Anna Goluba

Eseje

sobota, 14 lutego 2015

Dno nie istnieje.
Jest to, jak myślę, cenna informacja dla wszystkich poszukiwaczy ciemnej strony Księżyca - jakkolwiek by to rozumieć. Każdy taką wędrówkę podejmuje na własną rękę, podług własnych możliwości i środków. Często w ramach buntu do umownej rzeczywistości, często również w związku z doznanymi traumami, których postanawia nijak nie transformować, bo skoro świat (najbliżsi, ludzie na których polegał, itp.) coś takiego mu zafundował nie jest wart żadnych starań z jego strony.
Tak rozpoczyna się pikowanie w dół. Z odśrodkowym założeniem, iż w razie czego natrafi się na dno od którego będzie można się odbić.
Ktoś podstępny i cwany, może jakiś terapeuta samozwaniec, musiał ukuć taką teorię, którą wielu przyjęło za swoją.
Gdyby dno istniało, wielu z tych, którzy by go dotknęli nie uskutecznialiby powtórki z rozrywki, po krótkiej przerwie od wirowania po piekielnych kręgach, z pewnością nie wracaliby na nie. A jednak często wracają, dlatego, iż ów antrakt nie miał nic wspólnego z tzw. dotknięciem własnego dna, lecz z wypoczynkiem wymuszonym przez wycieńczony psychofizycznie organizm. Po odpoczynku zaś (po kuracji, detoksie, egzorcyzmach, energetycznych oczyszczaniach itp.) powstaje wolna przestrzeń, która domaga się wypełnienia. Nie zostaje jednak wypełniona niczym zdrowym ani dobroczynnym, jeśli organizm, jeśli człowiek nie został naprawdę uleczony.
Uleczenie zaś polega tylko i wyłącznie na zmianie nastawienia.
Zmiana nastawienia odbywa się zaś w ciągu nanosekundy; miejsce zdarzenia jest absolutnie dowolne - może to być kozetka u psychoanalityka, ale może być i kanapa własna wysiedziana od wielkiego, wynikającego ze strachu i wygodnictwa, pozoranctwa i asekuranctwa.
Nic nie jest w uleczeniu potrzebne oprócz tego jednego kliknięcia, oprócz przestawienia tej jednej zwrotnicy. Dokonać się to może w każdej chwili, w dowolny, dla każdego najbardziej adekwatny, sposób. Jest to już rzecz drugorzędna.
Nie trzeba wydawać niebotycznych pieniędzy na żadne terapie ani detoksy. Ani niebotycznych ani żadnych. Chyba, że to komuś odpowiada i z nim współgra. Ale można chodzić na rozmaite terapie latami, wirować po znanych na pamięć torach, pikować to w górę, to coraz częściej w dół, i nie osiągać żadnych pozytywnych rezultatów. Jeśli nie wydarzy się nic w głowie, jeśli nie zmieni się swojego nastawienia, jeśli nie zobaczy się siebie w całości - a jest to jak dotknięcie (symbolicznej) śmierci, kiedy to w ułamku sekundy dociera do człowieka znaczenie - obraz tego, co się z nim dzieje wraz z tym, co do tego doprowadziło, co jest teraz i dokąd ewidentnie, o ile nie wprowadzi się żadnych zmian, to prowadzi -wówczas do uzdrowienia nie dojdzie. Stąd Tarotowa Śmierć mówi w takim przypadku o dogłębnej transformacji. I dlatego właśnie następuje po niej Umiarkowanie, alchemiczna destylacja, oddzielanie energetycznych złogów od skarbów. I... tak - potem musi pojawić się Diabeł, który mówi: "Sprawdzam.", co oznacza tyle, że poddaje on próbie to, czego dokonało się najpierw podczas odcięcia, potem podczas wymagającej czasu i cierpliwości alchemicznej przemiany. Po Diabelskim teście przychodzi czas na Tarotową Wieżę - na chwilę prawdy, wynik testu - z tych wszystkich, często koniecznie bolesnych doświadczeń, pozostanie bowiem tylko to, co autentyczne. Wyrwiesz Diabłu diament. On go mocna trzyma, ale tylko pozornie. To Ty nadajesz mu moc.
Posłużyłam się tu językiem Tarota, bo jest bardzo bliski mojemu sercu i mentalności, osobowości, ale do odczynienia swojej rzeczywistości Tarotowa konsultacja - ani żadna inna, że tak powtórzę po raz kolejny - nie jest potrzebna. A skoro mówię to ja, a urodziłam się z umiejętnością odczytywania symboli z różnych światów, z umiejętnością czytania kart, której to umiejętności nie można nijak nabyć, to chyba coś w tym jest, prawda? Taki moment w tekście, który teraz czytasz byłby przecież doskonały do napisania - "Tylko Tarot ci pomoże". (Gwoli wyjaśnienia dla pasjonatów Tarota, a wiem z e-maili, które dostaję, że tacy czytają mojego bloga - moja powyższa interpretacja czterech Wielkich Arkanów nie wyczerpuje oczywiście ich znaczenia, jak zapewne wiecie, żadna interpretacja tego nie robi i nigdy nie zrobi, ta, którą się posłużyłam związana jest z kontekstem mojego eseju, z treścią omawianego zagadnienia.)
Ale ja mówię - tylko Ty możesz sobie pomóc. I nie potrzebujesz do tego nikogo ani niczego z zewnątrz. Bo dno, którego każą Ci szukać, celem odbicia się od niego, nie istnieje, więc jeśli teraz podążasz w jego kierunku, przestań, bo to droga donikąd. Droga na której możesz spotkać wielu pseudodoradców dla których staniesz się pożywką, wielu ludzi, którzy będą uważali, że lepiej od Ciebie wiedzą, kim jesteś. I będą Ci to umiejętnie wmawiać, imputować, sugerować; dyskretnie, wprost i między wierszami. Dlaczego tak wielu z nich zyskuje sławę i renomę, zanim okaże się, kim  są naprawdę i niestety już po tym, gdy skrzywdzą wielu ludzi? Bo są przekonani o swojej nieomylności, bo wierzą, że są dla Ciebie niczym latarnia do której zmierzasz próbując wyrwać się ze szponów sztormu. Swoim zachowaniem dają Ci do zrozumienia, że możesz być zaszczycony, iż poświęcają Ci swój czas. Kwestia pieniędzy za ich usługi; udają - czyli podkreślają często i namiętnie - że są one bez znaczenia, że oni, gdyby tylko mogli, pracowaliby za darmo; albo wręcz przeciwnie - ostentacyjnie afiszują się z dużymi stawkami, sugerując, że mają do zaoferowania coś, czego nie ma nikt inny. Pokora i ostrożność, tak wskazane, kiedy ma się do czynienia z psyche innego człowieka są im obce. Jeśli więc zdecydujesz się na terapię, znajdź profesjonalistę - pasjonata ukierunkowanego na ludzi, a nie na budowanie własnego ego. Twoje własne ciało (napięcie, brak napięcia, ból głowy albo poczucie relaksu, ucisk w splocie słonecznym lub przeciwnie - ciepło w jego okolicy, itp.) podpowie Ci, czy rozmawiasz z właściwym człowiekiem już podczas Waszego pierwszego spotkania. Oczywiście, jeśli będziesz uważny i nie będziesz się oszukiwać.
A zatem szukasz, co oznacza min., że sam na daną chwilę do końca siebie nie rozpoznałeś, więc inni nie mają prawa Cię określać, oceniać, szufladkować (pomijając to, że nigdy nie mają do tego prawa; pomijając - bo to oczywiste). Wiesz tyle, żeby wyruszyć. Inni nie przeżyli tego, co Ty i nie wiedzą, czym to było dla Ciebie, co Cię zabolało, a co nie, co przetasowało w Twojej głowie, co zrodziło się w Twoim sercu. Ilość scenariuszy dla ludzkich historii jest ograniczona. Natomiast ilość sposobów na jakie są one przeżywane nie mieści się w żadnych statystykach, bo każdy przeżywa na swój sposób, uwarunkowany przez wiele różnych czynników splatających się ze sobą ponownie w ileś tam możliwości - to się tylko pomnaża.
Czytaj; książki, gazety, co tylko wpadnie Ci w ręce. Słuchaj; muzyki, tego, co mówią otaczający Cię ludzie, w sklepach, na ulicach, spotkaniach, słuchaj śpiewu ptaków, słuchaj ciszy. Zatrzymaj się. Biegnij. Usiądź nad brzegiem morza. Wejdź na górę. Rób wszystko. Nie rób nic. Ale staraj się jak najczęściej, niczego sobie nie narzucając, sprawdzać - odczuwać, co z Tobą rezonuje. Tak odnajdziesz to, czego szukasz, a czego, przed wyruszeniem, często nawet nie potrafisz nazwać.
Nie leć w dół, licząc na to, że po drodze wydarzy się cud, a jeśli nawet nie, to w końcu, prędzej czy później, uderzysz w coś na tyle twardego, że to Cię zmieni, to Cię olśni. Nie można niczego na życiu wymusić. Można tylko spowodować, wywołać przez odpowiednie nastawienie.
A przecież chcesz dla siebie tylko dobrze, prawda?

poniedziałek, 05 listopada 2012

"Jedno zdanie, ale takie, które by naprawdę ważyło, to byłoby dosyć jako wynik jednego życia."  
Czesław Miłosz.

Tylko jak takie zdanie rozpoznać? Nie ma takiej możliwości. Bo jeśli ma być ono podsumowaniem całego życia, to nie można przecież nic podsumować, nie zakończywszy tego. Nawet, jeśli napisze się takie zdanie, to nie może ono w pełni wysnuć się ze świadomości, bo zamiast trafnego podsumowania, niebezpiecznie łatwo mogłoby przeistoczyć się w bufonadę ("wiem wszystko! wiem lepiej!"), której sam zainteresowany nie byłby w stanie przekroczyć (gdyż wpadłszy w bufonadę nie wiedziałby, że w ogóle powinien cokolwiek przekraczać) lub byłoby to dla niego bardzo trudne. Nie można powiedzieć: "Znalazłem!" nie schodząc ze sceny - to jest, musi być, równoczesne i równoznaczne.

Tak, czy inaczej, jest to więc dążenie do Niemożliwego (czemu zresztą sam Miłosz, którego zdanie stało się dla mnie inspiracją i pretekstem do poniższych rozważań, dawał dosłownie i w przenośni wyraz w swojej twórczości). Nie znaczy to jednak, że jest to jakiś straceńczy pęd donikąd. Przeciwnie - poszukiwania prowadzone ze świadomością, iż w najlepszym wypadku uda się ledwie otrzeć o to, czego się szuka, prowadzą do szlifowania tego o czym człowiek wie, że w sobie ma i wydobyciu z niego, tego o czym nie miał dotychczas pojęcia. Nie ma temu końca, lub jak powiedział w jednym z wierszy Miłosz, tylko czas może położyć temu kres.
I z całą pewnością tak jest, lecz dotyczy to wyłącznie świata materialnego; gdyż czas liczy się (w każdym sensie tego słowa) wyłącznie w ziemskim wymiarze, poza nim nie liczy się wcale. Oznacza to więc tyle, że poszukiwania mogą wykroczyć poza czas, poza sferę umownie nim wyznaczoną (choć pozbawiane aspektu czasowego wyglądają pewnie nieco inaczej, bardziej przypominają ciągłe odkrywanie i na co innego są ukierunkowane, ale to już inny temat). Bo przyjąć za pewnik, że kres na planie fizycznym to kres całkowity, to tyle samo, co przyjąć, że jesteśmy zdolni rozumowo pojąć cały świat. Abstrahując od tego, że wówczas żadne poszukiwania nie byłyby potrzebne, to ciągle przecież używamy tylko kilku procent naszego umysłowego potencjału. Nie mamy więc prawa nawet tak przyjmować, a co dopiero brać tego za pewnik.
 
Jest czyste piękno w poszukiwaniu jednego zdania, które znaczy. Piękno, które o sobie nie wie, co tylko dodaje mu uroku. Poszukujący jednego zdania zawsze będą nieśli w sobie pokorę, która szanując każdy przejaw życia, może zaprowadzić ich daleko.
Bardzo niebezpieczni są natomiast ci, którzy uważają, że to jedno zdanie znaleźli. Jedno zdanie przekształcone w religię, ideę, filozofię, doktrynę.
Tworzą sobie w ten sposób sztuczny konstrukt i często, po jakimś czasie, aby tchnąć w niego życie, zaczynają szukać wyznawców - tych, którzy uwierzą, niejednokrotnie silniej niż oni sami, tych, dzięki którym to, co sztucznie powołane do życia, zacznie sprawiać wrażenie, iż żyje w sposób autentyczny. Tych, którzy powołają do życia bożka i uznają go za Boga. Z którym, po jakimś czasie utożsamią się tak bardzo, że będą gotowi dla niego i za niego walczyć, czynnie i słownie. Zapominając o tym, że sami go wynieśli i że żyli zanim stali się jego wyznawcami. I że było to prawdziwe, bo wraz z matrixowaniem czyjegoś życia związki z innymi ludźmi, którzy nie są wyznawcami, nagle zaczynają pękać. To najlepiej wskazuje, co jest prawdziwe, a co nie, co żywe, a co życie pozoruje - co nie przeszkadza, że w sposób autentyczny może ze swoich wyznawców życie wysysać.
 
Dążenie do Niemożliwego, oprócz przeżywanego piękna, może też nieść w sobie poczucie niedosytu. Ale ten niedosyt wzmaga czujność i uważność, wyostrza zmysły na wszystkich poziomach. Niejako siłą rzeczy uwrażliwia na innych, tworząc naturalną ochronę i barierę przed złem.
Zaprzestanie poszukiwań już samo w sobie jest niebezpieczne ("kto nie idzie naprzód, ten się cofa") i nigdy nie dotyczy tylko jednego człowieka, bo nic nigdy takie nie jest. Zaprzestanie poszukiwań i uznanie, że wiedza, jaką się dotąd zdobyło, w pełni wystarcza i uprawnia do stworzenia wszech obowiązującego dogmatu, jest próbą zamknięcia nieskończonego z natury umysłu w klatce. Próbą z góry skazaną na klęskę, ponieważ to, co jest naturalne zawsze prędzej lub później musi wygrać.
 
Stąd nie martwiłabym się, że to jedno, jedyne zdanie nie może być odnalezione (i na tyle na ile wczytałam się w twórczość Miłosza, On również się tym nie martwił, po prostu zdawał sobie z tego sprawę). Bo dopóki poszukuję, wiem, że jestem wolna. Co nie zmienia faktu, że z nieustającym zdumieniem patrzę zarówno na klatki istniejące wokół mnie od dawna jak i na te, które wciąż się tworzą, zapełniają, co zapewne jeszcze przez jakiś czas potrwa.
Natomiast bez żadnego zdziwienia przyjmuję do wiadomości fakt, że coraz częściej zdarza się, z klatek co i raz ktoś się oficjalnie wypisuje.
Bo jak wspomniałam - nic bardziej naturalnego.

sobota, 13 sierpnia 2011

Żeby zmienić swoje życie (oczywiście, jeśli taka zmiana jest postrzegana jako upragniona / potrzebna / konieczna) czasem potrzeba wielu, wielu lat.
Ale tak naprawdę wszystko, cały proces rozpoczyna się i jednocześnie kumuluje w jednej, jedynej myśli - "chcę zmienić swoje życie".
Pozostań z tą myślą przez chwilę, pobądź z nią i w niej. Pozwól, żeby wypełniła ciebie całego, twój umysł, każdą komórkę twojego ciała. Nie dywaguj, nie zadawaj pytań, nie oddawaj się wątpliwościom ani nadziejom. Niech ta myśl cię wypełni, niech się w tobie umocni.
Za jakiś czas, może po kilku minutach, godzinach, tygodniach po raz pierwszy usłyszysz od kogoś lub przeczytasz gdzieś zdanie, które będzie niczym znak pokazujący ci w jakim kierunku masz teraz iść. Z upływem czasu tych znaków będzie coraz więcej. Odczytując niektóre z nich będziesz przeżywać olśnienia i uniesienia, inne wywołają u ciebie wewnętrzne wzdrygnięcia, odruchy niechęci, przy jeszcze innych wzruszysz obojętnie ramionami... Będziesz uczyć się siebie od nowa w sposób całkowicie naturalny.  
Nie wszystkie nowe etapy Drogi będą należały do najłatwiejszych na świecie, inne wręcz będą wydawały ci się stratą czasu. Możesz też mieć wrażenie, że to wszystko jest ułudą, że stoisz w miejscu, że nigdzie nie wyruszyłeś. Ale już w następnej chwili, gdy tylko rozejrzysz się wokół siebie, zorientujesz się nagle, że przecież znajdujesz się w miejscu w którym nigdy przedtem nie byłeś, że krajobraz, który cię otacza jest ci zupełnie nieznany. A i ty sam jesteś teraz kimś innym niż byłeś dotąd. Zmiana bowiem rozpoczęła się w twoim wnętrzu, uwolniona energia przemieniła to, co cię otaczało, po czym wróciła do ciebie, "mówiąc": "popatrz, czego dokonałeś, bądź z siebie dumny". Rozpoznasz więc siebie samego na nowo, urodzisz się na nowo - bo to przecież były narodziny, jak każdym innym towarzyszyły im zarówno ból, jak i radość, czasem trudno było rozróżnić jedno od drugiego.
Nikt ci już tego nie odbierze, choć z pewnością niejeden będzie próbować. Jednak raz uwolniona energia jest już nie do zatrzymania, choć działa na bardzo subtelnych, (pozornie) niezauważalnych poziomach.
Nazwij to magią.
Nazwij to swoją własną naturą.
Obie nazwy są jednakowo adekwatne.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Słowo "ucieczka" powinno zostać wykreślone ze wszystkich słowników na świecie.

Nie istnieje coś takiego jak "ucieczka".
Nie ma możliwości ucieczki.

Dziwisz się, dlaczego po raz kolejny jesteś w związku z kimś, kto cię przytłacza i gnębi? Pytasz, jak to się mogło ponownie stać - bo przecież z całą pewnością nie jesteś masochistką. Tak naprawdę nigdy jednak nie rozstałaś się ze swoim oprawcą. Jesteś niewinna, ale on mieszka w tobie i od czasu do czasu uzewnętrznia się, czy też raczej odzwierciedla w mężczyznach, których napotykasz. Dopóki nie zrozumiesz odkąd, w jaki sposób i dlaczego tak się dzieje, nic się nie zmieni. Będziesz wiązała się z kolejnymi, podobnymi do tego jednego dopóty, dopóki nie zrozumiesz, co życie próbuje ci powiedzieć. Tak, niewykluczone, że przez jakiś czas wręcz będziesz musiała pobyć sama, żeby wszystko na nowo poukładać sobie w głowie. Ale czas, jaki poświęcisz sobie nie może być stracony. Stracisz go wtedy, gdy oddasz go komuś, kto nie będzie go szanował, bo nie będzie szanował ciebie.

Kolejna kobieta sprawia, że tracisz siły życiowe, nie masz na nic ochoty i nic cię nie cieszy? Może też przy okazji napomyka ci od czasu do czasu o tych wszystkich innych okropnych kobietach, które niczym bluszcze oplatają się wokół mężczyzn, nie pozwalając im na swobodny oddech, że o rozwijaniu własnych zainteresowań i pasji nie wspomnę. Przedstawia ci się w sposób tak dobitny, a ty nadal nic? Co takiego w tobie i dlaczego na to pozwala? Tak, możesz spakować się choćby w tej chwili, wyjechać jak najdalej od niej, zatrzeć za sobą wszystkie ślady. Jak myślisz, ile minie czasu, zanim znów ją spotkasz? Kilka tygodni, miesięcy, lat? Na pewnym poziomie czas nie istnieje. Oczywiście, będzie miała inaczej na imię, będzie miała inne wykształcenie, kolor włosów, inne przyzwyczajenia, styl ubierania. Ale niebawem znów zacznie brakować ci tlenu i przestrzeni.

Ucieczka jest niemożliwa, ale pożegnania i rozstania tak; jak najbardziej. Prawdziwe zrozumienie powoduje, że przestajesz "karmić" daną sytuację swoją energią, a więc tym samym przestaje ona powtarzać się w twoim życiu.
Zrozumienie sprawi, że zaczniesz widzieć bez przesłon. W twoich ruchach i sposobie bycia pojawi się pewność i jasność - zbyt oślepiająca dla kogoś, kto do tej pory żył w Cieniu i nie pozwalał ci być tym, kim jesteś naprawdę. 

piątek, 17 czerwca 2011

Nawet najgorsze rzeczy w naszym życiu dzieją się po coś; po to mianowicie, aby człowiek zrozumiał kim jest, dokąd dąży i czego tak naprawdę
pragnie. Te najgorsze zdarzenia są niczym klin, który rozszczepia zastałe struktury stworzone z naszych utartych poglądów i przekonań. Prawdziwy tragizm sytuacji polega jednak na tym, że w rzeczywistości nie należą one i nigdy nie należały do danego człowieka, nie są jego; zostały mu bowiem wmówione zanim zdążył cokolwiek w życiu wybrać, zanim zdążył o czymkolwiek zadecydować. Po czym można poznać czy owe idee przynależą do niego, czy też nie? Ano właśnie po sile rażenia wspomnianych zdarzeń, które przychodzą do człowieka wtedy, gdy rodzi się w nim świadomość rozróżniająca. Gdy tylko bowiem raz jeden, jedyny, człowiek zatrzyma się i powie "nie" temu, co nie jest jego, co odczuwa jako zadrę we własnym sercu i we własnej duszy, jako gwałt na swojej psyche - wówczas już nie będzie mógł się cofnąć. 
Czy zawsze tym ponownym niejako narodzinom musi towarzyszyć najpierw ból, a potem walka?
Nie.
Nie, jeśli ktoś dorastał w przyjaznym środowisku, tj. w środowisku, które mówiło "tak" jego najpierwszym wyborom, jego najpierwszym odruchom. W środowisku, które mówiło "tak" zamiast znanego wszem i wobec aż za dobrze: "oszalałeś, nikt w naszej rodzinie nigdy się czymś takim nie zajmował!"
No i co z tego?
Ale teraz się zajmuje.
I też przecież należy do rodziny, a więc ma pełne prawo, aby - zarówno kontynuować usankcjonowane już tradycje - jak i zapoczątkować nowe. W żadnym stopniu nie jest to jego kaprys. Każda bowiem energia, a więc i ta, która służyła podtrzymywaniu, kontynuowaniu i wypełnianiu danej tradycji, kiedyś w końcu się wyczerpuje.
Z upływem czasu okazuje się też, że jedno zawiera w sobie potencjał drugiego.
I tak np. w rodzinie w której tradycją jest prywatna praktyka stomatologiczna w pewnym momencie pojawia się ktoś, kto po godzinach pracy ma zwyczaj malować obrazy. W dodatku zaskakująco (lecz tylko dla otoczenia) różne od tego, jakim człowiekiem wydaje się on na co dzień, bowiem: "Nie jesteśmy tak mało skomplikowani, jakby - dla zaspokojenia swych potrzeb - życzyli sobie tego nasi przyjaciele." (Virginia Woolf "Fale") Ale to już nieco odrębny rozdział. Teraz ważne jest to, że dla następnego członka rodziny malowanie obrazów może okazać się już nie tylko hobby pozwalającym mu na chwilowe "odrywanie się" od rzeczywistości i jej odreagowywanie, lecz wypełni go całego, będzie stanowiło kwintesencję jego życia, podczas gdy sama możliwość kontynuowania (wciąż przykładowej) stomatologicznej praktyki będzie jawiła mu się jako coś zupełnie abstrakcyjnego i w żaden sposób do niego nieprzystającego.
Nie ma nic bardziej naturalnego niż to właśnie przesunięcie. Bo nasze plany i zamysły są tak naprawdę częścią, składową Wielkiego Planu, który realizuje się przez całe pokolenia, ale nie w sposób tak jednostajny i monotonny, jak podpowiada nam to nasz strach i wynikająca z niego skłonność do zachowawczości. Ten Plan jest wiecznie żywy, co więcej - jest tak skonstruowany, aby bezustannie mogła się w nim przejawiać nasza wolna wola; to jej istnienie zapewnia mu realizację.  
Paradoksalne? Wcale nie. Ale o tym pisałam już w innym artykule.

środa, 25 maja 2011

Oczywiście, że nie należy żyć przeszłością i wspomnieniami. To wielkie grzęzawisko z którego trudno się wydostać. Skoro czegoś nie ma w naszym życiu to nie ma - czas przeszły dokonany, nie ma nad czym dywagować. Ale stwierdzenie, konstatacja "kiedyś przecież żyłeś/aś bez tej osoby i było dobrze" prowadzi donikąd. Tak, kiedyś tej osoby nie było, ale potem się pojawiła i to jest fakt, a każdy fakt, zdarzenie, sytuacja w mniejszym lub większym stopniu nas przemienia, a właściwie ujawnia takimi, jakich samych siebie nie znaliśmy zanim ów człowiek w naszym życiu się pojawił. To jest niezaprzeczalne. I dlatego nie sposób wrócić do siebie takich, jakimi byliśmy zanim to się wydarzyło. Musimy iść dalej, to prawda, ale jesteśmy już przemieni, bogatsi o tą ujawnioną, wcześniej nam nieznaną i nierozpoznaną cząstkę nas samych. Kiedy to ujawnienie dzieje się na bieżąco, zachodzi w bezpośredniej obecności owego kogoś (przyjaciela, partnera etc.) praktycznie rzecz biorąc możemy tego nie zauważać; niemal wówczas tym oddychamy. Kiedy jednak osoba ta przestaje istnieć w naszym życiu, cała nasza przemiana, której niezauważalnie ulegaliśmy i podlegaliśmy, staje się nagle widoczna, a raczej uwidaczniają się jej nieodwołalne skutki (może się to objawiać choćby w zwyczajach i nawykach, których nabyliśmy przy tej osobie - to oczywiście przejaw z poziomu stricte li tylko materialnego; nie ma jednak nic na poziomie materialnym, co nie zaistniałoby wcześniej na poziomie energetycznym). Wraz więc ze zniknięciem tego drugiego z naszego życia pozostajemy wobec skutków owej odśrodkowej przemiany sami. Tamten drugi, dopóki był, najpierw tamtą przemianę zapoczątkował, uaktywnił (coś, co miał do zaproponowania weszło w rezonans z czymś, co było już w nas, ale dotąd nie miało okazji / możliwości, aby zaistnieć), a potem bezustannie ją dopełniał i podsycał przyznając jej tym samym rację bytu. Kiedy z nowym (w pewnym sensie) sobą zostajemy sami możemy poczuć się przez moment jak dziecko, które trzyma w rękach piłkę i nagle nie ma jej do kogo rzucić. Może trochę potrwać zanim zrozumie i postanowi co dalej z nią robić. Ale jeśli nawet odłoży ją na bok (czyt. zerwie na planie materialnym ze wszystkim, co łączyło go z jego byłym/ą) to ta przemiana - ujawnienie nieznanej mu dotąd cząstki własnej osobowości - i tak dokonała się w nim w sposób nieodwołalny i tego już się nie pozbędzie, może to tylko transformować dalej. I dlatego właśnie stwierdzenie z którym się ostatnio spotkałam i przytoczyłam powyżej ("kiedyś przecież żyłeś/aś bez tej osoby i było dobrze"; nie jest to dosłowny cytat, ale w pełni oddaje sens owych słów) tak bardzo mnie poruszyło; tak bardzo się z nim nie zgadzam, że aż okazało się ono dla mnie bardziej inspirujące niż jakiekolwiek inne, któremu mogłabym li tylko przytaknąć.

Przekora to piękna cecha, czyż nie?

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna