Anna Goluba

Wpisy z tagiem: samorealizacja

środa, 19 sierpnia 2015

Pamięć, jak wiadomo, jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.
Błogosławieństwem - bo to dzięki niej pamiętamy, kim jesteśmy. Na każdym poziomie, również tym podstawowym. Ludzie, którzy wskutek wypadków lub chorób, pozbawieni zostali pamięci długoterminowej, każdego dnia uczą się rozpoznawać siebie od nowa. Wielki wysiłek, jaki w to wkładają, jest jednocześnie wysiłkiem próżnym, pustym działaniem, bo już następnego dnia nie pamiętają siebie. Stojąc przed lustrem doznają wrażenia, że patrzy na nich stamtąd ktoś obcy. Ktoś, kto powtarza ich ruchy i mimikę. O kim nic nie wiedzą. Potrafisz to sobie wyobrazić? Jeśli tak, to już wiesz, jaka jest w tym groza, choć niewykluczone, że ci, którzy utracili pamięć mają też jakiś swój własny zawór bezpieczeństwa, który nie pozwala im tej grozy poczuć. Nie pamiętają (sic!) wszak, jak to jest pamiętać, nie mają już porównania...
Ale pamięć jest również przekleństwem; staje się nim, kiedy pamiętamy aż nazbyt dobrze; kiedy to, co było kiedyś, wciąż w nas pracuje, tworząc filtry przez które spoglądamy na otaczającą rzeczywistość. A każdy filtr, siłą rzeczy, zniekształca, odsiewa; to jaką dokładnie pracę wykonuje zależy od tego ile w nas jest goryczy, żalu, ale i sentymentu, przywiązania... Ile to razy mówimy: "Ja inaczej nie potrafię...". Oczywiście, że potrafisz. Tylko coś cię trzyma. Pamięciowy wzorzec; i wpisane w niego twoje przeszłe doświadczenie wraz z reakcją na nie.
Czy jest na niego sposób? Jest. Taki sam, jak w pokerze; żeby go jednak zastosować, musisz najpierw przestać być wszechwiedzący, czyli jeszcze przedtem zrozumieć, albo chociaż dopuścić do siebie myśl, że działa w tobie, poprzez ciebie, coś, co nie pozwala ci na autentyczną ocenę bieżącej sytuacji, właściwy ogląd tego, co masz przed sobą. Kiedy już poczujesz w sobie tę cudowną niepewność, cudowną, bo świadczącą o tym, że jest w tobie otwartość i gotowość na przyjęcie tego, co jest naprawdę, a nie tego, co jest przefiltrowanym obrazem, cudowną również dlatego, bo świadczącą o tym, że żyjesz, kiedy już więc to poczujesz, to delikatne drżenie, powiedz temu, co jest przed tobą: "sprawdzam". Skonfrontuj rzeczywistość ze swoim przeczuciem. Dowiesz się wówczas, na ile faktycznie jest to przeczucie, a na ile strach, władca podziemi, zarządzający zaskorupiałymi energetycznie wzorcami.
To dlatego w niektórych taliach Tarota, widać wyraźnie, że ów władca, Diabeł, widniejący na XV Wielkim Arkanie, nikogo, tak naprawdę, na siłę przy sobie nie trzyma: żelazne obręcze na szyjach niegdysiejszych Kochanków są luźne i można by je zdjąć jednym ruchem, klatka w której siedzi niegdysiejszy, gotowy na każdą przygodę, Głupiec, jest szeroko otwarta, ale ów Głupiec, skulony, zawinięty w siebie, zupełnie tego nie dostrzega... Stąd szelmowski uśmiech Diabła; który oznacza również, że kogoś, kogo on sygnuje albo czyją sytuację opisuje, stać na rzeczy o jakich filozofom się nie śniło.
I jak to w Tarocie, tak i w życiu, i vice versa - to od ciebie zależy, jakie znaczenie będzie miał ten uśmieszek. Czy będzie to diabelski chichot towarzyszący absurdalnym i jednocześnie wciąż powtarzającym się schematom w twoim życiu, czy to jednak ty się tak uśmiechniesz wiedząc i widząc coś, czego nie wiedzą i nie widzą inni i zaskakując ich tak, że od tej pory (wreszcie) już nic nie będzie takie samo, jak przedtem. Wszak nie bez kozery po karcie przedstawiającej Diabła, pojawia się Wieża, mówiąca o tym, że to, co fałszywe, zakleszczone, etc. zostało właśnie uwolnione...

O logicznych powiązaniach pomiędzy wspomnianymi wyżej kartami pisałam również w tym tekście.

czwartek, 19 marca 2015

"Był sobie raz rzeźbiarz, który stał pochylony nad wielkim blokiem granitu. Każdego dnia rzeźbił i rył w bezkształtnym kamieniu. Któregoś ranka odwiedził go mały chłopczyk. "Czego szukasz?" - zapytał. "Poczekaj, to zobaczysz" - odparł rzeźbiarz. Chłopiec wrócił po kilku dniach, a w tym czasie rzeźbiarz wykuł już w granicie pięknego konia. Chłopiec wpatrywał się w niego z rozdziawioną buzią. Potem odwrócił się do rzeźbiarza i zapytał: "Skąd wiedziałeś, że on tam jest?""

Jostein Gaarder "Świat Zofii"


Dostrzec niedostrzegalne dla innych... A potem, poprzez akt twórczy, poprzez swoje dzieło, pokazać im to, podzielić się swoim widzeniem, swoim odkryciem.

środa, 07 stycznia 2015

Nieustająco fascynuje mnie twórczy proces; pisałam już o tym kilkakrotnie. Fascynuje mnie to, że tak nieoczekiwanie może wydobyć się z człowieka coś, czego on sam do końca sobie nie uświadamiał, a czasem nawet wcale. To dlatego, ze względu na to wydobywanie, twórczość jest twórczością, efekt końcowy zaś - powieść, wiersz, rzeźba, obraz, talia kart, kolaż, etc. - jest ukoronowaniem tego procesu, metą do której się szło, czasem biegło, czasem przystawało się po drodze wyjąc z bólu, czasem pędziło się tam z radością i dzikim zaśpiewem. Każda chwila w tym procesie jest jak rodzenie się wciąż od nowa. Ten, kto ukończył dane dzieło, jest już kimś innym niż ten, który je rozpoczął.

wtorek, 09 grudnia 2014
poniedziałek, 06 października 2014

Węzeł.
Śmiech i płacz zawiązują się w jedno, bo w jednej chwili staje się jasne, odczuwalne aż do samych trzewi, choć często nie w pełni uświadamiane (i tak jest wszak, z pewnych względów, prawidłowo), że od tej pory już nic nie będzie takie samo, jak przedtem. Że to o czym czasem jeszcze się nawet marzyło, ale marzyło się już niemal ostatnim, heroicznym wysiłkiem woli, wreszcie jest. Wreszcie otworzyły się drzwi. Ta, a nie inna Brama.
Wszystkie dotychczasowe okoliczności, tropy, pomysły, myśli zawiązują się podczas jednego, jakże często niepozornego, zdarzenia, które jednak znaczy i to znaczy o wiele więcej niż pozostałe.
Określenie "węzeł" nie do końca mnie zachwyca, jednak fascynuje mnie to, co (akurat w tym kontekście) kryje się pod nim. Cieszę się też, że ktoś zwrócił na to uwagę - że zrobił zoom na mikrozdarzenia w których przez chwilę odsłania się nasza Droga. Warto je wychwytywać, pamiętać o nich, bo bywają etapy w życiu, że pamięć zdaje się być wszystkim, co mamy; jeśli więc podczas najciemniejszej nocy zacznie nam się wydawać, że już nigdy nic się nie wydarzy, nie zadzieje, nie zmieni, to właśnie przecież tylko z pamięci może wyłonić się informacja, że to nieprawda, że warto jeszcze zaczekać.
O takich właśnie węzłach, czyli o momentach przełomowych, jakiś czas temu w swojej audycji opowiedział Dariusz Bugalski, i od tamtej pory ta opowieść za mną "chodzi" i nie chce puścić :-) Może więc jeszcze komuś się spodoba, i coś ważnego przypomni lub uświadomi...

niedziela, 14 września 2014

Poszukiwanie drugiego człowieka, pragnienie stworzenia z nim związku, jest tak naprawdę poszukiwaniem siebie, czyli poszukiwaniem oddźwięku w świecie zewnętrznym na to, co nam w duszy gra. Znajdź więc najpierw samego siebie, swój własny dźwięk, swoją melodię - umocnij siebie w sobie, zbuduj siebie - w swoich pasjach, w swojej pracy, w tym, co lubisz robić i czego nie lubisz, w tym, co kochasz jeść i w tym, co niekoniecznie, w podróżach i w milczącej kontemplacji; ważne, żeby odnaleźć swoje wypełnienie, żeby zacząć rezonować ze światem, zapuścić korzenie w swojej ziemi. I jeśli tylko zrobisz to z pełnym zaangażowaniem, dla siebie, nie dla kogoś innego, jeśli tym samym nauczysz się być sobą bez skrępowania i w pełni świadomie, wówczas drugi człowiek sam cię odnajdzie, czy też raczej - odnajdziecie się równocześnie.

wtorek, 08 kwietnia 2014

Unaocznienie - to daje Tarot.
Gdyż cała wiedza jest wewnątrz, ale dopiero wydobyta na światło dzienne - unaoczniona - zaczyna żyć własnym życiem tj. działać, być użyteczna. Sam moment unaocznienia jest do tego impulsem; oczywiście to, co powinno iść za nim to praca na rzecz dalszego wdrażania tejże wiedzy w sprawy dnia codziennego. Pozostając bowiem wewnątrz wiedza obumiera, wygasa niczym ogień, którego nikt nie podtrzymuje, a przeciwnie tłamsi go i dusi. Wszystko zaś, co umarło choć mogło i miało się urodzić, lepiej żeby nie zaistniało w ogóle, ponieważ pozostając w takim wewnętrznym nie - przejawieniu staje się źródłem Wielkiego Zgorzknienia.
Stąd mówi się, że Tarot jest jak lustro. I nie, nie jest to przeznaczone dla odważnych, tylko dla tych, którzy chcą (wreszcie) żyć w zgodzie ze sobą, bo wiedzą, że nic innego nie ma sensu.

czwartek, 13 marca 2014

Jeśli wiesz, czego szukasz, nigdy nie odkryjesz czegoś nowego.

sobota, 08 lutego 2014

To uczucie niedosytu pcha nas naprzód, a nie poczucie spełnienia.

czwartek, 12 września 2013

Przebudzenie boli.
Rozdzierasz zasłonę. To, co dotąd jawiło się nie tylko jako prawda, ale przede wszystkim jako jedynie obowiązująca rzeczywistość, okazuje się być czymś zupełnie innym. To musi boleć.
Nie bez kozery Morfeusz w "Matrixie" na pytanie Neo: "Dlaczego mnie bolą oczy?" odpowiada: "Bo nigdy przedtem ich nie używałeś". Boli na każdym poziomie i w każdym sensie.
Potem jest tylko lepiej. Potem jesteś nie do zatrzymania.

sobota, 03 sierpnia 2013

- "W co się bawimy?" - zapytała.
Przypominała refleks światła odbity od lusterka, tak jak to się dzieje podczas zabawy potocznie nazywanej "puszczaniem zajączka". Była w nieustannym ruchu, rozmigotana, jakby chciała być wszędzie naraz. A tak naprawdę chciała być jak najbliżej niego; i żeby na nią patrzył. I żeby podziwiał.
- "Ja się w nic nie bawię" - odpowiedział zwyczajnym tonem, po prostu stwierdził fakt. - "Ja siedzę."
Bo taka też była prawda. Siedział na drewnianej ławce w jednym z olbrzymich centrów handlowych, przed wejściem do supermarketu. Siedział, czekając na kogoś ze swojej rodziny robiącego zakupy; mamę, jak się później okazało.
- "No to będziemy się bawić w to, że siedzimy" - powiedziała ona, nawet nie dopuszczając myśli, że mógłby oddzielić się od niej choć na chwilę. I zostać sam. Bez niej. Nie było takiej możliwości.
Co z tego, że mogła mieć, podobnie, jak on, może siedem, osiem, dziewięć lat. Nieważne, ile ma się lat, ważne, żeby wiedzieć, czego się chce, a jeśli nawet nie umie się tego do końca nazwać, ważne, żeby pozwolić działać i prowadzić się instynktom. A instynkt, dziewczynkom, i przyszłym kobietom, wychowywanym w przeświadczeniu, że najważniejsze jest dla nich zamążpójście, że nie ma nic bardziej tragicznego niż stara panna, nawet jeśli nowomodnie nazwie się ją singielką, raz ukierunkowany na taki tryb, z biegiem lat tylko się wzmacnia. Trzeba mieć faceta; reszta jakoś się ułoży. Prędzej czy później i tak się uda wybranego delikwenta wtłoczyć w kapcie i posadzić przed telewizorem. A potem będzie można już tylko spokojnie narzekać i skarżyć się przed koleżankami z pracy, że on tylko wiecznie gapi się w telewizor albo zasłania gazetą, że o niczym nie można z nim pogadać.
Tylko, żeby mieć z kimś o czym pogadać, trzeba go najpierw znać. A skoro ktoś - w tym przypadku mężczyzna - został tak usidlony, oznacza to, że uległ tresurze. A to z kolei oznacza, że musiał wcześniej wyprzeć się siebie. I teraz faktycznie nie ma z nim o czym gadać. Jeśli tylko jednak cokolwiek w nim z niego samego zostało, któregoś dnia zerwie się sprzed telewizora, rzuci gazetą nie patrząc gdzie, wyjdzie z domu i... szukaj wiatru w polu.
Trzeba będzie przysposabiać następnego.
Albo zastanowić się, nad tym gdzie się popełniło błąd. Jak również nad tym, czy pozwolenie komuś, drugiej osobie, na bycie sobą, stanowi dla mnie zagrożenie? Bo jeżeli tak, to trzeba się przyjrzeć, ale sobie, i tam, wewnątrz, poszukać prawdziwego źródła strachu. Zadać sobie pytanie - co we mnie jest takiego, że tak bardzo boję się zostać sama ze sobą? Co się wtedy może okazać? Kto mi wmówił, że do szczęścia potrzebna jest mi druga osoba? I dlaczego nie uświadomił mi, że aby być dla kogoś partnerem, muszę mieć poczucie własnej wartości, a nie być przepełniona lękiem? Tylko Ty sama możesz dać sobie z tym radę. Ty - sama. Pozostawiona właśnie sam na sam ze sobą. Nie bój się; dlaczego się tego boisz? Przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?
Chłopczyk sprzed sklepu siedział spokojnie do chwili, gdy pojawiła się jego mama. Nie zwracał uwagi na dziewczynkę, której wymuszona na sobie samej dziwna i abstrakcyjna "zabawa w siedzenie" sprawiała najwyraźniej trudność; ciągle machała nogami, które nie sięgały do podłogi, rozglądała się na wszystkie strony. A on nic; gdy przyszła mama, wstał i poszedł z nią, nie oglądając się za siebie.
A dziewczynka?
Dziewczynka za kilkanaście lat, jeśli tylko będzie czuła, że coś się skrywa pod naukami wpajanymi jej od dzieciństwa, że nie do końca sprawdzają się one tak, jak teoretycznie, powinny, sięgnie po poradę psychologa, terapeuty lub - w przypadku, gdy wg rodzinnych wzorców i wynikającej z nich terminologii chodzenie do tego typu specjalistów jest zarezerwowane dla świrów - wybierze się na wizytę do wróżki; to będzie bezpieczniejsze, bo po pierwsze - łatwiej wykonać to anonimowo, dzwoniąc do wróżki na linię telefoniczną, lub nawet idąc do gabinetu, nie jest to bowiem niejako a priori zapoczątkowaniem kolejnych, jak w przypadku wizyty np. u psychologa, konsultacji, co byłoby już trudniejsze do ukrycia przed rodziną; a w dodatku potem - w przypadku, gdy prawda usłyszana od osoby zajmującej się dywinacją, poruszy fundamenty tego, co dotąd uważało się za obowiązujące i prawidłowe, przyniesie ze sobą konieczność swoistego rozrachunku z własnym życiem - można się do czegoś takiego szybko zdystansować, najlepiej przyznając się przed rodziną, która niczym tarcza chroni przed niechcianymi wpływami, że rozmawiało się z wróżką  dla przysłowiowych jaj, a ta durna baba powiedziała to i tamto. Wspólny, rodzinny śmiech oczyści (pozornie) atmosferę i pozwoli znów bezpiecznie (i znów pozornie) ulokować się w systemie zautomatyzowanych, nie przepuszczających indywidualnych cech, wzorców, tak wspaniale (i nieustająco pozornie) działających przecież już od wielu lat.
I jakież to pytanie padnie od młodej kobiety, niegdyś dziewczynki - świetlistego elfa, która na próżno próbowała kiedyś wtrybić pewnego chłopczyka w zabawę na którą nie miał najmniejszej ochoty, bo zwyczajnie wolał pobyć sam na sam ze sobą, nie zamykając się w żadnych ramach, nijak tego nie definiując? Chłopczyk będzie już oczywiście inny, tamtemu udało się przecież bezkolizyjnie ewakuować, inny oczywiście również dlatego, że tamta miniscenka sprzed sklepu była przejawem czegoś jeszcze dziecinnego i niewinnego, międzyludzka gra dopiero się tam kształtowała; a chłopczyk najwyraźniej był wychowywany inaczej niż dziewczynka, w poczuciu wolności i niezależności, jestem o tym przekonana.
Otóż pierwsze pytanie, tuż po oznajmieniu "Poznałam pewnego mężczyznę." będzie brzmiało - "Co on o mnie myśli?". I dalej nastąpi opis, który będzie dokładnym, symbolicznym odzwierciedleniem wspomnianej przeze mnie miniscenki. Okaże się bowiem, że wybranek dziewczynki, dziś kobiety, chce mieć po prostu przestrzeń dla siebie. A ona, pouczona przez matkę, że faceta trzeba trzymać krótko, będzie się cały czas bała, że on się jej w tej przestrzeni tak rozprzestrzeni, że o niej, o kobiecie, alfie i omedze, zapomni; zapomni o tym, że to ona jest najważniejsza, że stanowi centrum jego świata, jest jego płaszczyzną odniesienia etc.
Próby mówienia, tłumaczenia, w oparciu,  oczywiście, o to na co wskazują karty - bo na ich odczycie polega moja praca, a nie na prowadzeniu koncertu życzeń - że np.: "Mężczyzna o którego Pani pyta skupia się teraz na pracy" albo "On [póki co] nie ucieka przed Panią z domu, on zwyczajnie lubi spacerować przez dwie godziny z psem" spełzają na niczym. Bo albo słyszę - w przypadku pierwszej odpowiedzi: "Tak, tak, wiem o tym" - i tu pojawia się wyraźne, nieskrywane zniecierpliwienie, bo ośmieliłam się powiedzieć nie to, co dana kobieta chciała usłyszeć, czyli nie zapewniłam jej, że on od rana do nocy myśli tylko o niej i o tym jaka jest fantastyczna; lub w przypadku drugiej odpowiedzi, zostaje mi zaserwowane, poprzedzone krótkim prychnięciem, nie dopuszczające sprzeciwu, stwierdzenie: "A kto by lubił łazić przez dwie godziny z psem, pies przychodzi z tych spacerów zmęczony, cha, cha, cha!"
Cha, cha, cha...
To Pani, proszę Pani, nie lubi dwugodzinnych spacerów z psem. Są tacy, którzy lubią.
A potem, po chwili, niczym bumerang podczas tej samej konsultacji powróci pytanie: "A co on o mnie myśli?" - wynikające z lęku, że on się wymyka, że nie dostrzega tak, jak powinien, nie wielbi tak, jak powinien, nie wpatruje się w nią tak, jak powinien.
A niby dlaczego miałby to robić?
I kto powiedział, że powinien?
Jaki miałby mieć ku temu powód, żeby wpatrywać się w kogoś, kto bezustannie, w stanie podwyższonej czujności i napięcia, wpatruje się w niego, na tysiąc sposobów interpretując każdy jego gest i słowo; dlaczego miałby być wpatrzony w kogoś, kto nie ma własnego życia i świata, żadnych zainteresowań, a jeśli nawet, na siłę, na chwilę czasem je znajduje to tylko po to, żeby uciec ("bo on mnie nie docenia!") i pędem wrócić z jeszcze większymi pretensjami - o to, że się nie było szukanym, że "on na pewno w tym czasie, gdy ja chodziłam na kurs (hiszpańskiego, garncarstwa, szydełkowania, ozdobnego haftu etc., czegokolwiek, co tylko ma zapełnić pustkę, zamiast być przejawem autentycznej samorealizacji; choć, oczywiście, na wszystkie wymienione kursy można chodzić z racji własnych zainteresowań) związał się z tą sąsiadką z naprzeciwka - kiedy ostatnio jechaliśmy razem w windzie, wciąż się na nią patrzył!"
A co - miał wbić wzrok w podłogę, jak ktoś, kto przeprasza, że żyje?
Po takim zresztą oświadczeniu kobiety, też właściwie nie ma znaczenia, co powiem. Bo ledwo zaczynam, słyszę: "Ja wiem, że on ma romans i Pani nie musi mnie tu pocieszać!"
Nigdy nikogo nie pocieszam; choć nie w tym rzecz, tylko w czymś zupełnie innym. W tym, żeby umieć się zatrzymać. 
Gdyż owszem - bywa, choć niestety rzadziej niż częściej, że prawda jakoś jednak przedziera się do zainteresowanej. I zawsze wtedy bardzo się cieszę, kiedy w kimś następuje chwila autorefleksji.
Bo wystarczy przecież tak niewiele, żeby przejrzeć na oczy; żeby przestać szukać źródła tego, co dzieje się w naszym życiu na zewnątrz, a zamiast tego sięgnąć do środka, do siebie. Powtarzane jest to chyba już w kółko, napisano na ten temat mnóstwo książek. To trudne, wiem. Ale nic innego nie przyniesie oczekiwanych efektów, czyli możliwości realizowania się w życiu - nie poprzez kogoś, nie wieszając się na czyjejś szyi - lecz poprzez wykorzystanie własnego potencjału, który najpierw trzeba przede wszystkim odkryć, rozpoznać, przekonać się, czym tak naprawdę on jest i do czego mógłby być użyteczny. Dzięki temu zrozumiemy równocześnie, co mamy innym do zaoferowania; co chcemy i możemy z siebie dać, gdzie są nasze granice; święte, nieprzekraczalne. I takież granice innych, bo podlegają przecież takim samym procesom, jak my.  
Nikt nie stanie się dla nas taki, jakim sobie życzymy, aby był. Nie mamy prawa czegoś takiego sobie życzyć. Tyle na początek, bardzo ważny początek, który nie zna wieku, który nie jest uwarunkowany niczym zewnętrznym.

niedziela, 14 lipca 2013

Królowa Mieczy jest szalona.
Ale to szaleństwo jest ukierunkowane, ma ściśle określony cel - obronę prawdziwej natury Królowej.
Konieczność taka pojawia się w sytuacji, gdy Królowa dojrzewa w obcym dla niej, nieadekwatnym do jej własnej istoty, otoczeniu. Środowisko to może być tak pasożytnicze, tak bardzo przypominające w swoim postępowaniu bezwzględnego i jednocześnie pozbawionego jakiejkolwiek refleksji wirusa, że natura Królowej, chcąc skutecznie się przed nim obronić, wydaje się dążyć do samounicestwienia, podczas gdy tak naprawdę nie pragnie ona niczego innego, jak tylko żyć w pełni, pragnie siebie wreszcie rozpoznać, uwolnić z siebie to, co uwolnienia wymaga, aby móc rezonować z tym, co rozgrywa się na zewnątrz.
W skażonym środowisku jest to jednak niemożliwe, dlatego Królowa zamyka się w mentalnym, energetycznym kokonie do którego nikt nie ma dostępu. Skrywa się w nim, ale nie oznacza to jej tchórzliwej bierności, jest raczej skrywaniem się wojownika za swoją tarczą. Tarcza zostanie opuszczona, kiedy zniknie wróg. Wróg zniknie wówczas, gdy przestanie choćby wyczuwać słabość, która tutaj jest brakiem pewności siebie Królowej wynikającym z niepełnego (na tym etapie) rozpoznania siebie, będącego wszak procesem rozciągającym się w umownej, ale jednak na pewnym poziomie istniejącej, czasoprzestrzeni.
Energia mentalna, jaką Królowa wkłada w słowa i zespół zachowań, postaw, aby obronić siebie samą, nie wskazując jednocześnie, czego tak zaciekle, niejednokrotnie histerycznie, obłąkańczo chroni, wystarczyłaby do wybudowania domu, a jeśli trwa to dłużej, pewnie nawet całego osiedla pysznych willi, ze starannie wypielęgnowanymi chodnikami od frontu, żwirowanymi alejkami wijącymi się wokół różanych klombów i niewysokimi żywopłotami symbolicznie wyznaczającymi międzysąsiedzkie granice. Od czasu do czasu, gdzieniegdzie, widnieją tam wielkie, rozłożyste drzewa, wiekowe, na których stworzenie musiała zapewne zostać zużyta energia z poprzedniego wcielenia Królowej.
Oczywiście, jak wszystko, tak i ten żmudny, a jednak przypominający wojnę, proces, musi wejść, jak już wspomniałam, w kolejną fazę. To, że ona nastąpiła można rozpoznać po tym, iż natężenie toksyn w otoczeniu Królowej słabnie. Trujące, przesycone jadem, naszpikowane żądłami macki niemal niezauważalnie zaczynają się wycofywać, wiotczeją. Nie, nie dlatego, że tracą moc. Nośniki informatyczne, które w sobie zawierają, rozsyłają po sieci połączeń wiadomość, że Królowej zostało odebrane wszystko, co było do odebrania, że wszystko, co stanowiło w niej ewentualny potencjał zionie już pustką, że Królowa, owszem, wciąż walczy, ale nie jest nikim więcej niż Don Kichotem, zatrzaśniętym w swoim własnym świecie, z którego nie ma szansy się wydostać, żeby tego bowiem dokonać musiałaby wiedzieć, że istnieje coś poza nim, i że przede wszystkim ów świat jest w swej istocie Matrixem utkanym z jej mentalnych przekonań, idei, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością, jako taką. Rozprzestrzeniająca się po sieci wieść głosi, że Królowa jest tym, kim się wydaje, że nic nie skrywa.
Trudno o lepszy pancerz ochronny dla własnego jestestwa.
Królowa zaczyna wreszcie wygrywać.
Nic, oczywiście, nie dzieje się od razu, ale istota Królowej, która rozpoczyna proces uwolnienia, jest już nie do zatrzymania. Pomału uwalnia się z kokonu, aby wzlecieć w otwartą przestrzeń, aby zaczerpnąć, z racji żywiołu do którego przynależy, powietrza.
Narodzony w kokonie motyl, uwolniony ze swojej, teraz już pustej, skorupy (choć jej funkcji, jako kokonu, nie sposób przecenić) zaświadcza swą obecnością, że proces wszedł w kolejny etap na którym Królowa Mieczy staje się Królową Denarów.
Jako Królowa Buław, mając moc samostanowienia, realizując za pomocą swojej woli, Wyższą Wolę, uczyła się pomału rozpoznawać świat emocji. Uwalniały się one bowiem pod wpływem przynależnego jej Ognia, aż w końcu zaintrygowana Królowa zaczęła przyglądać się im z coraz większą uwagą; gdy Ogień słabł, zostawiał za sobą ślad - gorący wosk na powierzchni wody przybierał najrozmaitsze kształty z innego wymiaru, którego oddziaływanie przemieniało Królową. Wówczas, już jako Królowa Pucharów, wkraczała w nowy obszar, który nie ponazywany, wchłonąłby ją bez reszty. Pozbawiłby ją nawet jej własnego imienia. Nazwy stały się więc konieczne, słowo stało się konieczne. Słowo - Miecz; rozstrzygające, stanowiące, zasądzające i rozsądzające. Słowo, które staje się Ciałem, staje się Denarem, Asem wśród Denarów, w który Królowa wpatruje się z taką samą intensywnością, z jaką wpatrywała się w Puchar zyskując w ten sposób wiedzę, spoza i tak nieistniejącego, czasu. Wiedzę, której nikt nigdy nie może jej odebrać, ale która niesie w sobie również niebezpieczeństwo niczym wody Lety.
Na etapie Królowej Mieczy wiedza ta zostaje jednak uporządkowana, o ile tylko Królowa Pucharów zdoła do niej właśnie dotrzeć, a potem jeszcze siebie obronić, utwierdzając się jednocześnie co do swej istoty.
Te cztery są Jedną, i nie dotyczy to oczywiście tylko Królowych.
To wszystko jednak, cały ten niezwykle subtelny, ale i brutalny, bezustannie oscylujący między Życiem i Śmiercią (choć to też, oczywiście jest Całość, a nie wzajemnie wykluczające się sprzeczności), proces (tu akurat odnoszący się do Królowej Mieczy, ale przecież nie na wyłączność) może okazać się sukcesem pod jednym wszakże warunkiem - że Królowa będzie stale pamiętać o tym, kim jest naprawdę; że nawet przez moment, czy to na jawie, czy to we śnie, wychwalana, czy wyszydzana, nie przestanie być czujna wobec tego, kim jest w głębi swej istoty - wobec tego i tylko tego. Nikomu ani niczemu nie może dać się z tego wytrącić. Nie może się zachwiać, a jeśli już, to tylko po to, żeby wzmocniona wrócić do poprzedniej pozycji (wobec bowiem największych wichrów czasem lepiej na chwilę się ugiąć niż zapierać i w efekcie tego, a nie siły wiatru, złamać).
Jeśli zapomni kim jest, jeśli to zgubi, uwierzy czemuś, co nie ma nic z nią wspólnego i przyjmie jako swoje - jej obłęd przestanie być metodą, i nie będzie jej dłużej służyć za narzędzie.
Skutki tego są tak łatwe do przewidzenia, że aż niewarte wspominania.  
Ale nawet tu odsłania się głębszy sens, i przy okazji daje też o sobie znać, tak charakterystyczna dla Tarota, znaczeniowa wielopoziomowość - Miecz, który dzierży Królowa może pomóc jej zachować ostrożność we wszystkich działaniach; ostrożność mającą zbawczą, wyzwoleńczą moc.




czwartek, 16 maja 2013

Zbliżały się jego urodziny, więc postanowiła kupić mu prezent, który będzie ważny. Ważny dla niego i dla niej. Który będzie mówił - to jest ode mnie dla ciebie. To jesteś ty, a to ja, i oto mamy okazję połączyć się na innym niż zwykle poziomie, kiedy nie mówią już słowa, kiedy mówi coś innego sprawiając, że zza kurtyny zwykłej codzienności wyłania się owo coś, co stanowi, co jest pomostem między tobą i mną. Co pozwala tobie poznać mnie i jednocześnie pokazuje, co myślę o tobie. Ofiarowanie w drobiazgu. Jego pierwszy urodziny, odkąd byli razem. Czy może odkąd ze sobą sypiali? - ta niepokojąca myśl przemknęła jej przez głowę niczym meteor; wzięła się znikąd, ale zagarnęła sobą całą uwagę. Faktycznie, nie mieli zbyt wiele tematów do rozmów. "Dopiero się rozkręcamy" - tą myślą przepędziła podły meteor, ale nie mogła przecież przepędzić tego, że w ogóle zaistniał. Bo skoro zaistniał - miał ku temu powód. Więc tym bardziej prezent musi być wyjątkowy. Wymowny. Po cichutku musi wyrażać coś istotnego. Tylko co? To się okaże, kiedy już go znajdzie. Kiedy będzie go już miała w ręku, i dozna tego niezwykłego, mocarnego, a jednocześnie delikatnego jak muśnięcie uczucia, które nawiedzało ją od czasu do czasu przy różnych okazjach, a które można by zamknąć w słowach: "To jest to." Tak, na pewno znajdzie taki prezent.
   Weszła do księgarni. Z każdej księgarni zawsze wychodziła ze skarbem, księgarnia jest niezawodna. Na półkach, jeden obok drugiego stoją skarby, błyszczą diamentowe szkatułki, wystarczy wziąć je do ręki, otworzyć... Nie potrzeba żadnego, absolutnie żadnego wysiłku, żeby to zrobić. A po chwili już jest się gdzie indziej. W nieznanej krainie, pełnej nowych dźwięków, zapachów, krajobrazów, słów... Nie ruszając się z miejsca, można przenieść się w zupełnie inny zakątek świata, i w każdym z nich napotkać ... siebie. Otworzyła jedną z książek na chybił trafił... Powieść znanego autora, ostatnio chyba na liście bestsellerów... Dla mężczyzny z którym się spotykała (tylko sypiała?! - meteor znów świsnął w oddali, na ciemnym niebie) i o którym wiedziała, że w ogóle nie czyta książek, mogłaby to być niezła zachęta, dając mu taki prezent nie musiałaby uchodzić za... Jak on to określał? Aha. Za kogoś odjechanego. Ci, którzy czytają książki są odjechani. Przypomniało się jej to, i uśmiechnęła się do siebie.  "Coś w tym jest" - pomyślała. "Tylko, że ja kocham być odjechana. Po prostu czasem o tym zapominam. A on, jeśli znajdę powieść, która go wciągnie, też zacznie czytać. I też już nie będzie mógł bez tego żyć. Jest w nim głębia, o której sam nie wie."
   Przeczytała kilka zdań na które natrafiła. Zupełnie, jakby czytała o nim. Pijący trzecie piwo z kolei, mężczyzna w powieści, patrzył bezmyślnie przed siebie.
   "- W życiu trzeba umieć się zorganizować - powiedział do nikogo, w pustkę, która rozciągała się przed nim, a zdawała się emanować z jego wnętrza. 
    - Albo jest się wyżej albo niżej. Albo zjadasz albo jesteś zjadany. Reszta to...-  tu wypił kolejny łyk piwa. To znaczy chciał wypić, ale okazało się,że butelka jest pusta.
   - W mordę... " - zaczął bohater powieści, ale nie pozwoliła mu skończyć, zamknęła książkę, jakby to była puszka Pandory. Wiedziała, że on zobaczyłby w nim siebie. Albo raczej uznałby, że ona go tak widzi. Tylko dlaczego tak pomyślała? Przecież ją pociągał. Chyba. Nigdy nie mogłaby związać się z kimś nie ze swojego świata. Zawsze tak o sobie myślała. I na takim myśleniu upływał jej czas, coraz dłuższy czas. A wtedy pojawił się on, tak zwyczajnie, na imieninach kuzynki. I zaczepił ją zwyczajnie, jakby znali się od lat. Był taki naturalny. Bo przecież nie lekceważący, nie, i grubiański, też nie, no skąd. Zwyczajny. Zawsze chciała poznać normalnego faceta, jej znajome marzyły o tym samym. I oto był. Normalny, nazywający rzeczy po imieniu. Czasem wydawało się jej, że zbyt mocno. Ale tłumaczyła sobie, że odwykła od czegoś takiego, co i raz poznając filozofów, psychologów, literatów, wiecznych poszukiwaczy Nienazwanego. A tu wszystko było czarne albo białe. Jeśli coś należało do jego świata - było w porządku. Jeśli nie - było wyśmiewane. Może świadczyło to o braku tolerancji, ale ten jego śmiech... Taki sam, jak on. Mocny, pewny siebie, głośny, dźwięczny... Męski. "Taki śmiech musi skrywać głębię, wspaniałą głębię" - uparcie trzymała się tej myśli.
   Wzięła do ręki następną książkę. Autor był już mniej znany, ale za to ona znała tę powieść niemal na pamięć. Powieść o wędrowcu przemierzającym świat. Wędrowcu takim, jak ten z którym się spotykała. Twardym, zdecydowanym... Może to będzie zaczątek ich wspólnych podróży? Niezapomnianych, wiążących ich ze sobą w taki sposób, że zaczną porozumiewać się niemal bez słów? I nagromadzą wspomnienia, które będą stanowić dla nich cenniejszy kapitał niż kiedyś, w przyszłości, wspólne konto w banku? Otworzyła książkę na pierwszej stronie i przeczytała: "John wpatrywał się w odległe góry. Wzywały go. Nigdy nie myślał o samotnej wyprawie, w dodatku tak dalekiej, ale teraz czuł, że to najlepsze co może zrobić. Musi się stąd wyrwać, po prostu musi. A Mary? Znali się przecież tak krótko... "
    "Niech to szlag trafi!" - pomyślała, zamknęła książkę i odłożyła ją na półkę. Książkę, którą znała niemal na pamięć, a która teraz odsłoniła się przed nią w nowy sposób. Odsłoniła jego; ich. Oni też znali się krótko. Czy była dla niego ważna? Z tą jego zwyczajnością, z tym biało - czarnym oglądem świata mógł przecież odejść w każdej chwili, niekoniecznie w dalekie, niedostępne góry... Choć to byłoby jeszcze ciekawe. Ale jakoś nagle nie wydał jej się do tego zdolny, prędzej wybrałby się z kolegami na kajaki - co, oczywiście, samo w sobie jest świetnym sposobem spędzania czasu, ale nie o to przecież chodzi.
   Przez chwilę stała bezradnie na środku księgarni. "Zupełnie nie wiem, z kim się spotykam od kilku miesięcy. A właściwie chyba wiem. Aż za dobrze. Tylko dlaczego to sobie robię; w imię czego?" Postanowiła jednak nie poddawać się nastrojowi chwili. Znała siebie taką. Niezwyciężoną. Przemieniającą wszystko, co napotkała w coś dobrego dla siebie, udowadniającą sobie i innym, że wszystko jest możliwe; choć mało kto tak naprawdę dostrzegał w niej tę umiejętność... Dotąd wystarczało jej, że ona wie...  Sięgnęła po następną książkę. I jeszcze jedną. Kolejną.
   Po dwóch godzinach spędzonych w małej, kameralnej księgarni miała już pełny obraz mężczyzny z którym spotykała się (tylko sypiała?! - cholerny meteor, przecież nie jest kobietą, która chciała romansu dla romansu, która szukała faceta do łóżka, nie można chyba znaleźć tego, czego się nie szukało, ani zgodzić się na to, nie istnieje ku temu żaden sensowny powód!) od jakiegoś czasu. Wszystko, co przeczuwała znalazło swój wyraz, potwierdziło samo siebie. Czuła wściekłość i radość równocześnie; wściekłość - za to, że oszukiwała samą siebie przez tyle miesięcy. Radość - że wreszcie się to skończyło, że nie będzie musiała dłużej nikogo udawać. Ani niczego, łącznie z orgazmami, bo był takim samym wyśmienitym kochankiem, jak i znawcą literatury - uświadomiła to sobie nie bez złośliwej satysfakcji.
   Wyszła z księgarni bez książki, za to ze świadomością, że oto zakończył się jej quasi - związek. To stało się w jej głowie. A więc po prostu się stało, bardziej stać się nie można, wszystko tam właśnie zaczyna się i kończy.
   I właśnie wtedy zadzwonił, tak jakby miał jakiś radar.
   - Halo - powiedziała jak do kogoś obcego, nie było w niej żadnych uczuć, nie było przecież od samego początku ich znajomości. Był obcym człowiekiem. Poczuła, że go zmroziło.
   - Cześć - lekko się zawahał, przez sekundę, nie wiedział o co może chodzić, nawet się nie domyślał, ale dłużej się nad tym nie zatrzymywał. - Co porabiasz, mała?
   Chciała coś odwarknąć, tak, jak nigdy się jej to jeszcze nie zdarzyło w stosunku do niego; tak jak inni, tak jak reszta świata, uważał ją za cichą i nieśmiałą, na tyle cichą i nieśmiałą, że nie byłaby w stanie zareagować nawet gdyby bardzo, ale to bardzo nie znosiła określenia "mała". Zresztą, jak mogłaby czegoś nie znosić? Ona? Zawsze tak uważna wobec wszystkich? Nie, skąd.
   Chciała odwarknąć, ale się powstrzymała. Mogła przecież uderzyć gdzie indziej. I mocniej.
   - Właśnie wyszłam z księgarni. Mam całą reklamówkę książek.
   - Taaaa....? - nie zdołał ukryć, jak bardzo jest zawiedziony. Przez telefon, poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń, zobaczyła, że wydłużyła mu się mina. Uśmiechnęła się do siebie.
   - Jadę na działkę w ten weekend. I będę czytać, czytać... Od rana do nocy - powiedziała tak, żeby zagubił się jeszcze bardziej, żeby zagubił ich. A potem pomyślała, że to naprawdę dobry pomysł, że wyjazd na działkę, w sąsiedztwie ukochanego lasu, dobrze jej zrobi. Tylko ona, książki i las. Sama prawda, nic dodać nic ująć.
   - Ale jesteś odjechana! - zaśmiał się, zareagował spontanicznie, zwyczajnie, jak to on. Jakby sam był na świecie i decydował o tym, co jest śmieszne, a co nie.
   Milczała. A powinna była również się roześmiać. Usprawiedliwić. Obrócić wszystko w żart. Przede wszystkim zaś nie przyznawać do takiego planu.
   Zrozumiał, że mu się wymyka. Akurat instynkt posiadania działał u niego niezawodnie.
   - Myślałem, że spędzimy ten weekend razem - powiedział twardo, bezdźwięcznie.
   - Nic nie mówiłeś. Muszę kończyć, podjeżdża mój autobus - nic nie podjeżdżało, ale miała już dosyć. Jakby dotarło do niej zmęczenie z ostatnich kilku miesięcy podczas których udawała kogoś, kim nie jest. Podczas których ważyła każdy gest i słowo, zupełnie pozbawiając się swobody bycia, po prostu bycia.
   - Natalia przyjeżdża - chwycił się ostatniej deski ratunku, żeby podtrzymać ich sztuczny światek, którego był wszechwładcą, a ona cieszącą się ze wszystkiego, co robił i mówił, jego wyznawczynią; przynajmniej tak to widział, tym się zadowalał i ani przez chwilę nie poddawał tego w wątpliwość.
   Natalia; znana mu od dzieciństwa - gdy trzeba było kumpelka do piwa, gdy trzeba było - kochanka na jedną noc. Zawsze gotowa wejść w rolę, którą jej przypisał. Wiedział, że jej się nie spodobała, że się nie polubiły. Ale nie mogła wiedzieć, jak jest; za to mogła podejrzewać, a więc powinna o niego walczyć... Nie wiedział, że wiedziała; że takie rzeczy zawsze wiedziała od razu. Ale pomyślała, że teraz, skoro poznał ją... I po co jej to było? Ileż potwierdzeń na to kim jest, musi jeszcze zgromadzić?
  - To wspaniale - usłyszała swój własny głos, a w nim ulgę i spokój. - Na pewno będziecie świetnie się bawili. Muszę kończyć, bo nie wcisnę się do autobusu. Cześć.
   Nie odpowiedział, rozłączył się bez słowa. Poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń zobaczyła jego zaciśnięte szczęki. Ostatnia deska ratunku podryfowała bez niego, bez nich.
   Postanowiła, że wróci do domu na piechotę, choć miała do przejścia kilka przystanków. Miała wrażenie, jakby uciekła z małej, ciasnej klatki. I że wokół niej jest więcej przestrzeni.
   A plan wyjazdu był naprawdę dobry; weźmie ze sobą książkę, którą ostatnio kupiła. Na pewno jeszcze wiele musi się o sobie dowiedzieć.
   I ta cisza lasu, spokój... Tam mogłaby też wreszcie zacząć pisać opowiadanie na które miała pomysł już od dłuższego czasu. Dotąd bała się w ogóle zacząć pisać. Wiedziała, że nie będzie mogła przestać. I że z każdym kolejnym wierszem, opowiadaniem, będzie podnosić kolejne zasłony, że nie będzie miała jak przed sobą uciec. Czuła, że jest w niej jeszcze tak wiele Nieznanego... Dokopywać się do tego, docierać... To dopiero odjazd.
   Przyspieszyła kroku.

czwartek, 21 lutego 2013

Ważne jest, żeby każdy miał klucz do samego siebie. Wtedy bowiem sam decydowałby na ile chce i może otworzyć się przed drugim (niezależnie czy kobieta przed mężczyzną, czy odwrotnie). Znacznie zmniejszyłoby to, a może nawet wyzerowało liczbę wojen, które owszem - są sprawą ekonomii - ale ponieważ wszystko zaczyna się i kończy w głowie, tak jest i z ekonomią. A ludzie, na co dzień, żyjący ze sobą w harmonijnych relacjach, i nie mam tu oczywiście na myśli relacji li tylko damsko - męskich, lecz ogólnoludzkie, ludzie mający otwarte tj. zawsze gotowe na nowe rozwiązania, głowy, a więc siłą rzeczy rozstrzygający o pewnych zagadnieniach, zanim wejdą one w fazę problemu, konfliktu, o wojnie nie wspominając, nie dopuszczają do rozpoczęcia tejże (wojny), traci ona swoje zastosowanie, rację bytu. Klucz do samego siebie jest tu jednak niezbędny, jego istnienie nie imputuje istnienia bariery, czy zamka. Raczej brak klucza powoduje istnienie oporu. Dlaczego? Ów klucz jest bowiem sposobem na zrozumienie siebie, umiejętnością wglądu w samego siebie, zobaczenia siebie bez pozoru, bez przesłon obyczajowych, kulturowych, społecznych; narzucanych z jakiegokolwiek zewnętrznego źródła. Jak słusznie zauważył Aleister Crowley "Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą", a parafrazując można by stwierdzić - każdy mężczyzna i każda kobieta jest tajemnicą, gdyż życie jego i jej polega na odkrywaniu samego siebie, ale nie przed innymi, lecz w pierwszej kolejności przed samym sobą, a to odkrywanie może odbywać się tylko za pomocą klucza - czyli dogłębnego zrozumienia siebie, ujrzenia siebie bez barier i w całości, upewnienia się w tym, kim naprawdę jestem. Częstokroć odbywa się to poprzez sny, poprzez niespodziewane, a jednak gdzieś w głębi nas wyczekiwane, usłyszenie lub przeczytanie jakiegoś zdania, zobaczenie obrazu, pejzażu, który okazuje się właśnie takim kluczem do nas samych. Jeżeli więc istnieją w naszym życiu bariery to takie, które uniemożliwiają nam prawdziwy wgląd. Kiedy zaś odkrywamy siebie, kiedy docieramy do samych siebie, kiedy mówimy "tak" sobie prawdziwym, choćbyśmy nawet dopiero siebie przeczuwali, świat zaczyna się dla nas otwierać, zaczyna sprzyjać nam to, co przedtem wydawało się odwrócone do nas plecami. Poznajemy też wówczas ludzi z którymi porozumiewamy się praktycznie bez słów. Nie ma wtedy powodu do rozpoczęcia wojny.
A człowiek, który poznaje siebie totalnie, który w następstwie tego w pełni otwiera się na świat i ludzi, staje się gwiazdą tak, jak chciał tego jeden z największych, a być może i największy z magów, jakiego nosiła ta ziemia.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Cuda zdarzają się wtedy, gdy pozwalamy rzeczom dziać się. Nigdy wtedy, gdy w napięciu trzymamy rękę na pulsie.


piątek, 17 czerwca 2011

Nawet najgorsze rzeczy w naszym życiu dzieją się po coś; po to mianowicie, aby człowiek zrozumiał kim jest, dokąd dąży i czego tak naprawdę
pragnie. Te najgorsze zdarzenia są niczym klin, który rozszczepia zastałe struktury stworzone z naszych utartych poglądów i przekonań. Prawdziwy tragizm sytuacji polega jednak na tym, że w rzeczywistości nie należą one i nigdy nie należały do danego człowieka, nie są jego; zostały mu bowiem wmówione zanim zdążył cokolwiek w życiu wybrać, zanim zdążył o czymkolwiek zadecydować. Po czym można poznać czy owe idee przynależą do niego, czy też nie? Ano właśnie po sile rażenia wspomnianych zdarzeń, które przychodzą do człowieka wtedy, gdy rodzi się w nim świadomość rozróżniająca. Gdy tylko bowiem raz jeden, jedyny, człowiek zatrzyma się i powie "nie" temu, co nie jest jego, co odczuwa jako zadrę we własnym sercu i we własnej duszy, jako gwałt na swojej psyche - wówczas już nie będzie mógł się cofnąć. 
Czy zawsze tym ponownym niejako narodzinom musi towarzyszyć najpierw ból, a potem walka?
Nie.
Nie, jeśli ktoś dorastał w przyjaznym środowisku, tj. w środowisku, które mówiło "tak" jego najpierwszym wyborom, jego najpierwszym odruchom. W środowisku, które mówiło "tak" zamiast znanego wszem i wobec aż za dobrze: "oszalałeś, nikt w naszej rodzinie nigdy się czymś takim nie zajmował!"
No i co z tego?
Ale teraz się zajmuje.
I też przecież należy do rodziny, a więc ma pełne prawo, aby - zarówno kontynuować usankcjonowane już tradycje - jak i zapoczątkować nowe. W żadnym stopniu nie jest to jego kaprys. Każda bowiem energia, a więc i ta, która służyła podtrzymywaniu, kontynuowaniu i wypełnianiu danej tradycji, kiedyś w końcu się wyczerpuje.
Z upływem czasu okazuje się też, że jedno zawiera w sobie potencjał drugiego.
I tak np. w rodzinie w której tradycją jest prywatna praktyka stomatologiczna w pewnym momencie pojawia się ktoś, kto po godzinach pracy ma zwyczaj malować obrazy. W dodatku zaskakująco (lecz tylko dla otoczenia) różne od tego, jakim człowiekiem wydaje się on na co dzień, bowiem: "Nie jesteśmy tak mało skomplikowani, jakby - dla zaspokojenia swych potrzeb - życzyli sobie tego nasi przyjaciele." (Virginia Woolf "Fale") Ale to już nieco odrębny rozdział. Teraz ważne jest to, że dla następnego członka rodziny malowanie obrazów może okazać się już nie tylko hobby pozwalającym mu na chwilowe "odrywanie się" od rzeczywistości i jej odreagowywanie, lecz wypełni go całego, będzie stanowiło kwintesencję jego życia, podczas gdy sama możliwość kontynuowania (wciąż przykładowej) stomatologicznej praktyki będzie jawiła mu się jako coś zupełnie abstrakcyjnego i w żaden sposób do niego nieprzystającego.
Nie ma nic bardziej naturalnego niż to właśnie przesunięcie. Bo nasze plany i zamysły są tak naprawdę częścią, składową Wielkiego Planu, który realizuje się przez całe pokolenia, ale nie w sposób tak jednostajny i monotonny, jak podpowiada nam to nasz strach i wynikająca z niego skłonność do zachowawczości. Ten Plan jest wiecznie żywy, co więcej - jest tak skonstruowany, aby bezustannie mogła się w nim przejawiać nasza wolna wola; to jej istnienie zapewnia mu realizację.  
Paradoksalne? Wcale nie. Ale o tym pisałam już w innym artykule.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna