Anna Goluba

Wpisy z tagiem: wiara w siebie

niedziela, 14 lipca 2013

Królowa Mieczy jest szalona.
Ale to szaleństwo jest ukierunkowane, ma ściśle określony cel - obronę prawdziwej natury Królowej.
Konieczność taka pojawia się w sytuacji, gdy Królowa dojrzewa w obcym dla niej, nieadekwatnym do jej własnej istoty, otoczeniu. Środowisko to może być tak pasożytnicze, tak bardzo przypominające w swoim postępowaniu bezwzględnego i jednocześnie pozbawionego jakiejkolwiek refleksji wirusa, że natura Królowej, chcąc skutecznie się przed nim obronić, wydaje się dążyć do samounicestwienia, podczas gdy tak naprawdę nie pragnie ona niczego innego, jak tylko żyć w pełni, pragnie siebie wreszcie rozpoznać, uwolnić z siebie to, co uwolnienia wymaga, aby móc rezonować z tym, co rozgrywa się na zewnątrz.
W skażonym środowisku jest to jednak niemożliwe, dlatego Królowa zamyka się w mentalnym, energetycznym kokonie do którego nikt nie ma dostępu. Skrywa się w nim, ale nie oznacza to jej tchórzliwej bierności, jest raczej skrywaniem się wojownika za swoją tarczą. Tarcza zostanie opuszczona, kiedy zniknie wróg. Wróg zniknie wówczas, gdy przestanie choćby wyczuwać słabość, która tutaj jest brakiem pewności siebie Królowej wynikającym z niepełnego (na tym etapie) rozpoznania siebie, będącego wszak procesem rozciągającym się w umownej, ale jednak na pewnym poziomie istniejącej, czasoprzestrzeni.
Energia mentalna, jaką Królowa wkłada w słowa i zespół zachowań, postaw, aby obronić siebie samą, nie wskazując jednocześnie, czego tak zaciekle, niejednokrotnie histerycznie, obłąkańczo chroni, wystarczyłaby do wybudowania domu, a jeśli trwa to dłużej, pewnie nawet całego osiedla pysznych willi, ze starannie wypielęgnowanymi chodnikami od frontu, żwirowanymi alejkami wijącymi się wokół różanych klombów i niewysokimi żywopłotami symbolicznie wyznaczającymi międzysąsiedzkie granice. Od czasu do czasu, gdzieniegdzie, widnieją tam wielkie, rozłożyste drzewa, wiekowe, na których stworzenie musiała zapewne zostać zużyta energia z poprzedniego wcielenia Królowej.
Oczywiście, jak wszystko, tak i ten żmudny, a jednak przypominający wojnę, proces, musi wejść, jak już wspomniałam, w kolejną fazę. To, że ona nastąpiła można rozpoznać po tym, iż natężenie toksyn w otoczeniu Królowej słabnie. Trujące, przesycone jadem, naszpikowane żądłami macki niemal niezauważalnie zaczynają się wycofywać, wiotczeją. Nie, nie dlatego, że tracą moc. Nośniki informatyczne, które w sobie zawierają, rozsyłają po sieci połączeń wiadomość, że Królowej zostało odebrane wszystko, co było do odebrania, że wszystko, co stanowiło w niej ewentualny potencjał zionie już pustką, że Królowa, owszem, wciąż walczy, ale nie jest nikim więcej niż Don Kichotem, zatrzaśniętym w swoim własnym świecie, z którego nie ma szansy się wydostać, żeby tego bowiem dokonać musiałaby wiedzieć, że istnieje coś poza nim, i że przede wszystkim ów świat jest w swej istocie Matrixem utkanym z jej mentalnych przekonań, idei, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością, jako taką. Rozprzestrzeniająca się po sieci wieść głosi, że Królowa jest tym, kim się wydaje, że nic nie skrywa.
Trudno o lepszy pancerz ochronny dla własnego jestestwa.
Królowa zaczyna wreszcie wygrywać.
Nic, oczywiście, nie dzieje się od razu, ale istota Królowej, która rozpoczyna proces uwolnienia, jest już nie do zatrzymania. Pomału uwalnia się z kokonu, aby wzlecieć w otwartą przestrzeń, aby zaczerpnąć, z racji żywiołu do którego przynależy, powietrza.
Narodzony w kokonie motyl, uwolniony ze swojej, teraz już pustej, skorupy (choć jej funkcji, jako kokonu, nie sposób przecenić) zaświadcza swą obecnością, że proces wszedł w kolejny etap na którym Królowa Mieczy staje się Królową Denarów.
Jako Królowa Buław, mając moc samostanowienia, realizując za pomocą swojej woli, Wyższą Wolę, uczyła się pomału rozpoznawać świat emocji. Uwalniały się one bowiem pod wpływem przynależnego jej Ognia, aż w końcu zaintrygowana Królowa zaczęła przyglądać się im z coraz większą uwagą; gdy Ogień słabł, zostawiał za sobą ślad - gorący wosk na powierzchni wody przybierał najrozmaitsze kształty z innego wymiaru, którego oddziaływanie przemieniało Królową. Wówczas, już jako Królowa Pucharów, wkraczała w nowy obszar, który nie ponazywany, wchłonąłby ją bez reszty. Pozbawiłby ją nawet jej własnego imienia. Nazwy stały się więc konieczne, słowo stało się konieczne. Słowo - Miecz; rozstrzygające, stanowiące, zasądzające i rozsądzające. Słowo, które staje się Ciałem, staje się Denarem, Asem wśród Denarów, w który Królowa wpatruje się z taką samą intensywnością, z jaką wpatrywała się w Puchar zyskując w ten sposób wiedzę, spoza i tak nieistniejącego, czasu. Wiedzę, której nikt nigdy nie może jej odebrać, ale która niesie w sobie również niebezpieczeństwo niczym wody Lety.
Na etapie Królowej Mieczy wiedza ta zostaje jednak uporządkowana, o ile tylko Królowa Pucharów zdoła do niej właśnie dotrzeć, a potem jeszcze siebie obronić, utwierdzając się jednocześnie co do swej istoty.
Te cztery są Jedną, i nie dotyczy to oczywiście tylko Królowych.
To wszystko jednak, cały ten niezwykle subtelny, ale i brutalny, bezustannie oscylujący między Życiem i Śmiercią (choć to też, oczywiście jest Całość, a nie wzajemnie wykluczające się sprzeczności), proces (tu akurat odnoszący się do Królowej Mieczy, ale przecież nie na wyłączność) może okazać się sukcesem pod jednym wszakże warunkiem - że Królowa będzie stale pamiętać o tym, kim jest naprawdę; że nawet przez moment, czy to na jawie, czy to we śnie, wychwalana, czy wyszydzana, nie przestanie być czujna wobec tego, kim jest w głębi swej istoty - wobec tego i tylko tego. Nikomu ani niczemu nie może dać się z tego wytrącić. Nie może się zachwiać, a jeśli już, to tylko po to, żeby wzmocniona wrócić do poprzedniej pozycji (wobec bowiem największych wichrów czasem lepiej na chwilę się ugiąć niż zapierać i w efekcie tego, a nie siły wiatru, złamać).
Jeśli zapomni kim jest, jeśli to zgubi, uwierzy czemuś, co nie ma nic z nią wspólnego i przyjmie jako swoje - jej obłęd przestanie być metodą, i nie będzie jej dłużej służyć za narzędzie.
Skutki tego są tak łatwe do przewidzenia, że aż niewarte wspominania.  
Ale nawet tu odsłania się głębszy sens, i przy okazji daje też o sobie znać, tak charakterystyczna dla Tarota, znaczeniowa wielopoziomowość - Miecz, który dzierży Królowa może pomóc jej zachować ostrożność we wszystkich działaniach; ostrożność mającą zbawczą, wyzwoleńczą moc.




niedziela, 01 lipca 2012

  - "Kiedy spotkam miłość?" - to pytanie chyba najczęściej jest zadawane Tarotowi. I bywa, że słysząc je podczas konsultacji czuję strach - strach,
który płynie od osoby zadającej pytanie; jest obecny w jej napiętym głosie, ukrywa się w spojrzeniu uciekającym gdzieś w bok. Całe ciało kuli się do środka, kiedy się boimy. Zapadamy się, chowamy do wewnątrz, bo tam czujemy się bezpieczni. Nie chcemy już nigdy więcej być zranieni; tak, jak miało to miejsce w poprzednich związkach, w poprzednich latach. Nigdy więcej bólu. Tymczasem to, czego się boimy jest już przecież poza nami; minęło. My, jako uczestniczący w tamtej historii, w tamtym doświadczeniu, również przeminęliśmy. Takich już nas nie ma. Przez to co się nam wydarzyło, nauczyliśmy się czegoś nowego. Nie musimy sobie tego w pełni uzmysławiać - jeśli będzie to nam potrzebne, odezwie się i nas obroni. Ten system jest niezawodny; nasz wewnętrzny system obronny. Gdyby nie istniał nie bylibyśmy w stanie iść naprzód. A jednak idziemy i pytamy. Pytamy, ale nie wierzymy w samych siebie. Tak, jakbyśmy czuli się winni temu, co nam się przydarza. Tymczasem, rzeczywistość nas otaczająca działa na zasadzie zwierciadła - odbija to, co jest w naszym wnętrzu, pokazuje na jakim etapie Drogi jesteśmy.
  Chcemy miłości, bo słusznie przeczuwamy, że jest największą mocą, jaka istnieje. Wyostrza zmysły, pozwala dostrzec niedostrzegalne, jest delikatna, a jednocześnie trudno się jej oprzeć. Ale nie można chcieć jej dostać. Ona przychodzi, poniekąd sama, wtedy, gdy może... Lubi swobodny przepływ, a strach go uniemożliwia. Człowiek, który się boi jest zawieszony w przeszłości - bo nie można bać się tego, co dopiero ma nadejść. Nie poznamy tego, co nadejdzie, dopóki tego nie doświadczymy. Nawet, jeśli widać to w kartach. Takie rozkłady są warunkowe.
Za każdym więc razem, kiedy pojawiają się nam, wyświetlane wewnętrznym projektorem obrazy, trzeba powiedzieć sobie (można i na głos:-)) - "To już było. Oglądam film, który tak naprawdę znam na pamięć".
  Komuś, kto jest przelękniony Tarot opowiada o tym strachu. Pokazuje jego korzenie, a te czasem sięgają bardzo głęboko; (toksyczne, zniewalające) związki partnerskie, jakie są naszym udziałem są bowiem jego objawem, a nie przyczyną...Korzenie wiją się w mrocznych czeluściach, bywa, że sięgają kilka pokoleń wstecz... Ile trzeba mocy, żeby to przeżyć, ile siły! Ona jest w człowieku, który siedzi przede mną podczas takich spotkań; który przychodzi na nie zwykle zalękniony, ale zaczyna przemieniać się już w trakcie rozmowy; przemienia się dzięki sobie, bo to w głąb siebie zagląda za pośrednictwem Tarota. I jeśli tylko utrzyma w sobie ten stan, nie będzie musiał miłości szukać, ona sama go znajdzie, bo człowiek rozumiejąc samego siebie nawet nie zauważy, kiedy siebie pokocha, a to będzie oznaczało, że jego serce znów bije równo i mocno; bez lęku. I wtedy spotka tego drugiego, bo podobne przyciąga podobne, miłość rozpozna siebie w sobie; to dlatego kochający się ludzie odczytują swoje myśli i dokańczają po sobie zdania. Są jednym, bo miłość jest jedna, przenika wszystko... Zbyt idealistyczne? Nie. Naturalne; idealistycznie może to brzmieć w czasach, jakie są, ale miłość jest uniwersalna, i o tym trzeba pamiętać; ona istnieje poza czasem...Można to rozumieć na bardzo wiele sposobów. Nawet śmierć nie stanowi dla niej bariery, jeśli już raz miłość zaistnieje, prawda? Każdy z nas przecież o tym wie, każdy kto czyta te słowa, potrafi to zrozumieć. Tym samym staje się więc jasne, że strach jest czymś narzuconym, nienaturalnym, jest przywoływaniem diabła, wielkiego pozoranta, bo jego władza jest pozorna, choć może przejawiać się straszliwie, a przez to wydawać się - sic! - autentyczna...
  "To już było" - trzeba więc sobie powiedzieć, i powtarzać do skutku, w chwilach, gdy czujemy szarpnięcie w tył. Miłość przychodzi tam, gdzie ma otwarte drzwi, ona nie jest nachalna. Tacy są najwięksi wojownicy, którzy świadomi są swej mocy. I tacy musimy być my, jeśli ma nas napełnić. Odważni, ale nie buńczuczni. Otwarci, ale nie narzucający się.
  Nie możemy wytwarzać żadnych iluzji, jeśli chcemy prawdziwej miłości, a strach mający swoje źródło w tym, co już się dokonało, jest właśnie tylko iluzją; która jednak będzie mocno trzymała nas w szachu, jeśli na to pozwolimy.
  Tak naprawdę mamy być tacy, jacy jesteśmy; bez przesłon.




| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna