, iż ów antrakt nie miał nic wspólnego z tzw. dotknięciem własnego dna, lecz z wypoczynkiem wymuszonym przez wycieńczony psychofizycznie organizm. Po odpoczynku zaś (po kuracji, detoksie, egzorcyzmach, energetycznych oczyszczaniach itp.) powstaje wolna przestrzeń, która domaga się wypełnienia. Nie zostaje jednak wypełniona niczym zdrowym ani dobroczynnym, jeśli organizm, jeśli człowiek nie został naprawdę uleczony.
Uleczenie zaś polega tylko i wyłącznie na zmianie nastawienia.
Zmiana nastawienia odbywa się zaś w ciągu nanosekundy; miejsce zdarzenia jest absolutnie dowolne - może to być kozetka u psychoanalityka, ale może być i kanapa własna wysiedziana od wielkiego, wynikającego ze strachu i wygodnictwa, pozoranctwa i asekuranctwa.
Nic nie jest w uleczeniu potrzebne oprócz tego jednego kliknięcia, oprócz przestawienia tej jednej zwrotnicy. Dokonać się to może w każdej chwili, w dowolny, dla każdego najbardziej adekwatny, sposób. Jest to już rzecz drugorzędna.
Nie trzeba wydawać niebotycznych pieniędzy na żadne terapie ani detoksy. Ani niebotycznych ani żadnych. Chyba, że to komuś odpowiada i z nim współgra. Ale można chodzić na rozmaite terapie latami, wirować po znanych na pamięć torach, pikować to w górę, to coraz częściej w dół, i nie osiągać żadnych pozytywnych rezultatów. Jeśli nie wydarzy się nic w głowie, jeśli nie zmieni się swojego nastawienia, jeśli nie zobaczy się siebie w całości - a jest to jak dotknięcie (symbolicznej) śmierci, kiedy to w ułamku sekundy dociera do człowieka znaczenie - obraz tego, co się z nim dzieje wraz z tym, co do tego doprowadziło, co jest teraz i dokąd ewidentnie, o ile nie wprowadzi się żadnych zmian, to prowadzi -wówczas do uzdrowienia nie dojdzie. Stąd Tarotowa Śmierć mówi w takim przypadku o dogłębnej transformacji. I dlatego właśnie następuje po niej Umiarkowanie, alchemiczna destylacja, oddzielanie energetycznych złogów od skarbów. I... tak - potem musi pojawić się Diabeł, który mówi: "Sprawdzam.", co oznacza tyle, że poddaje on próbie to, czego dokonało się najpierw podczas odcięcia, potem podczas wymagającej czasu i cierpliwości alchemicznej przemiany. Po Diabelskim teście przychodzi czas na Tarotową Wieżę - na chwilę prawdy, wynik testu - z tych wszystkich, często koniecznie bolesnych doświadczeń, pozostanie bowiem tylko to, co autentyczne. Wyrwiesz Diabłu diament. On go mocna trzyma, ale tylko pozornie. To Ty nadajesz mu moc.
Posłużyłam się tu językiem Tarota, bo jest bardzo bliski mojemu sercu i mentalności, osobowości, ale do odczynienia swojej rzeczywistości Tarotowa konsultacja - ani żadna inna, że tak powtórzę po raz kolejny - nie jest potrzebna. A skoro mówię to ja, a urodziłam się z umiejętnością odczytywania symboli z różnych światów, z umiejętnością czytania kart, której to umiejętności nie można nijak nabyć, to chyba coś w tym jest, prawda? Taki moment w tekście, który teraz czytasz byłby przecież doskonały do napisania - "Tylko Tarot ci pomoże". (Gwoli wyjaśnienia dla pasjonatów Tarota, a wiem z e-maili, które dostaję, że tacy czytają mojego bloga - moja powyższa interpretacja czterech Wielkich Arkanów nie wyczerpuje oczywiście ich znaczenia, jak zapewne wiecie, żadna interpretacja tego nie robi i nigdy nie zrobi, ta, którą się posłużyłam związana jest z kontekstem mojego eseju, z treścią omawianego zagadnienia.)
Ale ja mówię - tylko Ty możesz sobie pomóc. I nie potrzebujesz do tego nikogo ani niczego z zewnątrz. Bo dno, którego każą Ci szukać, celem odbicia się od niego, nie istnieje, więc jeśli teraz podążasz w jego kierunku, przestań, bo to droga donikąd. Droga na której możesz spotkać wielu pseudodoradców dla których staniesz się pożywką, wielu ludzi, którzy będą uważali, że lepiej od Ciebie wiedzą, kim jesteś. I będą Ci to umiejętnie wmawiać, imputować, sugerować; dyskretnie, wprost i między wierszami. Dlaczego tak wielu z nich zyskuje sławę i renomę, zanim okaże się, kim  są naprawdę i niestety już po tym, gdy skrzywdzą wielu ludzi? Bo są przekonani o swojej nieomylności, bo wierzą, że są dla Ciebie niczym latarnia do której zmierzasz próbując wyrwać się ze szponów sztormu. Swoim zachowaniem dają Ci do zrozumienia, że możesz być zaszczycony, iż poświęcają Ci swój czas. Kwestia pieniędzy za ich usługi; udają - czyli podkreślają często i namiętnie - że są one bez znaczenia, że oni, gdyby tylko mogli, pracowaliby za darmo; albo wręcz przeciwnie - ostentacyjnie afiszują się z dużymi stawkami, sugerując, że mają do zaoferowania coś, czego nie ma nikt inny. Pokora i ostrożność, tak wskazane, kiedy ma się do czynienia z psyche innego człowieka są im obce. Jeśli więc zdecydujesz się na terapię, znajdź profesjonalistę - pasjonata ukierunkowanego na ludzi, a nie na budowanie własnego ego. Twoje własne ciało (napięcie, brak napięcia, ból głowy albo poczucie relaksu, ucisk w splocie słonecznym lub przeciwnie - ciepło w jego okolicy, itp.) podpowie Ci, czy rozmawiasz z właściwym człowiekiem już podczas Waszego pierwszego spotkania. Oczywiście, jeśli będziesz uważny i nie będziesz się oszukiwać.
A zatem szukasz, co oznacza min., że sam na daną chwilę do końca siebie nie rozpoznałeś, więc inni nie mają prawa Cię określać, oceniać, szufladkować (pomijając to, że nigdy nie mają do tego prawa; pomijając - bo to oczywiste). Wiesz tyle, żeby wyruszyć. Inni nie przeżyli tego, co Ty i nie wiedzą, czym to było dla Ciebie, co Cię zabolało, a co nie, co przetasowało w Twojej głowie, co zrodziło się w Twoim sercu. Ilość scenariuszy dla ludzkich historii jest ograniczona. Natomiast ilość sposobów na jakie są one przeżywane nie mieści się w żadnych statystykach, bo każdy przeżywa na swój sposób, uwarunkowany przez wiele różnych czynników splatających się ze sobą ponownie w ileś tam możliwości - to się tylko pomnaża.
Czytaj; książki, gazety, co tylko wpadnie Ci w ręce. Słuchaj; muzyki, tego, co mówią otaczający Cię ludzie, w sklepach, na ulicach, spotkaniach, słuchaj śpiewu ptaków, słuchaj ciszy. Zatrzymaj się. Biegnij. Usiądź nad brzegiem morza. Wejdź na górę. Rób wszystko. Nie rób nic. Ale staraj się jak najczęściej, niczego sobie nie narzucając, sprawdzać - odczuwać, co z Tobą rezonuje. Tak odnajdziesz to, czego szukasz, a czego, przed wyruszeniem, często nawet nie potrafisz nazwać.
Nie leć w dół, licząc na to, że po drodze wydarzy się cud, a jeśli nawet nie, to w końcu, prędzej czy później, uderzysz w coś na tyle twardego, że to Cię zmieni, to Cię olśni. Nie można niczego na życiu wymusić. Można tylko spowodować, wywołać przez odpowiednie nastawienie.
A przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?

sobota, 03 maja 2014

"Gdzieś w świecie krąży, płynie tajemnicza energia, która, jeżeli zbliży się i nas wypełni, da nam siłę, aby uruchomić czas - coś zacznie się dziać. Dopóki jednak to nie nastąpi, trzeba czekać - wszelkie inne zachowanie jest złudą i donkiszoterią."

"Heban", Ryszard Kapuściński


To jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie najbardziej trafnych opisów energii reprezentowanej w Tarocie przez Wisielca - XII Wielki Arkan.
Najpiękniejsze zaś w nim jest to, że jak widać nie jest opisem tej karty sensu stricte, nie został zaczerpnięty z żadnej książki o Tarocie, lecz dotyczy właśnie energii w / w karty.
Bo poprzez pryzmat Tarota można odczytać - w sensie dosłownym i przenośnym - absolutnie wszystko, a więc nie tylko słowo pisane, ale też mówione, dzieła sztuki, filmy, sztuki teatralne, krajobrazy; Tarot przenika również poprzez sceny z życia codziennego i niecodziennego - a więc wojny, powodzie, katastrofy, jak też wszelkie radosne święta, nasze własne, prywatne, jak i te o szerszym np. krajowym lub światowym zasięgu.
Mając dar czytania kart, czy też mówiąc szerzej - dar odczytywania energii, jej przejawów, zanim zostaną one zmaterializowane, takie Tarotowe tropy można wyśledzić wszędzie. To bardzo wzbogaca wiedzę, zarówno dotyczącą życia, jak i samego Tarota, który z życiem, a więc i z jego wszelkimi zmianami, postępem ewolucyjnym, jest nierozerwalnie związany i mieści w sobie wszystko od początku stworzenia do wyczerpania wszelkich form, co jest logicznie nieuniknione.
Nie mając daru, również można śledzić Tarotowe przejawy, można poprzez to, co nas dosięga i w nas wnika, odczuć jaka też karta mogłaby to zobrazować. Dla każdego będzie to bardzo, ale bardzo indywidualny odczyt, uwarunkowany przez różne czynniki, takie jak własne przeżycia i doświadczenia, wrażliwość, emocjonalność, inteligencja, otwartość, itp. Przeprowadzając takie własne małe i większe, ukierunkowane lub spontaniczne, śledztwa, można również nauczyć się i pogłębić swoją wiedzę na temat życia i kart, jednak nie można nauczyć się wróżyć. To jest dane - nomen omen - tylko osobie mającej dar.
Tym wpisem odpowiadam na e-maile, które od czasu do czasu dostaję i które dotyczą tego właśnie zagadnienia - mianowicie tego, czy Tarota, wróżenia z niego, można nauczyć się z książek? Jak więc już wspomniałam - wróżenia nie można się nauczyć. Trzeba tę umiejętność mieć w sobie, od urodzenia. Jeśli się jej nie ma, też można zapoznać się z Tarotem, bo to największy fenomen, największy przejaw szeroko rozumianego geniuszu z jakim może zetknąć się człowiek. Absurdem jednak jest uczenie się znaczeń kart na pamięć. Znaczenie karty zmienia się w zależności od kart otaczających ją w układzie, ten zaś zależy od pytania, potrafi przy tym być również wielopoziomowy tj. równocześnie odpowiadać na pytania z różnych dziedzin życia danej osoby. Albo niespodziewanie, sam z siebie, także poprzez ten sam układ, położony przecież na określone pytanie, przed czymś ostrzec lub zapowiedzieć jakąś fantastyczną nowinę. Jaki więc ma sens uczenie się kart na pamięć? Żaden. Kontakt z Tarotem ma być żywy, elastyczny - bo taki jest Tarot.


Rzut na układ kart.  


Ze wszystkich wypowiedzi, jakie słyszałam odnośnie uczenia się Tarota najbardziej wartą wspomnienia była wypowiedź pewnej młodej kobiety w telewizyjnym talk - show. Przyznała, że uczestniczyła kiedyś w kursie nauki Tarota, próbowała go zgłębiać, bo bardzo ją pociągał; chciała też korzystać z niego w życiu, a w przyszłości zająć się wróżeniem zawodowo. W trakcie nauki dotarła do niej - szczęśliwie - jedna, lecz za to bardzo istotna - rzecz. Taka mianowicie, że aby czytać karty trzeba mieć, jak to określiła, tzw. rzut, czyli od jednego spojrzenia na układ kart ogarnąć, poczuć o czym on mówi, jaki jest jego wydźwięk, przekaz. Powiedziała, że jeśli się tego nie ma, prawidłowy odczyt kart jest niewykonalny.
Zgłębiam wszystko, co możliwe i niemożliwe :-), na temat Tarota od wielu lat. I to była naprawdę najbardziej trafna i jednocześnie najbardziej uczciwa wypowiedź w tym temacie z jaką się spotkałam.
Mam nadzieję, że wyczerpująco odpowiedziałam tym, którzy wysyłają do mnie e-maile w powyższej sprawie. Dar czytania kart jest takim samym darem, jak każdy inny w tym sensie, że dany z góry wymaga odkrycia, a następnie wykorzystania - z pełnym zaangażowaniem i szacunkiem. Nie oznacza to oczywiście, że ci, którzy daru nie mają nie powinni dotykać kart. Tak, jak wspomniałam - te karty pomagają lepiej i pełniej żyć, warto więc je poznać. Ale nie obrażać wkuwając ich znaczenia na pamięć, nie nadużywać wróżąc innym, jeśli nie jest to nam przeznaczone - bo tym właśnie jest korzystanie z daru - wypełnieniem przeznaczenia. Najlepszą metodą na spotkanie i zapoznanie się z energią Tarota dla tych, których on pociąga, ale są już na tyle siebie świadomi, iż wiedzą, że ezoteryka nie jest ich drogą, może być np. - na początku - wyciągnięcie karty (może być najpierw właśnie jedna) z intencją, aby zobrazowała wydarzenie, które kiedyś już zaistniało w ich życiu, o którym wiedzą dokładnie czym dla nich było i co im przyniosło. Taki sposób daje możliwość konfrontacji własnych odczuć z wizerunkiem przedstawionym na karcie, ocenieniem na ile wewnętrzne odczucia i wspomnienia oraz Tarotowy obraz synchronizują ze sobą, na ile ujawnia się tu coś, co było zakryte, choć przecież wydawało się, iż rzecz dotyczy przeszłości, która jest już rozdziałem zamkniętym, a przede wszystkim wiadomym... Nic nigdy nie zamyka się do końca, tylko transformuje. I nic nie jest do końca wiadome, bo gdyby było, ten świat nie musiałby trwać dalej; to tajemnica podtrzymuje życie, a stopniowe jej odkrywanie zwyczajowo odbieramy jako ewolucję. Oddziaływania z przeszłości dają znać o sobie na wiele sposobów i to w najmniej spodziewanych momentach. Ileż to razy, wielu z nas (wszyscy? :-)), powiedzieliśmy sami do siebie: "Myślałam / - em, że to już jest skończone..., że już tak nie zareaguję..."
Nie zmienia to jednak faktu, że to konfrontacyjne, synchroniczne ćwiczenie nawiązujące do przeszłości, pozwoli początkującym stopniowo, na tej samej zasadzie, poprzez z kolei zadawanie pytań dotyczących bieżącego dnia, na lepszy wgląd w teraźniejszość, a tym samym - niezauważalnie - również w przyszłość, ponieważ kształtujemy ją w każdej chwili; każda zaś obecna chwila jest zalążkiem następnej...
Nie jest to oczywiście, siłą rzeczy, nauka wróżenia, lecz metoda wyostrzająca intuicję, pobudzająca wyobraźnię i zdolności wizualizacyjne, które silnie mogą wpłynąć na strefę snu, i stać się dodatkowym źródłem, dostępnych już dla każdego, snów proroczych.


Czystość intencji - podstawa i warunek konieczny.


Życzę powodzenia w spotkaniu z Tarotem, które i tak zapewni wszystkim pasjonatom tych magicznych kart, czysta i nieskazitelna intencja, czyli chęć, pragnienie, aby Tarot naprawdę stał się ich powiernikiem, przewodnikiem i doradcą.

środa, 23 kwietnia 2014

Jeżeli chcesz zmienić coś w swoim życiu, zadaj sobie jedno pytanie: czego boisz się bardziej - iść naprzód czy pozostać w miejscu w którym jesteś obecnie?
Wtedy i tylko wtedy zdołasz uczciwie na to odpowiedzieć, jeśli - choć na chwilę - wyrzucisz ze swojego słownika takie hasła jak: wygodnictwo i asekuranctwo.

wtorek, 08 kwietnia 2014

Unaocznienie - to daje Tarot.
Gdyż cała wiedza jest wewnątrz, ale dopiero wydobyta na światło dzienne - unaoczniona - zaczyna żyć własnym życiem tj. działać, być użyteczna. Sam moment unaocznienia jest do tego impulsem; oczywiście to, co powinno iść za nim to praca na rzecz dalszego wdrażania tejże wiedzy w sprawy dnia codziennego. Pozostając bowiem wewnątrz wiedza obumiera, wygasa niczym ogień, którego nikt nie podtrzymuje, a przeciwnie tłamsi go i dusi. Wszystko zaś, co umarło choć mogło i miało się urodzić, lepiej żeby nie zaistniało w ogóle, ponieważ pozostając w takim wewnętrznym nie - przejawieniu staje się źródłem Wielkiego Zgorzknienia.
Stąd mówi się, że Tarot jest jak lustro. I nie, nie jest to przeznaczone dla odważnych, tylko dla tych, którzy chcą (wreszcie) żyć w zgodzie ze sobą, bo wiedzą, że nic innego nie ma sensu.

czwartek, 13 marca 2014

Jeśli wiesz, czego szukasz, nigdy nie odkryjesz czegoś nowego.

wtorek, 08 października 2013

"Informacja zawsze szuka ujścia."

"Elementary", reż. Michael Cuesta



Kiedy robisz cokolwiek, nieważne, czy w mikro - czy w makroskali, cały wszechświat podpowiada ci, czy to jest dla ciebie dobre, czy też nie. Autobusy nie podjeżdżają wówczas, gdy tak bardzo chcesz już być w umówionym miejscu, światła na skrzyżowaniu za nic nie chcą się zmienić, choć w trudnym do zniesienia napięciu czekasz, żeby wcisnąć pedał gazu, zmienić biegi i popędzić tam, gdzie - jak się wydaje - czeka na ciebie twoje przeznaczenie... Potem docierasz na miejsce i potwierdza się to, co było ci mówione - tutaj tylko stracisz czas...
Albo dzieje się wręcz przeciwnie - zmierzasz dokądś danego dnia, a cały świat otwiera się przed tobą - razem z autobusem / tramwajem zjawiasz się na przystanku, jakby zadziały się jakieś czary, jedziesz niespiesznie samochodem, a światła zmieniają się na skrzyżowaniach z czerwonych na zielone, ledwo do nich podjeżdżasz... Cały świat zdaje się mówić: "Tak, to tutaj, zapraszam"... Docierasz tam, gdzie nie spodziewałeś się cudów; a właśnie wtedy zaczynają się one dziać. Cała droga, jaką przebyłeś, mówiła o tym przez cały czas.
Albo któregoś dnia zostawiasz za sobą "cały ten zgiełk" i wchodzisz do lasu. Po nic. Bo masz dość. Chcesz się oderwać. Chcesz zapomnieć i chcesz, żeby o tobie zapomniano. Idziesz, nie szukając sensu, ani celu, nie patrząc na drogę. Tracisz poczucie czasu i nagle spotykasz starszego człowieka zbierającego grzyby. Zagadujesz go o nie, choć nic cię one nie obchodzą, nie znasz się na nich, nie potrzebujesz ani ich ani żadnej o nich wiedzy. Chcesz tylko zakotwiczyć się w dookolnej przestrzeni, chcesz usłyszeć swój głos, siebie, właśnie w tym lesie, zwracającego się do zupełnie obcego człowieka, o którym jedno zakładasz z dużą dozą prawdopodobieństwa - mianowicie to, że nigdy więcej się nie spotkacie. To daje ci nieuświadomione do końca poczucie wolności, ulgi, to pozwala na oddech. I wówczas właśnie na swoje pozornie banalne stwierdzenie: "A, bo wie pan, ja to nigdy jakoś grzybów nie widzę", które nieoczekiwanie wyrzucasz z siebie po serii krotochwilnych pytań i odpowiedzi, jakie wymieniliście, słyszysz od tego starszego człowieka, patrzącego na ciebie, przenikliwie, a jednocześnie ciepło, dziwnie błyszczącymi, błękitnymi oczami: "Trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć". I twój świat się zatrzymuje. Bo to jest informacja, jaka była ci potrzebna od dawna. Bo to ona wprowadziła cię do tego lasu, choć wydawało ci się, że uciekasz do niego przed wszystkim i przed wszystkimi. A ona właśnie tam już była, czekała. Czekała, zanim jeszcze do końca sformułowała się w tobie potrzeba jej uzyskania. Czekała, zanim w ogóle się tu pojawiłeś...Tu; na tym świecie.
Robisz po tym kilka kroków i uświadamiasz sobie, że tak bardzo przeniosło cię gdzieś indziej, iż nie powiedziałeś temu starszemu człowiekowi "do widzenia". A przecież wypadałoby, poza tym chcesz na niego jeszcze raz spojrzeć, upewnić się, że to co się stało, stało się naprawdę. Chcesz mu nawet powiedzieć więcej - jak było dla ciebie ważne to, co usłyszałeś...Choć wiesz, że to się nie uda, że nie znajdziesz w sobie takich słów. Ale "do widzenia" - może być przy okazji zwyczajnie, po ludzku, przyjazne... Odwracasz się, rozglądasz. Nigdzie nie widzisz starszego człowieka. Szybko tłumaczysz sobie, że pewnie staruszek był bardzo żwawy i dał kilka dużych kroków w głąb lasu, w jego nieznane ci, gęste ostępy. To twój racjonalny umysł błyskawicznie rzuca ci koło ratunkowe; i tak jest dobrze, na ten moment tak musi być. Ale informacja, którą uzyskałeś, w tobie pozostała. Bo "informacja zawsze szuka ujścia" - i tak się dzieje w każdym z nieustannie przenikających się światów.
Z upływem czasu zaczynasz rozumieć, że nic w tym spotkaniu nie było przypadkowego, że w ogóle nie ma przypadków, że byłeś i jesteś prowadzony, choć jednocześnie nikt i nic nie narusza tutaj twojej wolnej woli. I że nie ma w tym nic z paradoksu.
Przychodzi też w końcu dzień, kiedy na myśl o tym, gdzie zniknął wówczas starszy człowiek, uśmiechasz się lekko do siebie. Ten uśmiech zaś, niezależnie od ciebie, daje innym znać, że wiesz więcej. Ale jedyne, co im wówczas możesz powiedzieć i poradzić, to to, żeby odnaleźli swój las. Tam będzie czekał na nich ich Mędrzec. A to w jakiej postaci go ujrzą i to, co od niego usłyszą, będzie już tylko zależało od tego na jakim poziomie akurat będą się znajdowali...

piątek, 23 sierpnia 2013

Wybaczenie to abstrakcja, pojęcie nieadekwatne do rzeczywistości; podobnie jak ucieczka, o czym pisałam tutaj.
Nie ma bowiem komu i czego wybaczać.
Zła pochodzącego z nieświadomego Źródła nie ma jak wybaczyć. Nieświadome jest bowiem niewinne. Nie podlega, oczywiście, usprawiedliwieniu, ale nie wymaga też wybaczenia, lecz pomocy i zrozumienia.
Zło czyste, które dobrze o sobie wie i znajduje w sobie przyjemność również nie potrzebuje wybaczenia. Wybaczenie jest dla niego czymś śmiesznym, jest oznaką słabości; ba, czasem czymś wysoce niestrawnym powodującym jeszcze większe niż przedtem rozeźlenie.

Wybaczanie funkcjonuje na tym samym poziomie na którym funkcjonują wszelkie dychotomie. Wybaczanie mówi, że są lepsi i gorsi.
Imituje wielkoduszność, żeby ukryć swoją pychę... Bo kim my jesteśmy, żeby wybaczać innym?

środa, 01 maja 2013

Przeze mnie filtruje się moja rzeczywistość. Opowiadania, wiersze, haiku, zdjęcia, obrazy etc. są formą, jaką przybiera rzeczywistość po przefiltrowaniu przez moje wnętrze. I przez to też rozpoznaję siebie, przyglądam się sobie, przeglądam się w sobie. Sny też są, oczywiście, filtrowaniem rzeczywistości doświadczanej na jawie. Zadziwiają mnie na różne sposoby, zwłaszcza wówczas, gdy osnuwają się wokół tych treści, tych historii z mojego życia o których na co dzień nie myślę. A jednak one we mnie są. Wszystko jest we mnie i wszystko podlega filtrowaniu, a przez to oczyszczeniu. To, co śnione też oczywiście podlega dalszemu filtrowaniu, bo nawet spisując sen taki, jaki był, przepuszczam go przez filtr języka, jakim się posługuję, przez immanentną z nim gramatykę i zasób słów. A zatem filtrowanie z jednej strony uwalnia, a z drugiej przypomina, że filtrując nadaje się filtrowanym treściom charakter wynikający z samego charakteru filtra. Nie da się tego przezwyciężyć, jeśli chce się nadać czemukolwiek jakikolwiek wyraz. Uwalniając, więzi się równocześnie daną treść w określonej, choć autonomicznie już funkcjonującej, formie.
Prawda musi więc pozostać niewyrażalna.

poniedziałek, 18 marca 2013

Na łamach "Taraki" ukazało się moje kolejne opowiadanie.
Miłej lektury :-)

poniedziałek, 05 listopada 2012

"Jedno zdanie, ale takie, które by naprawdę ważyło, to byłoby dosyć jako wynik jednego życia."  
Czesław Miłosz.

Tylko jak takie zdanie rozpoznać? Nie ma takiej możliwości. Bo jeśli ma być ono podsumowaniem całego życia, to nie można przecież nic podsumować, nie zakończywszy tego. Nawet, jeśli napisze się takie zdanie, to nie może ono w pełni wysnuć się ze świadomości, bo zamiast trafnego podsumowania, niebezpiecznie łatwo mogłoby przeistoczyć się w bufonadę ("wiem wszystko! wiem lepiej!"), której sam zainteresowany nie byłby w stanie przekroczyć (gdyż wpadłszy w bufonadę nie wiedziałby, że w ogóle powinien cokolwiek przekraczać) lub byłoby to dla niego bardzo trudne. Nie można powiedzieć: "Znalazłem!" nie schodząc ze sceny - to jest, musi być, równoczesne i równoznaczne.

Tak, czy inaczej, jest to więc dążenie do Niemożliwego (czemu zresztą sam Miłosz, którego zdanie stało się dla mnie inspiracją i pretekstem do poniższych rozważań, dawał dosłownie i w przenośni wyraz w swojej twórczości). Nie znaczy to jednak, że jest to jakiś straceńczy pęd donikąd. Przeciwnie - poszukiwania prowadzone ze świadomością, iż w najlepszym wypadku uda się ledwie otrzeć o to, czego się szuka, prowadzą do szlifowania tego o czym człowiek wie, że w sobie ma i wydobyciu z niego, tego o czym nie miał dotychczas pojęcia. Nie ma temu końca, lub jak powiedział w jednym z wierszy Miłosz, tylko czas może położyć temu kres.
I z całą pewnością tak jest, lecz dotyczy to wyłącznie świata materialnego; gdyż czas liczy się (w każdym sensie tego słowa) wyłącznie w ziemskim wymiarze, poza nim nie liczy się wcale. Oznacza to więc tyle, że poszukiwania mogą wykroczyć poza czas, poza sferę umownie nim wyznaczoną (choć pozbawiane aspektu czasowego wyglądają pewnie nieco inaczej, bardziej przypominają ciągłe odkrywanie i na co innego są ukierunkowane, ale to już inny temat). Bo przyjąć za pewnik, że kres na planie fizycznym to kres całkowity, to tyle samo, co przyjąć, że jesteśmy zdolni rozumowo pojąć cały świat. Abstrahując od tego, że wówczas żadne poszukiwania nie byłyby potrzebne, to ciągle przecież używamy tylko kilku procent naszego umysłowego potencjału. Nie mamy więc prawa nawet tak przyjmować, a co dopiero brać tego za pewnik.
 
Jest czyste piękno w poszukiwaniu jednego zdania, które znaczy. Piękno, które o sobie nie wie, co tylko dodaje mu uroku. Poszukujący jednego zdania zawsze będą nieśli w sobie pokorę, która szanując każdy przejaw życia, może zaprowadzić ich daleko.
Bardzo niebezpieczni są natomiast ci, którzy uważają, że to jedno zdanie znaleźli. Jedno zdanie przekształcone w religię, ideę, filozofię, doktrynę.
Tworzą sobie w ten sposób sztuczny konstrukt i często, po jakimś czasie, aby tchnąć w niego życie, zaczynają szukać wyznawców - tych, którzy uwierzą, niejednokrotnie silniej niż oni sami, tych, dzięki którym to, co sztucznie powołane do życia, zacznie sprawiać wrażenie, iż żyje w sposób autentyczny. Tych, którzy powołają do życia bożka i uznają go za Boga. Z którym, po jakimś czasie utożsamią się tak bardzo, że będą gotowi dla niego i za niego walczyć, czynnie i słownie. Zapominając o tym, że sami go wynieśli i że żyli zanim stali się jego wyznawcami. I że było to prawdziwe, bo wraz z matrixowaniem czyjegoś życia związki z innymi ludźmi, którzy nie są wyznawcami, nagle zaczynają pękać. To najlepiej wskazuje, co jest prawdziwe, a co nie, co żywe, a co życie pozoruje - co nie przeszkadza, że w sposób autentyczny może ze swoich wyznawców życie wysysać.
 
Dążenie do Niemożliwego, oprócz przeżywanego piękna, może też nieść w sobie poczucie niedosytu. Ale ten niedosyt wzmaga czujność i uważność, wyostrza zmysły na wszystkich poziomach. Niejako siłą rzeczy uwrażliwia na innych, tworząc naturalną ochronę i barierę przed złem.
Zaprzestanie poszukiwań już samo w sobie jest niebezpieczne ("kto nie idzie naprzód, ten się cofa") i nigdy nie dotyczy tylko jednego człowieka, bo nic nigdy takie nie jest. Zaprzestanie poszukiwań i uznanie, że wiedza, jaką się dotąd zdobyło, w pełni wystarcza i uprawnia do stworzenia wszech obowiązującego dogmatu, jest próbą zamknięcia nieskończonego z natury umysłu w klatce. Próbą z góry skazaną na klęskę, ponieważ to, co jest naturalne zawsze prędzej lub później musi wygrać.
 
Stąd nie martwiłabym się, że to jedno, jedyne zdanie nie może być odnalezione (i na tyle na ile wczytałam się w twórczość Miłosza, On również się tym nie martwił, po prostu zdawał sobie z tego sprawę). Bo dopóki poszukuję, wiem, że jestem wolna. Co nie zmienia faktu, że z nieustającym zdumieniem patrzę zarówno na klatki istniejące wokół mnie od dawna jak i na te, które wciąż się tworzą, zapełniają, co zapewne jeszcze przez jakiś czas potrwa.
Natomiast bez żadnego zdziwienia przyjmuję do wiadomości fakt, że coraz częściej zdarza się, z klatek co i raz ktoś się oficjalnie wypisuje.
Bo jak wspomniałam - nic bardziej naturalnego.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Czasem trzeba zejść bardzo nisko, żeby odnaleźć Boga, który jest przecież bardzo wysoko...

czwartek, 15 grudnia 2011

Wystarczy odpuścić, a wtedy to, czego dotąd szukaliśmy pełni napięcia, znajduje się samo. Dlaczego? Bo gdy odpuścimy, ma wreszcie otwartą drogę do nas, napięcie natomiast stwarza niewidzialną, lecz bardzo silną zaporę, blokadę energetyczną, powodującą z kolei, że każda droga zamienia się w ślepą uliczkę w której w dodatku jest ciemno i nerwowo. Jak zatem szukać? Tak, żeby to, czego szukamy nas znalazło?

Spokojnie, z wewnętrznym przekonaniem - "Wiem, że znajdę. Niewykluczone też, że znajdę coś zupełnie innego, niż to, czego szukam, a wtedy okaże się, że właśnie o to chodziło, choć nim wyruszyłam na poszukiwania, nie miałam o tym pojęcia". Sam bowiem już moment "startu", a potem proces poszukiwawczy porusza energię wokół nas.
To jest tak, jakbyśmy - w sposób czynny, będąc swoimi własnymi emisariuszami - wysyłali w świat zawiadomienie o naszym pragnieniu. Prędzej lub później dostaniemy odpowiedź. Taką, jakiej się spodziewaliśmy lub taką, jaka dopiero się przed nami odsłoni. Ale dostaniemy ją na pewno. I odtąd już nic nie będzie takie samo, jak przedtem; zarówno w mikro -, jak i w makroskali naszego świata. Bo temu właśnie służy każda wyprawa - zmianie. 


czwartek, 21 lipca 2011

Jeśli przez długi czas nie dostajemy tego, czego pragniemy, a co wydaje się, że powinno być naturalnie obecne w naszym życiu, czyli - miłości, ciepła, zrozumienia - wówczas
zaczynamy udawać sami przed sobą, że tego nie potrzebujemy. Wydaje się nam, że to zabezpieczy nas przed kolejnymi zranieniami i daje nam poczucie siły. Na zewnątrz również możemy sprawiać wrażenie silnych, niezależnych osób; nic jednak bardziej mylnego. Silna bowiem jest tylko fasada, którą stworzyliśmy i która stała się barierą między nami a światem zewnętrznym. Jej właściwością jest zaś to, że z upływem czasu i pogłębiającym się w nas poczuciem braku, narasta ona i umacnia się w sposób z którego nie w pełni zdajemy sobie sprawę. Wówczas przestajemy być sobą, aż w końcu bierzemy fasadę za miernik prawdy; zdaje się nam, że faktycznie ona jest nami i odwrotnie.

Nigdy nie zapominaj o swoich pragnieniach, bo zapomnisz siebie i może Ci być naprawdę ciężko z powrotem się odnaleźć.

czwartek, 16 czerwca 2011

Siła wiary tkwi nie w jej przedmiocie lub podmiocie, lecz w niej samej jako takiej. To, czy przedmiot / podmiot wiary posiada własną moc sprawczą jest, wbrew pozorom, zupełnie inną historią. 


| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna