Anna Goluba

Wpisy z tagiem: transformacja

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Pisarz (z prawdziwego zdarzenia), swoim pisarstwem powołując do życia daną postać jednocześnie staje się nią. Pisząc, wchodzi bowiem w jej przestrzeń energetyczną, myśli tak, jak ona, używa słów, takich, jakich używa ona. Śmieje się i płacze razem z nią. Bywa też przez nią zaskakiwany - w jego głowie, przez cały czas tworzenia, utrzymuje się całościowy obraz tego, co poprzez słowa przekłada na opowiadanie, powieść, baśń, jednak niejednokrotnie szczegóły tego obrazu ujawniają się dopiero w trakcie procesu twórczego, w trakcie pisania. Jedyne, co pisarz może wówczas zrobić, to przyzwolić na takie prowadzenie. Wszystko odbywa się na zasadzie sprzężenia zwrotnego między nim, a postaciami z jego własnych dzieł, co jednocześnie dowodzi, że postacie te czekały na niego od dawna, w przestrzeni zwanej Kroniką Akaszy.
Poprzez pisanie, owe spersonifikowane aspekty osobowości pisarza - jego bohaterowie - podlegają transformacjom, co oznacza prawdziwe błogosławieństwo, wzmocnienie, uzdrowienie dla każdej, a więc również dla danego pisarza, psyche.


Kiedy tonął w oceanie
Uratowała go syrena,
Która wypłynęła
Z najciemniejszej głębi...
Bajkopisarz

sobota, 14 lutego 2015

Dno nie istnieje.
Jest to, jak myślę, cenna informacja dla wszystkich poszukiwaczy ciemnej strony Księżyca - jakkolwiek by to rozumieć. Każdy taką wędrówkę podejmuje na własną rękę, podług własnych możliwości i środków. Często w ramach buntu do umownej rzeczywistości, często również w związku z doznanymi traumami, których postanawia nijak nie transformować, bo skoro świat (najbliżsi, ludzie na których polegał, itp.) coś takiego mu zafundował nie jest wart żadnych starań z jego strony.
Tak rozpoczyna się pikowanie w dół. Z odśrodkowym założeniem, iż w razie czego natrafi się na dno od którego będzie można się odbić.
Ktoś podstępny i cwany, może jakiś terapeuta samozwaniec, musiał ukuć taką teorię, którą wielu przyjęło za swoją.
Gdyby dno istniało, wielu z tych, którzy by go dotknęli nie uskutecznialiby powtórki z rozrywki, po krótkiej przerwie od wirowania po piekielnych kręgach, z pewnością nie wracaliby na nie. A jednak często wracają, dlatego, iż ów antrakt nie miał nic wspólnego z tzw. dotknięciem własnego dna, lecz z wypoczynkiem wymuszonym przez wycieńczony psychofizycznie organizm. Po odpoczynku zaś (po kuracji, detoksie, egzorcyzmach, energetycznych oczyszczaniach itp.) powstaje wolna przestrzeń, która domaga się wypełnienia. Nie zostaje jednak wypełniona niczym zdrowym ani dobroczynnym, jeśli organizm, jeśli człowiek nie został naprawdę uleczony.
Uleczenie zaś polega tylko i wyłącznie na zmianie nastawienia.
Zmiana nastawienia odbywa się zaś w ciągu nanosekundy; miejsce zdarzenia jest absolutnie dowolne - może to być kozetka u psychoanalityka, ale może być i kanapa własna wysiedziana od wielkiego, wynikającego ze strachu i wygodnictwa, pozoranctwa i asekuranctwa.
Nic nie jest w uleczeniu potrzebne oprócz tego jednego kliknięcia, oprócz przestawienia tej jednej zwrotnicy. Dokonać się to może w każdej chwili, w dowolny, dla każdego najbardziej adekwatny, sposób. Jest to już rzecz drugorzędna.
Nie trzeba wydawać niebotycznych pieniędzy na żadne terapie ani detoksy. Ani niebotycznych ani żadnych. Chyba, że to komuś odpowiada i z nim współgra. Ale można chodzić na rozmaite terapie latami, wirować po znanych na pamięć torach, pikować to w górę, to coraz częściej w dół, i nie osiągać żadnych pozytywnych rezultatów. Jeśli nie wydarzy się nic w głowie, jeśli nie zmieni się swojego nastawienia, jeśli nie zobaczy się siebie w całości - a jest to jak dotknięcie (symbolicznej) śmierci, kiedy to w ułamku sekundy dociera do człowieka znaczenie - obraz tego, co się z nim dzieje wraz z tym, co do tego doprowadziło, co jest teraz i dokąd ewidentnie, o ile nie wprowadzi się żadnych zmian, to prowadzi -wówczas do uzdrowienia nie dojdzie. Stąd Tarotowa Śmierć mówi w takim przypadku o dogłębnej transformacji. I dlatego właśnie następuje po niej Umiarkowanie, alchemiczna destylacja, oddzielanie energetycznych złogów od skarbów. I... tak - potem musi pojawić się Diabeł, który mówi: "Sprawdzam.", co oznacza tyle, że poddaje on próbie to, czego dokonało się najpierw podczas odcięcia, potem podczas wymagającej czasu i cierpliwości alchemicznej przemiany. Po Diabelskim teście przychodzi czas na Tarotową Wieżę - na chwilę prawdy, wynik testu - z tych wszystkich, często koniecznie bolesnych doświadczeń, pozostanie bowiem tylko to, co autentyczne. Wyrwiesz Diabłu diament. On go mocna trzyma, ale tylko pozornie. To Ty nadajesz mu moc.
Posłużyłam się tu językiem Tarota, bo jest bardzo bliski mojemu sercu i mentalności, osobowości, ale do odczynienia swojej rzeczywistości Tarotowa konsultacja - ani żadna inna, że tak powtórzę po raz kolejny - nie jest potrzebna. A skoro mówię to ja, a urodziłam się z umiejętnością odczytywania symboli z różnych światów, z umiejętnością czytania kart, której to umiejętności nie można nijak nabyć, to chyba coś w tym jest, prawda? Taki moment w tekście, który teraz czytasz byłby przecież doskonały do napisania - "Tylko Tarot ci pomoże". (Gwoli wyjaśnienia dla pasjonatów Tarota, a wiem z e-maili, które dostaję, że tacy czytają mojego bloga - moja powyższa interpretacja czterech Wielkich Arkanów nie wyczerpuje oczywiście ich znaczenia, jak zapewne wiecie, żadna interpretacja tego nie robi i nigdy nie zrobi, ta, którą się posłużyłam związana jest z kontekstem mojego eseju, z treścią omawianego zagadnienia.)
Ale ja mówię - tylko Ty możesz sobie pomóc. I nie potrzebujesz do tego nikogo ani niczego z zewnątrz. Bo dno, którego każą Ci szukać, celem odbicia się od niego, nie istnieje, więc jeśli teraz podążasz w jego kierunku, przestań, bo to droga donikąd. Droga na której możesz spotkać wielu pseudodoradców dla których staniesz się pożywką, wielu ludzi, którzy będą uważali, że lepiej od Ciebie wiedzą, kim jesteś. I będą Ci to umiejętnie wmawiać, imputować, sugerować; dyskretnie, wprost i między wierszami. Dlaczego tak wielu z nich zyskuje sławę i renomę, zanim okaże się, kim  są naprawdę i niestety już po tym, gdy skrzywdzą wielu ludzi? Bo są przekonani o swojej nieomylności, bo wierzą, że są dla Ciebie niczym latarnia do której zmierzasz próbując wyrwać się ze szponów sztormu. Swoim zachowaniem dają Ci do zrozumienia, że możesz być zaszczycony, iż poświęcają Ci swój czas. Kwestia pieniędzy za ich usługi; udają - czyli podkreślają często i namiętnie - że są one bez znaczenia, że oni, gdyby tylko mogli, pracowaliby za darmo; albo wręcz przeciwnie - ostentacyjnie afiszują się z dużymi stawkami, sugerując, że mają do zaoferowania coś, czego nie ma nikt inny. Pokora i ostrożność, tak wskazane, kiedy ma się do czynienia z psyche innego człowieka są im obce. Jeśli więc zdecydujesz się na terapię, znajdź profesjonalistę - pasjonata ukierunkowanego na ludzi, a nie na budowanie własnego ego. Twoje własne ciało (napięcie, brak napięcia, ból głowy albo poczucie relaksu, ucisk w splocie słonecznym lub przeciwnie - ciepło w jego okolicy, itp.) podpowie Ci, czy rozmawiasz z właściwym człowiekiem już podczas Waszego pierwszego spotkania. Oczywiście, jeśli będziesz uważny i nie będziesz się oszukiwać.
A zatem szukasz, co oznacza min., że sam na daną chwilę do końca siebie nie rozpoznałeś, więc inni nie mają prawa Cię określać, oceniać, szufladkować (pomijając to, że nigdy nie mają do tego prawa; pomijając - bo to oczywiste). Wiesz tyle, żeby wyruszyć. Inni nie przeżyli tego, co Ty i nie wiedzą, czym to było dla Ciebie, co Cię zabolało, a co nie, co przetasowało w Twojej głowie, co zrodziło się w Twoim sercu. Ilość scenariuszy dla ludzkich historii jest ograniczona. Natomiast ilość sposobów na jakie są one przeżywane nie mieści się w żadnych statystykach, bo każdy przeżywa na swój sposób, uwarunkowany przez wiele różnych czynników splatających się ze sobą ponownie w ileś tam możliwości - to się tylko pomnaża.
Czytaj; książki, gazety, co tylko wpadnie Ci w ręce. Słuchaj; muzyki, tego, co mówią otaczający Cię ludzie, w sklepach, na ulicach, spotkaniach, słuchaj śpiewu ptaków, słuchaj ciszy. Zatrzymaj się. Biegnij. Usiądź nad brzegiem morza. Wejdź na górę. Rób wszystko. Nie rób nic. Ale staraj się jak najczęściej, niczego sobie nie narzucając, sprawdzać - odczuwać, co z Tobą rezonuje. Tak odnajdziesz to, czego szukasz, a czego, przed wyruszeniem, często nawet nie potrafisz nazwać.
Nie leć w dół, licząc na to, że po drodze wydarzy się cud, a jeśli nawet nie, to w końcu, prędzej czy później, uderzysz w coś na tyle twardego, że to Cię zmieni, to Cię olśni. Nie można niczego na życiu wymusić. Można tylko spowodować, wywołać przez odpowiednie nastawienie.
A przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?

środa, 07 stycznia 2015

Nieustająco fascynuje mnie twórczy proces; pisałam już o tym kilkakrotnie. Fascynuje mnie to, że tak nieoczekiwanie może wydobyć się z człowieka coś, czego on sam do końca sobie nie uświadamiał, a czasem nawet wcale. To dlatego, ze względu na to wydobywanie, twórczość jest twórczością, efekt końcowy zaś - powieść, wiersz, rzeźba, obraz, talia kart, kolaż, etc. - jest ukoronowaniem tego procesu, metą do której się szło, czasem biegło, czasem przystawało się po drodze wyjąc z bólu, czasem pędziło się tam z radością i dzikim zaśpiewem. Każda chwila w tym procesie jest jak rodzenie się wciąż od nowa. Ten, kto ukończył dane dzieło, jest już kimś innym niż ten, który je rozpoczął.

niedziela, 14 września 2014

jedno przemienia się w drugie
drugie w trzecie wciąż
i na zawsze mając w sobie
źródło
istniejące lecz rozpoznawalne tylko
dla wtajemniczonych
trzecie znienacka staje się czwartym
czwarte kolejnym
z którego znów poniekąd samo
wyłania się następne
i nagle już wiem że tak będzie trwało
dopóki się nie wyczerpie
przynajmniej na tym etapie
nie jestem bowiem w stanie
tego przerwać
zupełnie
jakbym śniła na jawie
i może nawet tak jest
przemiany więc trwają
zmarli ożywiają
żywi odchodzą
kształty zatrzymują się w sobie
na coraz krócej
jakby nie wytrzymywały
odśrodkowego ciśnienia
nie mogę nic na to poradzić
obserwuję będąc jednocześnie
wewnątrz
wiedząc że przemienia się
po to żeby się wykrystalizować
uwolnić się z moich oczekiwań
oraz przyzwyczajeń
pozbawiona ich jestem gotowa
na wszystko
i na nic
przerażona
i jednocześnie silna nieznaną wcześniej siłą
w ciemnościach
w wewnętrznym widzeniu
gdyż zewnętrzne oko jest tu
całkowicie bezradne
dostrzegam zarys błoniastych skrzydeł
i twarz obciągniętą skórą suchą jak pergamin
na którym zostały spisane dzieje świata

środa, 23 lipca 2014

Projektowanie kart Tarota przypomina pisanie wierszy - niektóre z nich pojawiają się już gotowe, tak jakby w odległych zakamarkach umysłu czekały tylko na to, żeby móc się wreszcie ujawnić. Przedtem zaś tak długo chodzą za tym przez kogo postanowiły wydostać się na światło dzienne, tak uporczywie i cierpliwie zarazem siedzą mu w głowie, aż w końcu spisze je takimi, jakimi są, jakby z jakiejś niewidzialnej tablicy. Inne zaś krystalizują się, powoli, stopniowo wychodzą z ukrycia, z niepewności własnej, przymierzają różne kształty, wcielenia, niczym kobieta, która szykuje się na randkę - przebiera, wybiera, dopasowuje, odrzuca, zestawia - nie dlatego jednak, iż jest kapryśna, niezdecydowana etc. lecz dlatego, iż tak naprawdę wie, że gdzieś w swoich zasobach ma strój w którym będzie czuła się doskonale, a tym samym - również tak wyglądała. Czy więc sama przed sobą odgrywa przedstawienie, przymierzając co i raz inne ubrania, próbując coraz to innych wcieleń? Bynajmniej. To podświadomość łączy się się w ten sposób ze świadomością. To moc uczy się siebie; uruchamia się tutaj proces, który ma uzewnętrznić to, co gra wewnątrz, ale tak, żeby nie zdradzić od razu nazbyt wiele, równocześnie jednak powiedzieć tyle, ile by się chciało, lecz bez narzucania się. Życie często bywa tańcem na linie.
Podobnie z kartami. Niektóre ściąga się - sprowadza poprzez wszystkie poziomy wtajemniczenia w jednej chwili, a właściwie nawet nie sprowadza, co same przychodzą. Inne - szukają swojego kształtu, który dokładnie tak, jak w przypadku tych poprzednich, ujawniających się natychmiastowo w całości, też już jest tak naprawdę od dawna gotowy, jednak do zaistnienia potrzebna jest gotowość obopólna, zewnętrzna i wewnętrzna. Tak, że de facto, to, co wygląda na poszukiwanie jest także ujawnianiem się - tyle, że w innym tempie.
Zasadnicze pytanie, jakie się tu pojawia - czy się stwarza, czy jest się stwarzanym, czy się kreuje, czy jest się kreowanym, czy jest się podmiotem czy przedmiotem we wspomnianym procesie - z oczywistych względów może służyć tylko i aż gimnastyce umysłu.

niedziela, 16 marca 2014

Pisanie oczyszcza, autoegzorcyzmuje, a to oznacza tyle, że pisząc nie tyle uwalnia się swoje wewnętrzne demony (choć, oczywiście nie tylko temu służy i nie tylko taką rolę ma pisanie), co transformuje się je w coś innego. A wszystko jest lepsze od demona oddziałującego z wewnątrz, z ukrycia, wywołującego bez transformacji, bez ujawnienia i przekształcenia, niepokojące objawy nad którymi ktoś, kogo demony - kompleksy, fobie, lęki, kody, wzorce, stłumione wspomnienia - zamieszkują, panuje w niewielkim stopniu, a tak naprawdę wcale. Trudno bowiem panować nad czymś, z czym - siłą rzeczy - nie można skonfrontować się inaczej jak tylko poprzez skutki jego działania, które jednak o tyle są istotne, iż wskazują na swoje przyczyny, a dopiero dotarcie do tychże umożliwia rozpoczęcie wspomnianej transformacji. Najlepiej zaś dokonać jej, oddając się właśnie pasji - czy to pisaniu, malowaniu, fotografowaniu, itp. - słowem - temu czemuś przez co wyraża się dusza. Pasja dlatego tak świetnie spełnia tu swoją rolę, gdyż w sposób wyjątkowy, ustanawiając wartość nadrzędną w stosunku do wyjściowej, co potocznie znane jest jako kreatywność, twórczość, łączy w sobie działanie świadomości i podświadomości.
To jest koło ratunkowe, potem można już płynąć. I niczego wówczas nie zakładać - ani tego, gdzie się dopłynie, ani po co. Jeśli wykonuje się coś z sercem, dotrze się tam, gdzie trzeba.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

To jest seks. Dochodzisz pomału, ale nie możesz tego przerwać, nie możesz przestać - mimo, że czasem naprawdę chcesz, bo w końcu kto lubi, aby cokolwiek było silniejsze od niego. Ale nie dajesz rady. To jest wszędzie tam, gdzie ty, nie odstępuje. Więc ulegasz, i już nie wiesz, kto tu rządzi. Albo po prostu lubisz tak myśleć. Tak jest wygodniej. I w końcu widzisz szczyt. Jest tutaj, czekał od dawna, tylko na ciebie. Brama otwiera się z hukiem, ciężkie, żeliwne skrzydła uderzają na boki z taką siłą, że aż lekko wracają do środka. Ale to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. Albo aż.
Przechodzisz przez bramę.
I wtedy pojawia się pierwsze słowo.
Pociąga za sobą kolejne i kolejne.
Po pewnym bezczasie widzisz przed sobą gotowy wiersz lub opowiadanie.
Gotowość czasem jest pozorna. Czasem poprawiasz tu i ówdzie. Szlifujesz do połysku. Kilka ostatnich pocałunków na przyspieszonym, zduszonym oddechu.
Kropka na końcu ostatniego zdania.
Albo i nie.
To zależy.
To jest papieros po. Może być, jeśli ktoś pali. Albo akurat ma ochotę zapalić. A jeśli nie, to nie.
Czujesz się lekko, nie myślisz o niczym.
Nie musisz się z niczego tłumaczyć. Przed nikim. Przed sobą też nie. Wyzwolenie. Jesteś. Ni mniej ni więcej. W sam raz.
Życie bardzo się upraszcza po udanym seksie.
Tylko na chwilę, ale jednak.

czwartek, 16 maja 2013

Zbliżały się jego urodziny, więc postanowiła kupić mu prezent, który będzie ważny. Ważny dla niego i dla niej. Który będzie mówił - to jest ode mnie dla ciebie. To jesteś ty, a to ja, i oto mamy okazję połączyć się na innym niż zwykle poziomie, kiedy nie mówią już słowa, kiedy mówi coś innego sprawiając, że zza kurtyny zwykłej codzienności wyłania się owo coś, co stanowi, co jest pomostem między tobą i mną. Co pozwala tobie poznać mnie i jednocześnie pokazuje, co myślę o tobie. Ofiarowanie w drobiazgu. Jego pierwszy urodziny, odkąd byli razem. Czy może odkąd ze sobą sypiali? - ta niepokojąca myśl przemknęła jej przez głowę niczym meteor; wzięła się znikąd, ale zagarnęła sobą całą uwagę. Faktycznie, nie mieli zbyt wiele tematów do rozmów. "Dopiero się rozkręcamy" - tą myślą przepędziła podły meteor, ale nie mogła przecież przepędzić tego, że w ogóle zaistniał. Bo skoro zaistniał - miał ku temu powód. Więc tym bardziej prezent musi być wyjątkowy. Wymowny. Po cichutku musi wyrażać coś istotnego. Tylko co? To się okaże, kiedy już go znajdzie. Kiedy będzie go już miała w ręku, i dozna tego niezwykłego, mocarnego, a jednocześnie delikatnego jak muśnięcie uczucia, które nawiedzało ją od czasu do czasu przy różnych okazjach, a które można by zamknąć w słowach: "To jest to." Tak, na pewno znajdzie taki prezent.
   Weszła do księgarni. Z każdej księgarni zawsze wychodziła ze skarbem, księgarnia jest niezawodna. Na półkach, jeden obok drugiego stoją skarby, błyszczą diamentowe szkatułki, wystarczy wziąć je do ręki, otworzyć... Nie potrzeba żadnego, absolutnie żadnego wysiłku, żeby to zrobić. A po chwili już jest się gdzie indziej. W nieznanej krainie, pełnej nowych dźwięków, zapachów, krajobrazów, słów... Nie ruszając się z miejsca, można przenieść się w zupełnie inny zakątek świata, i w każdym z nich napotkać ... siebie. Otworzyła jedną z książek na chybił trafił... Powieść znanego autora, ostatnio chyba na liście bestsellerów... Dla mężczyzny z którym się spotykała (tylko sypiała?! - meteor znów świsnął w oddali, na ciemnym niebie) i o którym wiedziała, że w ogóle nie czyta książek, mogłaby to być niezła zachęta, dając mu taki prezent nie musiałaby uchodzić za... Jak on to określał? Aha. Za kogoś odjechanego. Ci, którzy czytają książki są odjechani. Przypomniało się jej to, i uśmiechnęła się do siebie.  "Coś w tym jest" - pomyślała. "Tylko, że ja kocham być odjechana. Po prostu czasem o tym zapominam. A on, jeśli znajdę powieść, która go wciągnie, też zacznie czytać. I też już nie będzie mógł bez tego żyć. Jest w nim głębia, o której sam nie wie."
   Przeczytała kilka zdań na które natrafiła. Zupełnie, jakby czytała o nim. Pijący trzecie piwo z kolei, mężczyzna w powieści, patrzył bezmyślnie przed siebie.
   "- W życiu trzeba umieć się zorganizować - powiedział do nikogo, w pustkę, która rozciągała się przed nim, a zdawała się emanować z jego wnętrza. 
    - Albo jest się wyżej albo niżej. Albo zjadasz albo jesteś zjadany. Reszta to...-  tu wypił kolejny łyk piwa. To znaczy chciał wypić, ale okazało się,że butelka jest pusta.
   - W mordę... " - zaczął bohater powieści, ale nie pozwoliła mu skończyć, zamknęła książkę, jakby to była puszka Pandory. Wiedziała, że on zobaczyłby w nim siebie. Albo raczej uznałby, że ona go tak widzi. Tylko dlaczego tak pomyślała? Przecież ją pociągał. Chyba. Nigdy nie mogłaby związać się z kimś nie ze swojego świata. Zawsze tak o sobie myślała. I na takim myśleniu upływał jej czas, coraz dłuższy czas. A wtedy pojawił się on, tak zwyczajnie, na imieninach kuzynki. I zaczepił ją zwyczajnie, jakby znali się od lat. Był taki naturalny. Bo przecież nie lekceważący, nie, i grubiański, też nie, no skąd. Zwyczajny. Zawsze chciała poznać normalnego faceta, jej znajome marzyły o tym samym. I oto był. Normalny, nazywający rzeczy po imieniu. Czasem wydawało się jej, że zbyt mocno. Ale tłumaczyła sobie, że odwykła od czegoś takiego, co i raz poznając filozofów, psychologów, literatów, wiecznych poszukiwaczy Nienazwanego. A tu wszystko było czarne albo białe. Jeśli coś należało do jego świata - było w porządku. Jeśli nie - było wyśmiewane. Może świadczyło to o braku tolerancji, ale ten jego śmiech... Taki sam, jak on. Mocny, pewny siebie, głośny, dźwięczny... Męski. "Taki śmiech musi skrywać głębię, wspaniałą głębię" - uparcie trzymała się tej myśli.
   Wzięła do ręki następną książkę. Autor był już mniej znany, ale za to ona znała tę powieść niemal na pamięć. Powieść o wędrowcu przemierzającym świat. Wędrowcu takim, jak ten z którym się spotykała. Twardym, zdecydowanym... Może to będzie zaczątek ich wspólnych podróży? Niezapomnianych, wiążących ich ze sobą w taki sposób, że zaczną porozumiewać się niemal bez słów? I nagromadzą wspomnienia, które będą stanowić dla nich cenniejszy kapitał niż kiedyś, w przyszłości, wspólne konto w banku? Otworzyła książkę na pierwszej stronie i przeczytała: "John wpatrywał się w odległe góry. Wzywały go. Nigdy nie myślał o samotnej wyprawie, w dodatku tak dalekiej, ale teraz czuł, że to najlepsze co może zrobić. Musi się stąd wyrwać, po prostu musi. A Mary? Znali się przecież tak krótko... "
    "Niech to szlag trafi!" - pomyślała, zamknęła książkę i odłożyła ją na półkę. Książkę, którą znała niemal na pamięć, a która teraz odsłoniła się przed nią w nowy sposób. Odsłoniła jego; ich. Oni też znali się krótko. Czy była dla niego ważna? Z tą jego zwyczajnością, z tym biało - czarnym oglądem świata mógł przecież odejść w każdej chwili, niekoniecznie w dalekie, niedostępne góry... Choć to byłoby jeszcze ciekawe. Ale jakoś nagle nie wydał jej się do tego zdolny, prędzej wybrałby się z kolegami na kajaki - co, oczywiście, samo w sobie jest świetnym sposobem spędzania czasu, ale nie o to przecież chodzi.
   Przez chwilę stała bezradnie na środku księgarni. "Zupełnie nie wiem, z kim się spotykam od kilku miesięcy. A właściwie chyba wiem. Aż za dobrze. Tylko dlaczego to sobie robię; w imię czego?" Postanowiła jednak nie poddawać się nastrojowi chwili. Znała siebie taką. Niezwyciężoną. Przemieniającą wszystko, co napotkała w coś dobrego dla siebie, udowadniającą sobie i innym, że wszystko jest możliwe; choć mało kto tak naprawdę dostrzegał w niej tę umiejętność... Dotąd wystarczało jej, że ona wie...  Sięgnęła po następną książkę. I jeszcze jedną. Kolejną.
   Po dwóch godzinach spędzonych w małej, kameralnej księgarni miała już pełny obraz mężczyzny z którym spotykała się (tylko sypiała?! - cholerny meteor, przecież nie jest kobietą, która chciała romansu dla romansu, która szukała faceta do łóżka, nie można chyba znaleźć tego, czego się nie szukało, ani zgodzić się na to, nie istnieje ku temu żaden sensowny powód!) od jakiegoś czasu. Wszystko, co przeczuwała znalazło swój wyraz, potwierdziło samo siebie. Czuła wściekłość i radość równocześnie; wściekłość - za to, że oszukiwała samą siebie przez tyle miesięcy. Radość - że wreszcie się to skończyło, że nie będzie musiała dłużej nikogo udawać. Ani niczego, łącznie z orgazmami, bo był takim samym wyśmienitym kochankiem, jak i znawcą literatury - uświadomiła to sobie nie bez złośliwej satysfakcji.
   Wyszła z księgarni bez książki, za to ze świadomością, że oto zakończył się jej quasi - związek. To stało się w jej głowie. A więc po prostu się stało, bardziej stać się nie można, wszystko tam właśnie zaczyna się i kończy.
   I właśnie wtedy zadzwonił, tak jakby miał jakiś radar.
   - Halo - powiedziała jak do kogoś obcego, nie było w niej żadnych uczuć, nie było przecież od samego początku ich znajomości. Był obcym człowiekiem. Poczuła, że go zmroziło.
   - Cześć - lekko się zawahał, przez sekundę, nie wiedział o co może chodzić, nawet się nie domyślał, ale dłużej się nad tym nie zatrzymywał. - Co porabiasz, mała?
   Chciała coś odwarknąć, tak, jak nigdy się jej to jeszcze nie zdarzyło w stosunku do niego; tak jak inni, tak jak reszta świata, uważał ją za cichą i nieśmiałą, na tyle cichą i nieśmiałą, że nie byłaby w stanie zareagować nawet gdyby bardzo, ale to bardzo nie znosiła określenia "mała". Zresztą, jak mogłaby czegoś nie znosić? Ona? Zawsze tak uważna wobec wszystkich? Nie, skąd.
   Chciała odwarknąć, ale się powstrzymała. Mogła przecież uderzyć gdzie indziej. I mocniej.
   - Właśnie wyszłam z księgarni. Mam całą reklamówkę książek.
   - Taaaa....? - nie zdołał ukryć, jak bardzo jest zawiedziony. Przez telefon, poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń, zobaczyła, że wydłużyła mu się mina. Uśmiechnęła się do siebie.
   - Jadę na działkę w ten weekend. I będę czytać, czytać... Od rana do nocy - powiedziała tak, żeby zagubił się jeszcze bardziej, żeby zagubił ich. A potem pomyślała, że to naprawdę dobry pomysł, że wyjazd na działkę, w sąsiedztwie ukochanego lasu, dobrze jej zrobi. Tylko ona, książki i las. Sama prawda, nic dodać nic ująć.
   - Ale jesteś odjechana! - zaśmiał się, zareagował spontanicznie, zwyczajnie, jak to on. Jakby sam był na świecie i decydował o tym, co jest śmieszne, a co nie.
   Milczała. A powinna była również się roześmiać. Usprawiedliwić. Obrócić wszystko w żart. Przede wszystkim zaś nie przyznawać do takiego planu.
   Zrozumiał, że mu się wymyka. Akurat instynkt posiadania działał u niego niezawodnie.
   - Myślałem, że spędzimy ten weekend razem - powiedział twardo, bezdźwięcznie.
   - Nic nie mówiłeś. Muszę kończyć, podjeżdża mój autobus - nic nie podjeżdżało, ale miała już dosyć. Jakby dotarło do niej zmęczenie z ostatnich kilku miesięcy podczas których udawała kogoś, kim nie jest. Podczas których ważyła każdy gest i słowo, zupełnie pozbawiając się swobody bycia, po prostu bycia.
   - Natalia przyjeżdża - chwycił się ostatniej deski ratunku, żeby podtrzymać ich sztuczny światek, którego był wszechwładcą, a ona cieszącą się ze wszystkiego, co robił i mówił, jego wyznawczynią; przynajmniej tak to widział, tym się zadowalał i ani przez chwilę nie poddawał tego w wątpliwość.
   Natalia; znana mu od dzieciństwa - gdy trzeba było kumpelka do piwa, gdy trzeba było - kochanka na jedną noc. Zawsze gotowa wejść w rolę, którą jej przypisał. Wiedział, że jej się nie spodobała, że się nie polubiły. Ale nie mogła wiedzieć, jak jest; za to mogła podejrzewać, a więc powinna o niego walczyć... Nie wiedział, że wiedziała; że takie rzeczy zawsze wiedziała od razu. Ale pomyślała, że teraz, skoro poznał ją... I po co jej to było? Ileż potwierdzeń na to kim jest, musi jeszcze zgromadzić?
  - To wspaniale - usłyszała swój własny głos, a w nim ulgę i spokój. - Na pewno będziecie świetnie się bawili. Muszę kończyć, bo nie wcisnę się do autobusu. Cześć.
   Nie odpowiedział, rozłączył się bez słowa. Poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń zobaczyła jego zaciśnięte szczęki. Ostatnia deska ratunku podryfowała bez niego, bez nich.
   Postanowiła, że wróci do domu na piechotę, choć miała do przejścia kilka przystanków. Miała wrażenie, jakby uciekła z małej, ciasnej klatki. I że wokół niej jest więcej przestrzeni.
   A plan wyjazdu był naprawdę dobry; weźmie ze sobą książkę, którą ostatnio kupiła. Na pewno jeszcze wiele musi się o sobie dowiedzieć.
   I ta cisza lasu, spokój... Tam mogłaby też wreszcie zacząć pisać opowiadanie na które miała pomysł już od dłuższego czasu. Dotąd bała się w ogóle zacząć pisać. Wiedziała, że nie będzie mogła przestać. I że z każdym kolejnym wierszem, opowiadaniem, będzie podnosić kolejne zasłony, że nie będzie miała jak przed sobą uciec. Czuła, że jest w niej jeszcze tak wiele Nieznanego... Dokopywać się do tego, docierać... To dopiero odjazd.
   Przyspieszyła kroku.

poniedziałek, 18 marca 2013

Na łamach "Taraki" ukazało się moje kolejne opowiadanie.
Miłej lektury :-)

niedziela, 03 marca 2013

Tylko to, co uwolnione, wydobyte na światło dzienne, może zostać przetransformowane, choć właściwie już przez sam akt uwolnienia, ulega transformacji.
To, co skrywane, przetrzymywane wewnątrz, w środku, z czasem kamienieje. Gdy w końcu jednak zostanie uwolnione - a prędzej lub później pojawi się wola, pragnienie, aby tak właśnie się stało, gdyż to, co kamienieje nabiera jednocześnie ciężaru - transformacja przebiega gwałtownie i o wiele bardziej drastycznie, niż gdyby doszło do tego wcześniej, przed skamienieniem.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Przemiana jest możliwa tylko wskutek interakcji z czymś / kimś. Nawet najwięksi samotnicy, eremici z wyboru, wchodzili w interakcję - ze swoimi imaginacjami, ideami, demonami. Tylko patrząc czemuś / komuś w twarz można doznać transformacji. Działa to na zasadzie lustra, ale tym różni się od "zwykłego", fizykalnego lustra, że odbijając to, co jest na nie rzutowane, jednocześnie na to reaguje. Oddaje rzutowany "wzór", ale z zawartą już immanentnie informacją. Nie sposób pozostać na to obojętnym. Informacja, która powraca poprzez odbicie, uzmysławia nam, co tak naprawdę sami wysyłamy. Ale trudno nam tak od razu się do tego przyznać; łatwiej - i mniej boleśnie - jest uznać, że to, co do nas przyszło, przyszło z zewnątrz; od drugiego. To właśnie wówczas zdarza się, że zaczynamy kogoś nienawidzić. I przestajemy go nienawidzić, kiedy dociera do nas, co tak naprawdę się stało.

Może stąd właśnie wzięły się odosobnienia; widać ktoś, kto się na nie udawał, słusznie przeczuwał, że nie ma kogo nienawidzić. Decydując się więc na odosobnienie oszczędzał sobie i innym dodatkowych, a co najważniejsze niczym nieuzasadnionych, cierpień. Wiedział, że wojna będzie musiała zostać stoczona. Ale wiedział też, że będzie się ona toczyć wyłącznie w nim samym.

środa, 25 maja 2011

Oczywiście, że nie należy żyć przeszłością i wspomnieniami. To wielkie grzęzawisko z którego trudno się wydostać. Skoro czegoś nie ma w naszym życiu to nie ma - czas przeszły dokonany, nie ma nad czym dywagować. Ale stwierdzenie, konstatacja "kiedyś przecież żyłeś/aś bez tej osoby i było dobrze" prowadzi donikąd. Tak, kiedyś tej osoby nie było, ale potem się pojawiła i to jest fakt, a każdy fakt, zdarzenie, sytuacja w mniejszym lub większym stopniu nas przemienia, a właściwie ujawnia takimi, jakich samych siebie nie znaliśmy zanim ów człowiek w naszym życiu się pojawił. To jest niezaprzeczalne. I dlatego nie sposób wrócić do siebie takich, jakimi byliśmy zanim to się wydarzyło. Musimy iść dalej, to prawda, ale jesteśmy już przemieni, bogatsi o tą ujawnioną, wcześniej nam nieznaną i nierozpoznaną cząstkę nas samych. Kiedy to ujawnienie dzieje się na bieżąco, zachodzi w bezpośredniej obecności owego kogoś (przyjaciela, partnera etc.) praktycznie rzecz biorąc możemy tego nie zauważać; niemal wówczas tym oddychamy. Kiedy jednak osoba ta przestaje istnieć w naszym życiu, cała nasza przemiana, której niezauważalnie ulegaliśmy i podlegaliśmy, staje się nagle widoczna, a raczej uwidaczniają się jej nieodwołalne skutki (może się to objawiać choćby w zwyczajach i nawykach, których nabyliśmy przy tej osobie - to oczywiście przejaw z poziomu stricte li tylko materialnego; nie ma jednak nic na poziomie materialnym, co nie zaistniałoby wcześniej na poziomie energetycznym). Wraz więc ze zniknięciem tego drugiego z naszego życia pozostajemy wobec skutków owej odśrodkowej przemiany sami. Tamten drugi, dopóki był, najpierw tamtą przemianę zapoczątkował, uaktywnił (coś, co miał do zaproponowania weszło w rezonans z czymś, co było już w nas, ale dotąd nie miało okazji / możliwości, aby zaistnieć), a potem bezustannie ją dopełniał i podsycał przyznając jej tym samym rację bytu. Kiedy z nowym (w pewnym sensie) sobą zostajemy sami możemy poczuć się przez moment jak dziecko, które trzyma w rękach piłkę i nagle nie ma jej do kogo rzucić. Może trochę potrwać zanim zrozumie i postanowi co dalej z nią robić. Ale jeśli nawet odłoży ją na bok (czyt. zerwie na planie materialnym ze wszystkim, co łączyło go z jego byłym/ą) to ta przemiana - ujawnienie nieznanej mu dotąd cząstki własnej osobowości - i tak dokonała się w nim w sposób nieodwołalny i tego już się nie pozbędzie, może to tylko transformować dalej. I dlatego właśnie stwierdzenie z którym się ostatnio spotkałam i przytoczyłam powyżej ("kiedyś przecież żyłeś/aś bez tej osoby i było dobrze"; nie jest to dosłowny cytat, ale w pełni oddaje sens owych słów) tak bardzo mnie poruszyło; tak bardzo się z nim nie zgadzam, że aż okazało się ono dla mnie bardziej inspirujące niż jakiekolwiek inne, któremu mogłabym li tylko przytaknąć.

Przekora to piękna cecha, czyż nie?

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna