Anna Goluba

Wpisy z tagiem: istota człowieka

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Pisarz (z prawdziwego zdarzenia), swoim pisarstwem powołując do życia daną postać jednocześnie staje się nią. Pisząc, wchodzi bowiem w jej przestrzeń energetyczną, myśli tak, jak ona, używa słów, takich, jakich używa ona. Śmieje się i płacze razem z nią. Bywa też przez nią zaskakiwany - w jego głowie, przez cały czas tworzenia, utrzymuje się całościowy obraz tego, co poprzez słowa przekłada na opowiadanie, powieść, baśń, jednak niejednokrotnie szczegóły tego obrazu ujawniają się dopiero w trakcie procesu twórczego, w trakcie pisania. Jedyne, co pisarz może wówczas zrobić, to przyzwolić na takie prowadzenie. Wszystko odbywa się na zasadzie sprzężenia zwrotnego między nim, a postaciami z jego własnych dzieł, co jednocześnie dowodzi, że postacie te czekały na niego od dawna, w przestrzeni zwanej Kroniką Akaszy.
Poprzez pisanie, owe spersonifikowane aspekty osobowości pisarza - jego bohaterowie - podlegają transformacjom, co oznacza prawdziwe błogosławieństwo, wzmocnienie, uzdrowienie dla każdej, a więc również dla danego pisarza, psyche.


Kiedy tonął w oceanie
Uratowała go syrena,
Która wypłynęła
Z najciemniejszej głębi...
Bajkopisarz

poniedziałek, 05 października 2015

Twórczość jest wynikiem bezpośredniego przeniknięcia rzeczywistości do samych trzewi. Stąd tworzyć oznacza sięgać w głąb - w głąb siebie, do świata, który z zewnątrz tam właśnie zapadł i domaga się przefiltrowania przez danego twórcę, częstokroć, a być może nawet nigdy, nie pytając go o zdanie tj. nie pytając czy jest tworzeniem zainteresowany, czy chce się tym zajmować. Stąd również, tak naprawdę, nie da się rozróżnić czy twórca jest faktycznie twórcą, czyli kimś, kto w jakimkolwiek bądź sensie lub na jakimkolwiek poziomie zachowuje swoją niezależność, autonomię, czy też jest narzędziem... - nie da się tego rozróżnić, ponieważ jest on jednym i drugim równocześnie.
Już sam zaś fakt, że łączy w sobie to, co pozornie wydaje się nie do połączenia, a nawet wzajemnie, teoretycznie, powinno się wykluczać, stanowi przejaw siły psychofizycznej, znacznej odporności mentalnej, intensywnego przepływu energetycznego, któremu twórca potrafi się poddać, panując jednocześnie nad nim i nad sobą - inaczej nie byłby w stanie tworzyć. Ze swoich wypraw w głąb wracałby w najlepszym razie z pustymi rękami, w najgorszym - w pomieszaniu emocjonalnym i umysłowym, często oficjalnie kwalifikowanym jako obłęd. Jednak o tym, który powraca z jakąś wartością dodaną, uzyskaną dzięki niezwykłej przytomności umysłu, ostremu intelektowi, sprawnie funkcjonującej świadomości rozróżniającej, śmiało możemy powiedzieć, że jest właśnie twórcą - kimś równocześnie wrażliwym i silnym.
Nie rozumiem więc dlaczego np. o poetach mówi się, że są ludźmi nie mającymi kontaktu ze światem, oderwanymi od rzeczywistości, uwznioślonymi, etc. Poeta stąpa przecież po ziemi twardo, jak mało kto; nie dość bowiem, że stąpa, to jeszcze z tego stąpania wyciąga wnioski, widzi w tym stąpaniu to, co w nim jest immanentnie zawarte, a jednak dostrzegalne dla niewielu, widzi też ziemię pod swoimi stopami, i to tak dokładnie, jakby w ogromnym przybliżeniu - dostrzega bowiem jej skład, strukturę, i w związku z tym niejednokrotnie potrafi przewidzieć, czyli zobaczyć wcześniej niż inni, czy ta ziemia, aby przypadkiem za jakiś czas się nie otworzy, czy też jednak, w swej łaskawości, zechce utrzymywać i nieść nas dalej. Wszak nie bez kozery wyraz "wieszcz" oznacza nie tylko poetę, ale również proroka.
Nie można zatem być poetą będąc li tylko kimś wrażliwym; tej wrażliwości zawsze musi towarzyszyć moc, odporność wobec treści, które przez siebie się filtruje.

sobota, 14 lutego 2015

Dno nie istnieje.
Jest to, jak myślę, cenna informacja dla wszystkich poszukiwaczy ciemnej strony Księżyca - jakkolwiek by to rozumieć. Każdy taką wędrówkę podejmuje na własną rękę, podług własnych możliwości i środków. Często w ramach buntu do umownej rzeczywistości, często również w związku z doznanymi traumami, których postanawia nijak nie transformować, bo skoro świat (najbliżsi, ludzie na których polegał, itp.) coś takiego mu zafundował nie jest wart żadnych starań z jego strony.
Tak rozpoczyna się pikowanie w dół. Z odśrodkowym założeniem, iż w razie czego natrafi się na dno od którego będzie można się odbić.
Ktoś podstępny i cwany, może jakiś terapeuta samozwaniec, musiał ukuć taką teorię, którą wielu przyjęło za swoją.
Gdyby dno istniało, wielu z tych, którzy by go dotknęli nie uskutecznialiby powtórki z rozrywki, po krótkiej przerwie od wirowania po piekielnych kręgach, z pewnością nie wracaliby na nie. A jednak często wracają, dlatego, iż ów antrakt nie miał nic wspólnego z tzw. dotknięciem własnego dna, lecz z wypoczynkiem wymuszonym przez wycieńczony psychofizycznie organizm. Po odpoczynku zaś (po kuracji, detoksie, egzorcyzmach, energetycznych oczyszczaniach itp.) powstaje wolna przestrzeń, która domaga się wypełnienia. Nie zostaje jednak wypełniona niczym zdrowym ani dobroczynnym, jeśli organizm, jeśli człowiek nie został naprawdę uleczony.
Uleczenie zaś polega tylko i wyłącznie na zmianie nastawienia.
Zmiana nastawienia odbywa się zaś w ciągu nanosekundy; miejsce zdarzenia jest absolutnie dowolne - może to być kozetka u psychoanalityka, ale może być i kanapa własna wysiedziana od wielkiego, wynikającego ze strachu i wygodnictwa, pozoranctwa i asekuranctwa.
Nic nie jest w uleczeniu potrzebne oprócz tego jednego kliknięcia, oprócz przestawienia tej jednej zwrotnicy. Dokonać się to może w każdej chwili, w dowolny, dla każdego najbardziej adekwatny, sposób. Jest to już rzecz drugorzędna.
Nie trzeba wydawać niebotycznych pieniędzy na żadne terapie ani detoksy. Ani niebotycznych ani żadnych. Chyba, że to komuś odpowiada i z nim współgra. Ale można chodzić na rozmaite terapie latami, wirować po znanych na pamięć torach, pikować to w górę, to coraz częściej w dół, i nie osiągać żadnych pozytywnych rezultatów. Jeśli nie wydarzy się nic w głowie, jeśli nie zmieni się swojego nastawienia, jeśli nie zobaczy się siebie w całości - a jest to jak dotknięcie (symbolicznej) śmierci, kiedy to w ułamku sekundy dociera do człowieka znaczenie - obraz tego, co się z nim dzieje wraz z tym, co do tego doprowadziło, co jest teraz i dokąd ewidentnie, o ile nie wprowadzi się żadnych zmian, to prowadzi -wówczas do uzdrowienia nie dojdzie. Stąd Tarotowa Śmierć mówi w takim przypadku o dogłębnej transformacji. I dlatego właśnie następuje po niej Umiarkowanie, alchemiczna destylacja, oddzielanie energetycznych złogów od skarbów. I... tak - potem musi pojawić się Diabeł, który mówi: "Sprawdzam.", co oznacza tyle, że poddaje on próbie to, czego dokonało się najpierw podczas odcięcia, potem podczas wymagającej czasu i cierpliwości alchemicznej przemiany. Po Diabelskim teście przychodzi czas na Tarotową Wieżę - na chwilę prawdy, wynik testu - z tych wszystkich, często koniecznie bolesnych doświadczeń, pozostanie bowiem tylko to, co autentyczne. Wyrwiesz Diabłu diament. On go mocna trzyma, ale tylko pozornie. To Ty nadajesz mu moc.
Posłużyłam się tu językiem Tarota, bo jest bardzo bliski mojemu sercu i mentalności, osobowości, ale do odczynienia swojej rzeczywistości Tarotowa konsultacja - ani żadna inna, że tak powtórzę po raz kolejny - nie jest potrzebna. A skoro mówię to ja, a urodziłam się z umiejętnością odczytywania symboli z różnych światów, z umiejętnością czytania kart, której to umiejętności nie można nijak nabyć, to chyba coś w tym jest, prawda? Taki moment w tekście, który teraz czytasz byłby przecież doskonały do napisania - "Tylko Tarot ci pomoże". (Gwoli wyjaśnienia dla pasjonatów Tarota, a wiem z e-maili, które dostaję, że tacy czytają mojego bloga - moja powyższa interpretacja czterech Wielkich Arkanów nie wyczerpuje oczywiście ich znaczenia, jak zapewne wiecie, żadna interpretacja tego nie robi i nigdy nie zrobi, ta, którą się posłużyłam związana jest z kontekstem mojego eseju, z treścią omawianego zagadnienia.)
Ale ja mówię - tylko Ty możesz sobie pomóc. I nie potrzebujesz do tego nikogo ani niczego z zewnątrz. Bo dno, którego każą Ci szukać, celem odbicia się od niego, nie istnieje, więc jeśli teraz podążasz w jego kierunku, przestań, bo to droga donikąd. Droga na której możesz spotkać wielu pseudodoradców dla których staniesz się pożywką, wielu ludzi, którzy będą uważali, że lepiej od Ciebie wiedzą, kim jesteś. I będą Ci to umiejętnie wmawiać, imputować, sugerować; dyskretnie, wprost i między wierszami. Dlaczego tak wielu z nich zyskuje sławę i renomę, zanim okaże się, kim  są naprawdę i niestety już po tym, gdy skrzywdzą wielu ludzi? Bo są przekonani o swojej nieomylności, bo wierzą, że są dla Ciebie niczym latarnia do której zmierzasz próbując wyrwać się ze szponów sztormu. Swoim zachowaniem dają Ci do zrozumienia, że możesz być zaszczycony, iż poświęcają Ci swój czas. Kwestia pieniędzy za ich usługi; udają - czyli podkreślają często i namiętnie - że są one bez znaczenia, że oni, gdyby tylko mogli, pracowaliby za darmo; albo wręcz przeciwnie - ostentacyjnie afiszują się z dużymi stawkami, sugerując, że mają do zaoferowania coś, czego nie ma nikt inny. Pokora i ostrożność, tak wskazane, kiedy ma się do czynienia z psyche innego człowieka są im obce. Jeśli więc zdecydujesz się na terapię, znajdź profesjonalistę - pasjonata ukierunkowanego na ludzi, a nie na budowanie własnego ego. Twoje własne ciało (napięcie, brak napięcia, ból głowy albo poczucie relaksu, ucisk w splocie słonecznym lub przeciwnie - ciepło w jego okolicy, itp.) podpowie Ci, czy rozmawiasz z właściwym człowiekiem już podczas Waszego pierwszego spotkania. Oczywiście, jeśli będziesz uważny i nie będziesz się oszukiwać.
A zatem szukasz, co oznacza min., że sam na daną chwilę do końca siebie nie rozpoznałeś, więc inni nie mają prawa Cię określać, oceniać, szufladkować (pomijając to, że nigdy nie mają do tego prawa; pomijając - bo to oczywiste). Wiesz tyle, żeby wyruszyć. Inni nie przeżyli tego, co Ty i nie wiedzą, czym to było dla Ciebie, co Cię zabolało, a co nie, co przetasowało w Twojej głowie, co zrodziło się w Twoim sercu. Ilość scenariuszy dla ludzkich historii jest ograniczona. Natomiast ilość sposobów na jakie są one przeżywane nie mieści się w żadnych statystykach, bo każdy przeżywa na swój sposób, uwarunkowany przez wiele różnych czynników splatających się ze sobą ponownie w ileś tam możliwości - to się tylko pomnaża.
Czytaj; książki, gazety, co tylko wpadnie Ci w ręce. Słuchaj; muzyki, tego, co mówią otaczający Cię ludzie, w sklepach, na ulicach, spotkaniach, słuchaj śpiewu ptaków, słuchaj ciszy. Zatrzymaj się. Biegnij. Usiądź nad brzegiem morza. Wejdź na górę. Rób wszystko. Nie rób nic. Ale staraj się jak najczęściej, niczego sobie nie narzucając, sprawdzać - odczuwać, co z Tobą rezonuje. Tak odnajdziesz to, czego szukasz, a czego, przed wyruszeniem, często nawet nie potrafisz nazwać.
Nie leć w dół, licząc na to, że po drodze wydarzy się cud, a jeśli nawet nie, to w końcu, prędzej czy później, uderzysz w coś na tyle twardego, że to Cię zmieni, to Cię olśni. Nie można niczego na życiu wymusić. Można tylko spowodować, wywołać przez odpowiednie nastawienie.
A przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?

sobota, 18 października 2014

"Matrix nie decyduje o tym, kim jesteś."


"Matrix", reż. Lana i Andy Wachowscy.

poniedziałek, 06 października 2014

Węzeł.
Śmiech i płacz zawiązują się w jedno, bo w jednej chwili staje się jasne, odczuwalne aż do samych trzewi, choć często nie w pełni uświadamiane (i tak jest wszak, z pewnych względów, prawidłowo), że od tej pory już nic nie będzie takie samo, jak przedtem. Że to o czym czasem jeszcze się nawet marzyło, ale marzyło się już niemal ostatnim, heroicznym wysiłkiem woli, wreszcie jest. Wreszcie otworzyły się drzwi. Ta, a nie inna Brama.
Wszystkie dotychczasowe okoliczności, tropy, pomysły, myśli zawiązują się podczas jednego, jakże często niepozornego, zdarzenia, które jednak znaczy i to znaczy o wiele więcej niż pozostałe.
Określenie "węzeł" nie do końca mnie zachwyca, jednak fascynuje mnie to, co (akurat w tym kontekście) kryje się pod nim. Cieszę się też, że ktoś zwrócił na to uwagę - że zrobił zoom na mikrozdarzenia w których przez chwilę odsłania się nasza Droga. Warto je wychwytywać, pamiętać o nich, bo bywają etapy w życiu, że pamięć zdaje się być wszystkim, co mamy; jeśli więc podczas najciemniejszej nocy zacznie nam się wydawać, że już nigdy nic się nie wydarzy, nie zadzieje, nie zmieni, to właśnie przecież tylko z pamięci może wyłonić się informacja, że to nieprawda, że warto jeszcze zaczekać.
O takich właśnie węzłach, czyli o momentach przełomowych, jakiś czas temu w swojej audycji opowiedział Dariusz Bugalski, i od tamtej pory ta opowieść za mną "chodzi" i nie chce puścić :-) Może więc jeszcze komuś się spodoba, i coś ważnego przypomni lub uświadomi...

niedziela, 14 września 2014

Poszukiwanie drugiego człowieka, pragnienie stworzenia z nim związku, jest tak naprawdę poszukiwaniem siebie, czyli poszukiwaniem oddźwięku w świecie zewnętrznym na to, co nam w duszy gra. Znajdź więc najpierw samego siebie, swój własny dźwięk, swoją melodię - umocnij siebie w sobie, zbuduj siebie - w swoich pasjach, w swojej pracy, w tym, co lubisz robić i czego nie lubisz, w tym, co kochasz jeść i w tym, co niekoniecznie, w podróżach i w milczącej kontemplacji; ważne, żeby odnaleźć swoje wypełnienie, żeby zacząć rezonować ze światem, zapuścić korzenie w swojej ziemi. I jeśli tylko zrobisz to z pełnym zaangażowaniem, dla siebie, nie dla kogoś innego, jeśli tym samym nauczysz się być sobą bez skrępowania i w pełni świadomie, wówczas drugi człowiek sam cię odnajdzie, czy też raczej - odnajdziecie się równocześnie.

środa, 18 czerwca 2014

Gra rozpoczyna się dokładnie w tej samej chwili, gdy pojawia się ten drugi. Już sama jego obecność wyzwala i uruchamia grę.
Tylko sam na sam ze sobą, tylko wówczas gdy pozostajemy sami wobec siebie, jesteśmy prawdziwi.

niedziela, 16 marca 2014

Pisanie oczyszcza, autoegzorcyzmuje, a to oznacza tyle, że pisząc nie tyle uwalnia się swoje wewnętrzne demony (choć, oczywiście nie tylko temu służy i nie tylko taką rolę ma pisanie), co transformuje się je w coś innego. A wszystko jest lepsze od demona oddziałującego z wewnątrz, z ukrycia, wywołującego bez transformacji, bez ujawnienia i przekształcenia, niepokojące objawy nad którymi ktoś, kogo demony - kompleksy, fobie, lęki, kody, wzorce, stłumione wspomnienia - zamieszkują, panuje w niewielkim stopniu, a tak naprawdę wcale. Trudno bowiem panować nad czymś, z czym - siłą rzeczy - nie można skonfrontować się inaczej jak tylko poprzez skutki jego działania, które jednak o tyle są istotne, iż wskazują na swoje przyczyny, a dopiero dotarcie do tychże umożliwia rozpoczęcie wspomnianej transformacji. Najlepiej zaś dokonać jej, oddając się właśnie pasji - czy to pisaniu, malowaniu, fotografowaniu, itp. - słowem - temu czemuś przez co wyraża się dusza. Pasja dlatego tak świetnie spełnia tu swoją rolę, gdyż w sposób wyjątkowy, ustanawiając wartość nadrzędną w stosunku do wyjściowej, co potocznie znane jest jako kreatywność, twórczość, łączy w sobie działanie świadomości i podświadomości.
To jest koło ratunkowe, potem można już płynąć. I niczego wówczas nie zakładać - ani tego, gdzie się dopłynie, ani po co. Jeśli wykonuje się coś z sercem, dotrze się tam, gdzie trzeba.

sobota, 03 sierpnia 2013

- "W co się bawimy?" - zapytała.
Przypominała refleks światła odbity od lusterka, tak jak to się dzieje podczas zabawy potocznie nazywanej "puszczaniem zajączka". Była w nieustannym ruchu, rozmigotana, jakby chciała być wszędzie naraz. A tak naprawdę chciała być jak najbliżej niego; i żeby na nią patrzył. I żeby podziwiał.
- "Ja się w nic nie bawię" - odpowiedział zwyczajnym tonem, po prostu stwierdził fakt. - "Ja siedzę."
Bo taka też była prawda. Siedział na drewnianej ławce w jednym z olbrzymich centrów handlowych, przed wejściem do supermarketu. Siedział, czekając na kogoś ze swojej rodziny robiącego zakupy; mamę, jak się później okazało.
- "No to będziemy się bawić w to, że siedzimy" - powiedziała ona, nawet nie dopuszczając myśli, że mógłby oddzielić się od niej choć na chwilę. I zostać sam. Bez niej. Nie było takiej możliwości.
Co z tego, że mogła mieć, podobnie, jak on, może siedem, osiem, dziewięć lat. Nieważne, ile ma się lat, ważne, żeby wiedzieć, czego się chce, a jeśli nawet nie umie się tego do końca nazwać, ważne, żeby pozwolić działać i prowadzić się instynktom. A instynkt, dziewczynkom, i przyszłym kobietom, wychowywanym w przeświadczeniu, że najważniejsze jest dla nich zamążpójście, że nie ma nic bardziej tragicznego niż stara panna, nawet jeśli nowomodnie nazwie się ją singielką, raz ukierunkowany na taki tryb, z biegiem lat tylko się wzmacnia. Trzeba mieć faceta; reszta jakoś się ułoży. Prędzej czy później i tak się uda wybranego delikwenta wtłoczyć w kapcie i posadzić przed telewizorem. A potem będzie można już tylko spokojnie narzekać i skarżyć się przed koleżankami z pracy, że on tylko wiecznie gapi się w telewizor albo zasłania gazetą, że o niczym nie można z nim pogadać.
Tylko, żeby mieć z kimś o czym pogadać, trzeba go najpierw znać. A skoro ktoś - w tym przypadku mężczyzna - został tak usidlony, oznacza to, że uległ tresurze. A to z kolei oznacza, że musiał wcześniej wyprzeć się siebie. I teraz faktycznie nie ma z nim o czym gadać. Jeśli tylko jednak cokolwiek w nim z niego samego zostało, któregoś dnia zerwie się sprzed telewizora, rzuci gazetą nie patrząc gdzie, wyjdzie z domu i... szukaj wiatru w polu.
Trzeba będzie przysposabiać następnego.
Albo zastanowić się, nad tym gdzie się popełniło błąd. Jak również nad tym, czy pozwolenie komuś, drugiej osobie, na bycie sobą, stanowi dla mnie zagrożenie? Bo jeżeli tak, to trzeba się przyjrzeć, ale sobie, i tam, wewnątrz, poszukać prawdziwego źródła strachu. Zadać sobie pytanie - co we mnie jest takiego, że tak bardzo boję się zostać sama ze sobą? Co się wtedy może okazać? Kto mi wmówił, że do szczęścia potrzebna jest mi druga osoba? I dlaczego nie uświadomił mi, że aby być dla kogoś partnerem, muszę mieć poczucie własnej wartości, a nie być przepełniona lękiem? Tylko Ty sama możesz dać sobie z tym radę. Ty - sama. Pozostawiona właśnie sam na sam ze sobą. Nie bój się; dlaczego się tego boisz? Przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?
Chłopczyk sprzed sklepu siedział spokojnie do chwili, gdy pojawiła się jego mama. Nie zwracał uwagi na dziewczynkę, której wymuszona na sobie samej dziwna i abstrakcyjna "zabawa w siedzenie" sprawiała najwyraźniej trudność; ciągle machała nogami, które nie sięgały do podłogi, rozglądała się na wszystkie strony. A on nic; gdy przyszła mama, wstał i poszedł z nią, nie oglądając się za siebie.
A dziewczynka?
Dziewczynka za kilkanaście lat, jeśli tylko będzie czuła, że coś się skrywa pod naukami wpajanymi jej od dzieciństwa, że nie do końca sprawdzają się one tak, jak teoretycznie, powinny, sięgnie po poradę psychologa, terapeuty lub - w przypadku, gdy wg rodzinnych wzorców i wynikającej z nich terminologii chodzenie do tego typu specjalistów jest zarezerwowane dla świrów - wybierze się na wizytę do wróżki; to będzie bezpieczniejsze, bo po pierwsze - łatwiej wykonać to anonimowo, dzwoniąc do wróżki na linię telefoniczną, lub nawet idąc do gabinetu, nie jest to bowiem niejako a priori zapoczątkowaniem kolejnych, jak w przypadku wizyty np. u psychologa, konsultacji, co byłoby już trudniejsze do ukrycia przed rodziną; a w dodatku potem - w przypadku, gdy prawda usłyszana od osoby zajmującej się dywinacją, poruszy fundamenty tego, co dotąd uważało się za obowiązujące i prawidłowe, przyniesie ze sobą konieczność swoistego rozrachunku z własnym życiem - można się do czegoś takiego szybko zdystansować, najlepiej przyznając się przed rodziną, która niczym tarcza chroni przed niechcianymi wpływami, że rozmawiało się z wróżką  dla przysłowiowych jaj, a ta durna baba powiedziała to i tamto. Wspólny, rodzinny śmiech oczyści (pozornie) atmosferę i pozwoli znów bezpiecznie (i znów pozornie) ulokować się w systemie zautomatyzowanych, nie przepuszczających indywidualnych cech, wzorców, tak wspaniale (i nieustająco pozornie) działających przecież już od wielu lat.
I jakież to pytanie padnie od młodej kobiety, niegdyś dziewczynki - świetlistego elfa, która na próżno próbowała kiedyś wtrybić pewnego chłopczyka w zabawę na którą nie miał najmniejszej ochoty, bo zwyczajnie wolał pobyć sam na sam ze sobą, nie zamykając się w żadnych ramach, nijak tego nie definiując? Chłopczyk będzie już oczywiście inny, tamtemu udało się przecież bezkolizyjnie ewakuować, inny oczywiście również dlatego, że tamta miniscenka sprzed sklepu była przejawem czegoś jeszcze dziecinnego i niewinnego, międzyludzka gra dopiero się tam kształtowała; a chłopczyk najwyraźniej był wychowywany inaczej niż dziewczynka, w poczuciu wolności i niezależności, jestem o tym przekonana.
Otóż pierwsze pytanie, tuż po oznajmieniu "Poznałam pewnego mężczyznę." będzie brzmiało - "Co on o mnie myśli?". I dalej nastąpi opis, który będzie dokładnym, symbolicznym odzwierciedleniem wspomnianej przeze mnie miniscenki. Okaże się bowiem, że wybranek dziewczynki, dziś kobiety, chce mieć po prostu przestrzeń dla siebie. A ona, pouczona przez matkę, że faceta trzeba trzymać krótko, będzie się cały czas bała, że on się jej w tej przestrzeni tak rozprzestrzeni, że o niej, o kobiecie, alfie i omedze, zapomni; zapomni o tym, że to ona jest najważniejsza, że stanowi centrum jego świata, jest jego płaszczyzną odniesienia etc.
Próby mówienia, tłumaczenia, w oparciu,  oczywiście, o to na co wskazują karty - bo na ich odczycie polega moja praca, a nie na prowadzeniu koncertu życzeń - że np.: "Mężczyzna o którego Pani pyta skupia się teraz na pracy" albo "On [póki co] nie ucieka przed Panią z domu, on zwyczajnie lubi spacerować przez dwie godziny z psem" spełzają na niczym. Bo albo słyszę - w przypadku pierwszej odpowiedzi: "Tak, tak, wiem o tym" - i tu pojawia się wyraźne, nieskrywane zniecierpliwienie, bo ośmieliłam się powiedzieć nie to, co dana kobieta chciała usłyszeć, czyli nie zapewniłam jej, że on od rana do nocy myśli tylko o niej i o tym jaka jest fantastyczna; lub w przypadku drugiej odpowiedzi, zostaje mi zaserwowane, poprzedzone krótkim prychnięciem, nie dopuszczające sprzeciwu, stwierdzenie: "A kto by lubił łazić przez dwie godziny z psem, pies przychodzi z tych spacerów zmęczony, cha, cha, cha!"
Cha, cha, cha...
To Pani, proszę Pani, nie lubi dwugodzinnych spacerów z psem. Są tacy, którzy lubią.
A potem, po chwili, niczym bumerang podczas tej samej konsultacji powróci pytanie: "A co on o mnie myśli?" - wynikające z lęku, że on się wymyka, że nie dostrzega tak, jak powinien, nie wielbi tak, jak powinien, nie wpatruje się w nią tak, jak powinien.
A niby dlaczego miałby to robić?
I kto powiedział, że powinien?
Jaki miałby mieć ku temu powód, żeby wpatrywać się w kogoś, kto bezustannie, w stanie podwyższonej czujności i napięcia, wpatruje się w niego, na tysiąc sposobów interpretując każdy jego gest i słowo; dlaczego miałby być wpatrzony w kogoś, kto nie ma własnego życia i świata, żadnych zainteresowań, a jeśli nawet, na siłę, na chwilę czasem je znajduje to tylko po to, żeby uciec ("bo on mnie nie docenia!") i pędem wrócić z jeszcze większymi pretensjami - o to, że się nie było szukanym, że "on na pewno w tym czasie, gdy ja chodziłam na kurs (hiszpańskiego, garncarstwa, szydełkowania, ozdobnego haftu etc., czegokolwiek, co tylko ma zapełnić pustkę, zamiast być przejawem autentycznej samorealizacji; choć, oczywiście, na wszystkie wymienione kursy można chodzić z racji własnych zainteresowań) związał się z tą sąsiadką z naprzeciwka - kiedy ostatnio jechaliśmy razem w windzie, wciąż się na nią patrzył!"
A co - miał wbić wzrok w podłogę, jak ktoś, kto przeprasza, że żyje?
Po takim zresztą oświadczeniu kobiety, też właściwie nie ma znaczenia, co powiem. Bo ledwo zaczynam, słyszę: "Ja wiem, że on ma romans i Pani nie musi mnie tu pocieszać!"
Nigdy nikogo nie pocieszam; choć nie w tym rzecz, tylko w czymś zupełnie innym. W tym, żeby umieć się zatrzymać. 
Gdyż owszem - bywa, choć niestety rzadziej niż częściej, że prawda jakoś jednak przedziera się do zainteresowanej. I zawsze wtedy bardzo się cieszę, kiedy w kimś następuje chwila autorefleksji.
Bo wystarczy przecież tak niewiele, żeby przejrzeć na oczy; żeby przestać szukać źródła tego, co dzieje się w naszym życiu na zewnątrz, a zamiast tego sięgnąć do środka, do siebie. Powtarzane jest to chyba już w kółko, napisano na ten temat mnóstwo książek. To trudne, wiem. Ale nic innego nie przyniesie oczekiwanych efektów, czyli możliwości realizowania się w życiu - nie poprzez kogoś, nie wieszając się na czyjejś szyi - lecz poprzez wykorzystanie własnego potencjału, który najpierw trzeba przede wszystkim odkryć, rozpoznać, przekonać się, czym tak naprawdę on jest i do czego mógłby być użyteczny. Dzięki temu zrozumiemy równocześnie, co mamy innym do zaoferowania; co chcemy i możemy z siebie dać, gdzie są nasze granice; święte, nieprzekraczalne. I takież granice innych, bo podlegają przecież takim samym procesom, jak my.  
Nikt nie stanie się dla nas taki, jakim sobie życzymy, aby był. Nie mamy prawa czegoś takiego sobie życzyć. Tyle na początek, bardzo ważny początek, który nie zna wieku, który nie jest uwarunkowany niczym zewnętrznym.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

To jest seks. Dochodzisz pomału, ale nie możesz tego przerwać, nie możesz przestać - mimo, że czasem naprawdę chcesz, bo w końcu kto lubi, aby cokolwiek było silniejsze od niego. Ale nie dajesz rady. To jest wszędzie tam, gdzie ty, nie odstępuje. Więc ulegasz, i już nie wiesz, kto tu rządzi. Albo po prostu lubisz tak myśleć. Tak jest wygodniej. I w końcu widzisz szczyt. Jest tutaj, czekał od dawna, tylko na ciebie. Brama otwiera się z hukiem, ciężkie, żeliwne skrzydła uderzają na boki z taką siłą, że aż lekko wracają do środka. Ale to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. Albo aż.
Przechodzisz przez bramę.
I wtedy pojawia się pierwsze słowo.
Pociąga za sobą kolejne i kolejne.
Po pewnym bezczasie widzisz przed sobą gotowy wiersz lub opowiadanie.
Gotowość czasem jest pozorna. Czasem poprawiasz tu i ówdzie. Szlifujesz do połysku. Kilka ostatnich pocałunków na przyspieszonym, zduszonym oddechu.
Kropka na końcu ostatniego zdania.
Albo i nie.
To zależy.
To jest papieros po. Może być, jeśli ktoś pali. Albo akurat ma ochotę zapalić. A jeśli nie, to nie.
Czujesz się lekko, nie myślisz o niczym.
Nie musisz się z niczego tłumaczyć. Przed nikim. Przed sobą też nie. Wyzwolenie. Jesteś. Ni mniej ni więcej. W sam raz.
Życie bardzo się upraszcza po udanym seksie.
Tylko na chwilę, ale jednak.

środa, 01 maja 2013

Przeze mnie filtruje się moja rzeczywistość. Opowiadania, wiersze, haiku, zdjęcia, obrazy etc. są formą, jaką przybiera rzeczywistość po przefiltrowaniu przez moje wnętrze. I przez to też rozpoznaję siebie, przyglądam się sobie, przeglądam się w sobie. Sny też są, oczywiście, filtrowaniem rzeczywistości doświadczanej na jawie. Zadziwiają mnie na różne sposoby, zwłaszcza wówczas, gdy osnuwają się wokół tych treści, tych historii z mojego życia o których na co dzień nie myślę. A jednak one we mnie są. Wszystko jest we mnie i wszystko podlega filtrowaniu, a przez to oczyszczeniu. To, co śnione też oczywiście podlega dalszemu filtrowaniu, bo nawet spisując sen taki, jaki był, przepuszczam go przez filtr języka, jakim się posługuję, przez immanentną z nim gramatykę i zasób słów. A zatem filtrowanie z jednej strony uwalnia, a z drugiej przypomina, że filtrując nadaje się filtrowanym treściom charakter wynikający z samego charakteru filtra. Nie da się tego przezwyciężyć, jeśli chce się nadać czemukolwiek jakikolwiek wyraz. Uwalniając, więzi się równocześnie daną treść w określonej, choć autonomicznie już funkcjonującej, formie.
Prawda musi więc pozostać niewyrażalna.

poniedziałek, 18 marca 2013

Na łamach "Taraki" ukazało się moje kolejne opowiadanie.
Miłej lektury :-)

niedziela, 03 marca 2013

Tylko to, co uwolnione, wydobyte na światło dzienne, może zostać przetransformowane, choć właściwie już przez sam akt uwolnienia, ulega transformacji.
To, co skrywane, przetrzymywane wewnątrz, w środku, z czasem kamienieje. Gdy w końcu jednak zostanie uwolnione - a prędzej lub później pojawi się wola, pragnienie, aby tak właśnie się stało, gdyż to, co kamienieje nabiera jednocześnie ciężaru - transformacja przebiega gwałtownie i o wiele bardziej drastycznie, niż gdyby doszło do tego wcześniej, przed skamienieniem.

sobota, 06 października 2012

Także o momencie w którym spotykają się ezoteryka i nauka.
Kocham ten moment; z wielu różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że im więcej takich momentów, tym bardziej stanie się jasne, że nadzwyczajne możliwości ludzkiego umysłu są tak naprawdę czymś naturalnym, a dla tych, którzy tego potrzebują, również czymś mierzalnym. Bo dopiero wtedy, gdy przestaniemy się zdumiewać tym, co jest normalne i przynależne naszej naturze, będziemy mieli szansę, aby wykorzystać to w maksymalnie pozytywny, praktyczny sposób, który udoskonali ludzkie życie na wielu poziomach.

"Swami Rama, młody jogin, założyciel Instytutu Himalajskiej Jogi w Pensylwanii, badany w klinice Menninger potrafił siłą woli wytworzyć w mózgu fale charakteryzujące głęboki sen. A po wyjściu z tego stanu dokładnie pamiętał wszystko, co się działo w tym czasie, i to znacznie dokładniej aniżeli sami badacze, którzy byli ponoć całkowicie przytomni."


Georg Feuerstein "Na początku była liczba" 

And that's the point.

sobota, 01 września 2012

Ludzie się nie zmieniają.
Któregoś błogosławionego dnia, a właściwie w pewnej, błogosławionej chwili, po prostu przestają bać się tego, kim są naprawdę. Nie chcą dłużej być tym, kim im kazano lub kim by wypadało. A nawet nie w tym rzecz, że nie chcą. Nie mają już siły odgrywać ról, nosić masek, przybierać póz. Przekroczenie tego punktu kulminacyjnego jest równoczesne z wyłamaniem się przez nich z układów w których dotąd pozostawali. Układ zaczyna się wtedy chwiać, co zagraża jego misternej, pozorowanej - jak to jest w przypadku każdego układu - konstrukcji. A że wszystko, co kiedykolwiek, jakkolwiek zaistniało w obliczu zagrożenia walczy o przetrwanie, tak jest i tutaj. To właśnie dlatego, ci, którzy siebie odnaleźli, ci, którzy dokonują owego wyłomu i siłą rzeczy muszą iść dalej, słyszą wówczas od innych pełne pretensji, konsternacji i przede wszystkim skrywanego strachu (drżenie układu w posadach sprawia, że ci, którzy go jeszcze nie rozpoznali mają wrażenie, że to ich własny świat zaczyna się rozsypywać, co oczywiście nie jest prawdą) oznajmienia: "No, wiesz, nie poznaję cię", "Takiego cię nie znałem".
Takie słowa należy potraktować jak zielone światło na Drodze.

środa, 25 maja 2011

Oczywiście, że nie należy żyć przeszłością i wspomnieniami. To wielkie grzęzawisko z którego trudno się wydostać. Skoro czegoś nie ma w naszym życiu to nie ma - czas przeszły dokonany, nie ma nad czym dywagować. Ale stwierdzenie, konstatacja "kiedyś przecież żyłeś/aś bez tej osoby i było dobrze" prowadzi donikąd. Tak, kiedyś tej osoby nie było, ale potem się pojawiła i to jest fakt, a każdy fakt, zdarzenie, sytuacja w mniejszym lub większym stopniu nas przemienia, a właściwie ujawnia takimi, jakich samych siebie nie znaliśmy zanim ów człowiek w naszym życiu się pojawił. To jest niezaprzeczalne. I dlatego nie sposób wrócić do siebie takich, jakimi byliśmy zanim to się wydarzyło. Musimy iść dalej, to prawda, ale jesteśmy już przemieni, bogatsi o tą ujawnioną, wcześniej nam nieznaną i nierozpoznaną cząstkę nas samych. Kiedy to ujawnienie dzieje się na bieżąco, zachodzi w bezpośredniej obecności owego kogoś (przyjaciela, partnera etc.) praktycznie rzecz biorąc możemy tego nie zauważać; niemal wówczas tym oddychamy. Kiedy jednak osoba ta przestaje istnieć w naszym życiu, cała nasza przemiana, której niezauważalnie ulegaliśmy i podlegaliśmy, staje się nagle widoczna, a raczej uwidaczniają się jej nieodwołalne skutki (może się to objawiać choćby w zwyczajach i nawykach, których nabyliśmy przy tej osobie - to oczywiście przejaw z poziomu stricte li tylko materialnego; nie ma jednak nic na poziomie materialnym, co nie zaistniałoby wcześniej na poziomie energetycznym). Wraz więc ze zniknięciem tego drugiego z naszego życia pozostajemy wobec skutków owej odśrodkowej przemiany sami. Tamten drugi, dopóki był, najpierw tamtą przemianę zapoczątkował, uaktywnił (coś, co miał do zaproponowania weszło w rezonans z czymś, co było już w nas, ale dotąd nie miało okazji / możliwości, aby zaistnieć), a potem bezustannie ją dopełniał i podsycał przyznając jej tym samym rację bytu. Kiedy z nowym (w pewnym sensie) sobą zostajemy sami możemy poczuć się przez moment jak dziecko, które trzyma w rękach piłkę i nagle nie ma jej do kogo rzucić. Może trochę potrwać zanim zrozumie i postanowi co dalej z nią robić. Ale jeśli nawet odłoży ją na bok (czyt. zerwie na planie materialnym ze wszystkim, co łączyło go z jego byłym/ą) to ta przemiana - ujawnienie nieznanej mu dotąd cząstki własnej osobowości - i tak dokonała się w nim w sposób nieodwołalny i tego już się nie pozbędzie, może to tylko transformować dalej. I dlatego właśnie stwierdzenie z którym się ostatnio spotkałam i przytoczyłam powyżej ("kiedyś przecież żyłeś/aś bez tej osoby i było dobrze"; nie jest to dosłowny cytat, ale w pełni oddaje sens owych słów) tak bardzo mnie poruszyło; tak bardzo się z nim nie zgadzam, że aż okazało się ono dla mnie bardziej inspirujące niż jakiekolwiek inne, któremu mogłabym li tylko przytaknąć.

Przekora to piękna cecha, czyż nie?

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna