Anna Goluba

Haibun

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Pisarz (z prawdziwego zdarzenia), swoim pisarstwem powołując do życia daną postać jednocześnie staje się nią. Pisząc, wchodzi bowiem w jej przestrzeń energetyczną, myśli tak, jak ona, używa słów, takich, jakich używa ona. Śmieje się i płacze razem z nią. Bywa też przez nią zaskakiwany - w jego głowie, przez cały czas tworzenia, utrzymuje się całościowy obraz tego, co poprzez słowa przekłada na opowiadanie, powieść, baśń, jednak niejednokrotnie szczegóły tego obrazu ujawniają się dopiero w trakcie procesu twórczego, w trakcie pisania. Jedyne, co pisarz może wówczas zrobić, to przyzwolić na takie prowadzenie. Wszystko odbywa się na zasadzie sprzężenia zwrotnego między nim, a postaciami z jego własnych dzieł, co jednocześnie dowodzi, że postacie te czekały na niego od dawna, w przestrzeni zwanej Kroniką Akaszy.
Poprzez pisanie, owe spersonifikowane aspekty osobowości pisarza - jego bohaterowie - podlegają transformacjom, co oznacza prawdziwe błogosławieństwo, wzmocnienie, uzdrowienie dla każdej, a więc również dla danego pisarza, psyche.


Kiedy tonął w oceanie
Uratowała go syrena,
Która wypłynęła
Z najciemniejszej głębi...
Bajkopisarz

czwartek, 31 marca 2016

Czasami rzeczywistość robi się naprawdę twarda; zbyt twarda, żeby przeniknąć ją za pomocą tzw. środków artystycznego wyrazu - czy to poprzez pisanie, malowanie, czy fotografowanie... Zaczyna dziać się tak, jakby po długim czasie kumulacji, lęki ludzi z całego świata, obawy, przeczucia, wybuchły z wielką siłą; jakby urzeczywistniał się jeden z najgorszych zbiorowych snów.


Wpatrzone w ulicę
Puste okna...
Czas terroru

niedziela, 13 września 2015

Idą dziesiątkami, setkami, tysiącami... Niektórzy z dziećmi na rękach, dużo dzieci płacze. Dużo dorosłych też płacze. Zwłaszcza wówczas, kiedy w krajach przez które chcą tylko przejść, aby w niesłychanej udręce móc iść dalej, są bici, pałowani. Jedna z dziennikarek, filmująca mordęgę uchodźców, podstawia nogę ojcu z dzieckiem na ręku. Ten człowiek przewraca się, leżąc na ziemi, patrzy na kobietę ze zdumieniem i przerażeniem... Wydaje się, że czas się zawiesił, a zawiesza się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość przekracza samą siebie, gdy staje się czymś innym, czego nie da się przypieczętować właściwą nazwą i być może nie należy tego robić... Czuję to wyraźnie,  jednak po chwili moja bezsilność zamienia się we wściekłość. Doświadczam tego, odkąd zaczęli iść, odkąd fala tej zbiorowej rozpaczy ruszyła przed siebie... Chyba zresztą nikt na świecie nie może być teraz obojętny wobec tego, co się dzieje, wobec przetasowań, jakie dokonują się wszędzie wokół.
Nagle jednak coś się zmienia. Na ułamek sekundy. Na ekranie telewizora, w jednym z obozów dla uchodźców, widzę małego, umorusanego chłopca.
Chłopiec uśmiecha się. Uśmiecha się i puszcza mydlane bańki. Widocznie ktoś z tych, którzy pomagają im przetrwać, ktoś z tych, którzy nie próbują kategoryzować uchodźców na uchodźców ekonomicznych i innych, ktoś, kto widzi ich takimi, jakimi są; wyrugowani ze swojego własnego życia z powodu działań, które ich nie dotyczą, a które jednak nie pozwalają im dłużej żyć, ktoś taki musiał dać chłopcu zabawkę do puszczania baniek; ktoś, kto wiedział, że odrobina radości przy puszczaniu mydlanych baniek, też jest potrzebna. Pozwala choć na chwilę się oderwać, ulecieć, jak ta bańka w powietrze, żeby nie czuć za wiele. Chyba, że chłopiec zabrał ją z domu. Mówię na takie drobiazgi "life saver". To słownikowo, oficjalnie min. koło ratunkowe, ale nieoficjalnie, w znaczeniu przenośnym, a często doświadczanym do samej głębi, to te wszystkie rzeczy, które pozwalają nam utrzymać się na powierzchni wtedy, kiedy wydaje się, że toniemy - ulubiona płyta, albo nawet jedna ulubiona piosenka, książka, zdanie z książki, ulubiona potrawa, amulet, którym może być dosłownie wszystko, co jest komuś bliskie i drogie, kamyk znaleziony na plaży, albo w lesie... Takim ocalaczem dla każdego jest coś innego, według jego własnych, osobistych odczuć; nie ma tu najmniejszego znaczenia, co pomyślą o tym inni.
Lepiej zresztą, żeby nie wiedzieli, co nie pozwala ci zatonąć.
Zatem taki drobiazg naprawdę dużo może, a każdy wie na jakiej zasadzie on działa; life saver przemienia strach, wątpliwość, niepewność w ozdrowieńczą moc, którą oddaje swojemu właścicielowi w podzięce za to, że pozwala mu się działać. Bo działanie to życie, i jeśli nawet czasem niewiele można zdziałać, to owo "niewiele" bywa decydujące.
W tym samym czasie, wtedy kiedy chłopiec uśmiecha się i raz po raz wydmuchuje mydlane bańki, politycy obradują; przerzucają się pomysłami dotyczącymi organizacji życia uchodźców, jedni zamykają granice, inni otwierają, jedni chwalą się wzajemnie, inni oskarżają, jeszcze inni wygrażają...
Ulicami zaś kilku krajów ruszają manifestacje - tych, którzy są za przyjmowaniem uchodźców i tych, którzy są przeciw.
A oni tam są i nie chcą zniknąć; choć być może niektórzy by woleli. Czego trzeba, żeby ich zrozumieć? Właściwie zrozumienie niewiele ma tu do rzeczy. A raczej powinno postępować za wyobraźnią. Bo tylko wyobraźnia może pozwolić odczuć, jak to jest - zostawić wszystko za sobą, mimo, że nie chce się tego robić, mimo, że to rozdziera od środka. Zostawić to, co budowało się każdego dnia, w każdej chwili, tak, jak robi to każdy. I nagle nie mieć dachu nad głową, nie mieć gdzie się umyć, nie mieć, co jeść... Rozpacz, jaką widziałam na ich twarzach przypomina tę, jaka pojawia się po śmierci bliskiej osoby - ta rozpacz dawno przekroczyła granice ludzkiej wytrzymałości, dawno przekroczyła wszystko, co można jakoś nazwać, to otwarta brama w głąb piekła, które jest wewnątrz i równocześnie na zewnątrz i które zdaje się nie mieć końca...
Zatem obrady się toczą, a manifestacje przemieszczają; i tu i tam padają słowa, słowa, słowa...



Słoneczny poranek -
Nad obozem dla uchodźców
Unoszą się mydlane bańki

czwartek, 23 lipca 2015

u nieba bram zapomniałam kodu dostępu


Bramy nieba do których potrzebny jest kod dostępu nie są, oczywiście, portalem duchowym, lecz astralnym, ponieważ przejście na poziomie duchowym dokonuje się poza czasoprzestrzenią. Natomiast astral faktycznie - wymaga dodatkowych akcesoriów, rytuałów, etc. Kodów dostępu. Zapomnienie więc w takim przypadku owego kodu dostępu, po pierwsze, jest informacją, gdzie tak naprawdę znajduje się podmiot liryczny mojego jednowersowego haiku - tudzież adept sztuki tajemnej, magicznej, oraz - co równie ważne - jest przejawem najwyższej ochrony, światłem "stop" nie pozwalającym iść dalej. Oczywiście, niedoświadczony adept może sobie ów kod "przypomnieć", czyli de facto sforsować astralny portal, biorąc go za coś innego niż to, czym on jest i na dodatek, o ironio, będąc z tego dumnym.
Cena za taki czyn jest wysoka. Adept będzie bowiem musiał zapłacić za brak zrozumienia, brak świadomości rozróżniającej, i tym samym za, również nieświadome, złamanie ustalonych odgórnie praw energetycznych. Ponadto przekraczając taki portal, dość szybko zorientuje się, że o ile wejście do niego, przy wykorzystaniu tego, co brał za swój niebywały spryt i paranormalne moce, było możliwe, o tyle wyjście okaże się nieporównywalnie trudniejsze. Astral bowiem sam w sobie zawsze pragnie nasycić się energią i stoi tu ponad tym, co człowiek nazywa moralnością. Tam nie ma dobra i zła.
Portal utkany od samego początku z iluzji (zrodzonej na skutek braku doświadczenia i jednocześnie buty adepta) nie będzie mógł siłą rzeczy być również "wyposażony" w możliwość wyjścia, gdyż nie będzie takowej w umyśle zabłąkanego adepta, nierozumiejącego, że sam jest twórcą zafałszowanej sytuacji w jakiej się znalazł i w związku z tym nie ma prawa oczekiwać, że wyjście z tej opresji w jakiejkolwiek formie zaistnieje na zewnątrz, niezależnie od niego. Wyjdzie on z owej swoistej pułapki dopiero wtedy, gdy to pojmie; jeśli to pojmie. Zapomnienie rzeczonego, czy też raczej - rzekomego - kodu dostępu jest tu więc, jak widać, zakamuflowanym błogosławieństwem.
  
środa, 17 grudnia 2014

Powracająca fala -
Znowu nigdzie
Żadnego oparcia


Czasem dobrze dać się znieść takiej fali i zaniechać wszelkiego oporu. Pozwolić ciału upaść, pozwolić upaść wszystkiemu, co dotąd było waleczne, mężne i niezłomne. Upaść, puścić.
Żuk, który nagle znalazł się na grzbiecie i bezradnie przebiera w powietrzu wszystkimi kończynami, rzuca się na boki, wierząc, że w końcu, w jakimś zbawiennym momencie szczególnego natężenia woli, zdoła silniej przechylić się na którąś stronę i wówczas... Ale tak się nie dzieje, więc narasta w nim wściekłość połączona z bezradnością, spalające, nienazwane uczucie, kiedy co i raz wydaje mu się, że to już, już, teraz... Miota się, nie ruszając się z miejsca, traci siły, nic nie zyskując w zamian. Nie wie, że jedyne, co może zrobić to zaczekać na następną falę. Bo fale są zmienne, i z samej swojej natury każda przynosi coś innego. Ta, która następuje kolejno, zawsze różni się od poprzedniej, bo poprzednia coś już rozpuściła, rozmyła, wygładziła, przygotowała podłoże pod nowe przeżycia, zdarzenia, gdyż jak wiadomo życie nie znosi próżni. Każda fala niesie w sobie zalążek jednej i tej samej niekończącej się przemiany, dlatego właśnie fale są falami, dlatego w bezustannym ruchu następują po sobie. To wszystko dzieje się niejako poza czasem i przestrzenią, jest rozpoznawalne tylko po efektach, uczy cierpliwości i bezwarunkowego spokoju.
Trzeba zaczekać na jedno małe kliknięcie, które ma moc podrywania do pionu, na to aż Wielki Motorniczy wajchą przestawi zwrotnicę - w zależności od tego w co się wierzy i jakie nadaje się temu nazwy. Wiedząc z kolei, że wszystkie nazwy są siebie warte aż do wyczerpania. Dopiero po wyczerpaniu, kiedy już zostało się powalonym, kiedy leży się na grzbiecie, można czasem po raz pierwszy ujrzeć słońce.
Trzeba zaczekać nie czekając. Licząc na wszystko nie liczyć na nic. Na kolejną falę, która przyniesie niewiadome i która nastąpi nie wiadomo kiedy, ale podpłynie na pewno. Bo fale były tutaj pierwsze, zanim sami się sobie przyśniliśmy.

piątek, 14 listopada 2014

Mogłoby ich właściwie w ogóle nie być. Skoro ona widziała jego, a on nie widział jej wcale; patrzył na powierzchnię oceanu i nie zaglądał głębiej. Tylko jedno z nich mogło zachować się uczciwie. Gdyby się nie bało. A ona się bała. Świata bez niego, ale też tego w którym miałaby zostać jego kochanką. Dziękowała więc swoim wymyślonym bogom za to, że ma w nim tak wspaniałego kumpla, bo te wszystkie, które on zostawia po jednej nocy, czasem po kilku, och! one to dopiero muszą być biedne, jak dobrze, że nie jest i nie będzie jedną z nich. Bo on przecież nigdy ich o nic ani nie prosi, ani ich nawet nie podrywa. Niczego nie chce. To właśnie daje do zrozumienia całym sobą, tym jak się porusza, tym, co mówi, a jeszcze bardziej tym, czego nie mówi. Rzuca półsłówkami, wykonuje półgesty. Roztacza aurę. Kontrolowaną. O czym one nie wiedzą i dlatego garną się do niego, bo nic tak nie pociąga i nie kusi jak tajemnica.
Widziała go, widziała też jego spojrzenie przez całe lata wymierzone prosto w nią, pytające, nakazujące, natarczywe, żądne mordu, żądne jej, a właściwie nie jej, tylko tej za którą ją uważał. I śmiała się, ale śmiała się tak, żeby nie mógł ani odejść ani rzucić się na nią. Żeby złapać go za gardło. Skąd jednak znalazł się w niej ten śmiech, czym był i skąd wiedziała, jak z taką chirurgiczną precyzją ten śmiech odmierzyć? Wywijała rzeczywistość od podszewki. Stworzyła z nich przyjaciół, którymi nigdy nie byli i być nie mogli.
Widziała go tak dokładnie, że czasem aż przechodził ją dreszcz, kiedy on z kolei patrzył na nią przez otwory w masce, przeczuwając, że jest widziany. Jednego jednak nie widziała zupełnie. Siebie. I swojej rozpaczliwej... Więc to musiało się skończyć tak, jak się skończyło. A jednak... Coś jednak z tego wyniosła, coś ocaliła. Tak, wielką naukę o sobie. Tak, ból, który wydaje się być nie do zniesienia i z którego potem rodzi się moc. Ale jeszcze coś.
Muzyka. Została z tego muzyka. Przyniósł ją któregoś dnia i usiadł naprzeciwko niej nagi. Jak nigdy. To musiał być pewnie pierwszy i ostatni raz.
Zaczęła mówić coś do niego, udając, że nie widzi jak przeniknięty jest dziwną, głęboką ciszą, na wszelki wypadek uznała to za kolejną pozę, usiłowała zainicjować ich kolejną niekończącą się, wielowątkową rozmowę - opowieść, chciała zaciągnąć go do siebie, w siebie, bez - oczywiście - zbędnego i tak przerażającego ją ryzyka... Ale on bez słowa włożył kasetę do magnetofonu, włączył go i po sekundzie był już gdzieś indziej. Zasłuchany w dźwięki. Z zamkniętymi oczami, lekko poruszał głową w rytm muzyki.
Tak, wtedy jeszcze istniały na świecie kasety magnetofonowe, których dziś już nikt nie pamięta poza nią. Ona ma dotąd wszystkie z okresu, który zrodził się w tamtej chwili. Bo poszła wtedy za nim. Musiała, inaczej nie mogła go dosięgnąć. Miała zostać sama, mając go tak blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki? Świat bez niego był już niemożliwy, choć wówczas jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy. Weszła więc w przestrzeń, która otworzyła się przed nią dzięki niemu. Nie było tam słów zagłuszających wszystko to, czego sobie nie mówili. Nie było nic poza muzyką. A ona ich niosła i niosła. O nic nie pytała i niczego nie wymagała. Dotykała w nich różnych miejsc, mówiąc: "Spójrz tam. A teraz tutaj. Popatrz na to, na to i jeszcze na to." Rozpuszczała węzły z niepamiętnych lat, z niepamiętnych chwil, a jednak, jak się okazywało, wciąż istniejące. I płynęła dalej, a oni, uwolnieni, razem z nią. Jednocześnie każde osobno, świadome tego drugiego, ale inaczej niż dotąd. Tak zwyczajnie, choć jakby na dalszym planie niż ten rzeczywisty; dalszym, równoległym. Jakby dopiero tam mogli być razem naprawdę.
W tamtej też chwili jego ulubiony wykonawca stał się jej ulubionym, a utwór, który wtedy rozległ się jako pierwszy, leitmotivem tamtego czasu spoza czasu.


Kiedy w końcu
Usłyszysz w sobie "So what"
Znajdziesz się gdzieś indziej





niedziela, 13 kwietnia 2014

There are moments in your life when you become your own god. You become the whole with your creation, there is no more any difference between your inner and outdoor world. Everything depends on you, everything belongs to you, everything happens right in this moment; finally you don't have to wait for anything because you are the master of the time and the space.
It won't last forever, you know this perfectly well, you experienced this before and that's why you are so emotional now, you feel some kind of fever... You can't even now think about anything else than your creation. And let it be like this, let it last as long as possible and remember that you can recall this feeling every time you need it. You don't even notice when your world will change for real.


The sun shines
Through the rain...
Time to paint the rainbow

środa, 13 listopada 2013

Kiedy go poznała, światła rampy zaczynały już pomału wokół niego gasnąć, ale jeszcze trzymał się na powierzchni i dorabiał występowaniem w telewizyjnych reklamówkach. W zawód modela wpisana jest krótkotrwałość, choć oczywiście Wiktoria nie miała pojęcia na ile on się z tym liczył. Wydawał się nieprzepuszczalny, zrobiony z materiału z którego ona zawsze chciała być zrobiona - takiego, który nie pozwalał czuć ani mniej ani więcej niż się chciało. "Tu są moje granice" - Darek zdawał się to mówić całym sobą, bez zbędnych słów, a od tych, którzy nie wychwytywali takich niewerbalnych komunikatów odwracał się, dosłownie i w przenośni. Samozwańczy władca nieco zawieszonego nad ziemią królestwa, rządzącego się prawami, które potrafiły zmieniać się z chwili na chwilę. Nie robiący sobie nic z niczego. Mógł wnerwiać, i to bardzo. Czuło się, że jest kontra wobec wszystkich i wszystkiego. Że w każdej chwili może wstać i wyjść. Walnąć pięścią w stół. Ale i rzucić się w ogień, żeby ratować czyjeś zagrożone życie; ściągnąć z siebie ostatnią koszulę dla kogoś, kto nie miał żadnej - choć Wiktoria podejrzewała, że to ostatnie dopowiada sobie na własny użytek. Czuła bowiem, że w jakimś sensie są do siebie podobni, że obydwoje są odwiecznymi buntownikami, nie poddającymi się żadnym szufladkującym schematom. Jednocześnie doskonale wiedziała, że jako facet, kochanek, Darek jest jak chodząca pułapka - kiedy dotkniesz jej serca - smakołyku, który cię tam zwabił - usłyszysz głuchy trzask, a po chwili poczujesz potworny ból. Dlatego umiejętnie, z naturalnym wdziękiem, który bardzo jej w tym pomagał, przez te wszystkie lata ich znajomości, trzymała go na dystans, udając, że nie widzi jego taksujących spojrzeń i nie słyszy aluzji o tym, że skoro są sąsiadami, to mogliby po sąsiedzku... Śmiała się wówczas, jakby opowiadał jej jakiś świetny kawał, śmiała się głośno i szczerze, a więc i zaraźliwie, wiedząc o nim to, czego sam nie wiedział, tak, że po kilku, kilkunastu sekundach śmiał się razem z nią, nie miał innego wyjścia. Jednak to właśnie wówczas wkradło się w ich znajomość niedopowiedzenie, niemal namacalne napięcie; widać Darek musiał wyczuć, że za tym jej śmiechem coś się kryje... Ale znajomość trwała, i w jakimś stopniu zaspokajała próżność Wiktorii, zwłaszcza wtedy, gdy odwiedzające ją znajome napotykały czasem na korytarzu Darka, słyszały "cześć" wypowiadane do niej tym jego tubalnym, mocnym głosem, jakby dobiegającym z głębi studni; każdej normalnej kobiecie na sam ten dźwięk miękły nogi... Widziały też, jak na nią patrzy, nadaremnie próbując to ukryć, chował się cały do środka, wielki, niemal dwumetrowy, świetnie zbudowany facet, o ciemnych włosach i ciemnych oczach; nawet wówczas, gdy się tak wewnętrznie zwijał, wciąż, a może tym bardziej, hipnotyzował każdym ruchem. Ledwo więc za którąś ze znajomych zamykała drzwi, słyszała zawsze to samo, w dodatku wypowiadane na bezdechu: "Kto to jest? Kto to jest? Jezu, to twój sąsiad?! Chciałabym mieć takiego sąsiada!". Dwuznaczne uwagi, głupawe miny. Uśmiechała się lekko w odpowiedzi, konfrontacja z wiecznie wygłodniałymi znajomymi kobietami działała na nią prowokująco, więc odpowiadała wtedy również zawsze to samo: "To Darek; jest modelem" - wiedziała, że to je zelektryzuje. I chyba właśnie w tym też wyczuwała podobieństwo do Darka; obydwoje nie mieli litości dla ludzkiej głupoty. Bo dla niego to był po prostu zawód. Z ich rozmów, pełnych półsłówek, skrótowych zdań, jakimi posługują się ludzie wyczuwający w stosunku do siebie jakieś nienazwane, nieokreślone podobieństwo, pokrewieństwo dusz, dawno zrozumiała, że wolałby być kimś innym, bardziej potrzebnym, użytecznym, robić, coś co ma konkretny wymiar. Raz wspomniał, że kiedyś marzył o medycynie. Tylko raz, ale to jej wystarczyło, bo rzuciło na niego światło dzięki któremu mogła patrzeć na niego z pewnego rodzaju czułością do której nie przyznawała się sama przed sobą. Ale z medycyną nie wyszło, choć Darek nawet oczywiście nie wspomniał, czy na tę medycynę próbował się dostać, a ona nigdy nie naciskała, żeby jej o tym opowiedział. To też była część niepisanych reguł ich znajomości, którą przecież sama Wiktoria pozostawiła na okoliczność spotkań na korytarzu w bloku, w windzie, na podwórku, czasem gdzieś na mieście - co było szczególnie pewnie deprymujące dla otoczenia, bo potrafili we dwoje stać na chodniku i gadać naprawdę długo, jakby świat w ogóle nie istniał, pozwalając innym ludziom mijać się w dowolnie wybrany sposób, zmieniając tym samym nawykową trajektorię ich ruchu; nie czuli wobec tego ani krzty wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie, po cichu rozbijali jedną z mentalnych skorup, których tak pełno było wszędzie wokół. Ta niepisana reguła brzmiała - "mówisz o sobie tyle, ile chcesz, nie musisz czuć się do niczego zobowiązany". Dlatego też dopiero po jakimś czasie Wiktoria zorientowała się, że Darek stracił pracę, że z racji wieku wypadł z obiegu. Cokolwiek myślał o swoim zawodzie, żeby go wykonywać musiał o siebie dbać; kiedy więc zaczął wracać do domu w środku nocy, czego nie dało się nie zauważyć, gdyż drzwi jego mieszkania były widoczne przez wizjer jej mieszkania, co nie znaczy, że stała przy nich czekając na jego powrót, i nie dało się nie usłyszeć, gdyż ze swoich nocnych eskapad wracał z siatami wyładowanymi butelkami, jakby bał się, że może nagle, za kilka godzin, wytrzeźwieć, stało się jasne, że etap życia związany z pracą modela, ma już za sobą. Butelki brzęczały, uderzając o siebie, nocna cisza potęgowała ten odgłos. Przez wizjer widziała, że Darek nie może trafić kluczem do zamka, że go to rozjusza, kopał w drzwi i szarpał za klamkę.
Nic nie mogła zrobić. Wyjść na nocny korytarz oznaczało raz na zawsze przekreślić tę całą magię, która jednak była między nimi. Wyjść oznaczało zamienić się w jedną z tych cierpiętniczych kobiet, które na plecach taszczą do domu swoich niegdysiejszych bohaterów... Jacyś sąsiedzi kilka razy wezwali w nocy policję, ale ta nigdy nie zabrała Darka ze sobą. Policjanci rozmawiali z nim na korytarzu, zwykle po chwili śmieli się nie wiedzieć z czego, gdyż do Wiktorii docierały tylko strzępki słów z których nie dawało się niczego sklecić, często na pożegnanie klepali Darka po ramieniu, po czym bezgłośnie znikali w czeluści korytarza; Darek wszystkich potrafił przerobić na swoją modłę, a przynajmniej przez długi czas na pewno tak myślał, i tego się trzymał.  
Ich spotkania zdarzały się coraz rzadziej, ale widziała podczas nich jak brak zajęcia, niemoc, zalewana i wzmacniana alkoholem zmienia go, widziała jego zmęczenie i znużenie. Patrzył na nią tak jak dawniej, tyle, że już z odległości, jakby był na innej planecie. A któregoś dnia uśmiechnął się nagle do niej, cynicznie, bezlitośnie, po tym uśmiechu poznała, że gdyby kiedyś została jego kochanką, trwałoby to dokładnie tyle, ile on by chciał, przebiegłoby tak, jak on by chciał, potwierdziło się to, co kiedyś przeczuwała; w tym przebłysku jasnowidzenia, w stanie wtórnej trzeźwości, zdał sobie sprawę z tego, czego ona jednak w pełni do siebie nie dopuszczała - że marzyła o tym, aby z nim być, ale jeszcze bardziej się tego bała. Na widok tego uśmiechu, krew w jej żyłach zamieniła się w płynny lód. Teraz zaczęła bać się nawet tych ich przypadkowych, okolicznościowych  spotkań, tym bardziej, że w jej słowniku nie było słowa "przypadek" - jeśli więc do ich spotkania miałoby dojść, wiedziała, że stałoby się to po coś, a nie czuła się na siłach, żeby to znieść, czymkolwiek by nie było; od czasu, gdy zobaczyła ten jego cholerny, wszechwiedzący uśmiech, czuła się przy nim naga. Myślała jednak o nim często, i w końcu ona też coś zrozumiała, do niej też się coś przedarło przez zasłonę, niezwykle prosta rzecz, taka mianowicie, że praca, którą Darek, tak naprawdę w głębi duszy pogardzał, dawała mu ramy, wyznaczała granice w których mógł kreować swój świat, ponieważ jednak miał do tej pracy stosunek taki, a nie inny, w oparciu o nią nie mógł stworzyć nic prawdziwego ani trwałego. Kiedy przebrzmiały oklaski, otoczyła go cisza w której nie miał z kim porozmawiać, zawsze był przecież w kontrze.
W kontrze do samego siebie.
Zanim przepił, i tak już wcześniej zadłużone mieszkanie - gdyż jego samozwańczy, zbuntowany duch, nawet w chwilach największej życiowej hossy, pozwalał mu płacić czynsz rzadko i niechętnie - a następnie wyprowadził się nie tylko z ich bloku, ale w ogóle z miasta, po to, żeby wrócić w swoje dalekie, rodzinne strony, podczas ich ostatniego spotkania, powiedział jej coś, co z nią zostało, bo nie była tak nieprzepuszczalna, jak on. On przecież zresztą też nie był, jak się w końcu okazało, nikt nie jest, a im bardziej cokolwiek przed sobą udaje, tym większym jest dla siebie zagrożeniem. Powiedział, że nienawidzi wracać do pustego domu. Powiedział to znienacka, bez kontekstu, wyrwało mu się to niespodziewanie dla niego samego. To była chwila prawdy, przeszywającej, bolesnej, zamilkli więc oboje i nie wiedzieli co ze sobą zrobić, stojąc tak, jak wiele razy przedtem na szarym, oświetlonym jarzeniówkami, zimnym korytarzu. Milczeli przez całą wieczność, on ocknął się pierwszy, jakby z jakiegoś głębokiego snu i dodał, siląc się na swobodę, że na to też znalazł sposób, bo przecież trzeba sobie jakoś radzić, no nie? Usiłował się uśmiechnąć, ale zamiast tego wyszedł mu tylko jakiś żałosny grymas, zupełnie do niego nie  pasujący, nie jego. A kiedy usłyszała, jaki ma sposób, coś ścisnęło ją za gardło.


Samotny mężczyzna
Wychodząc z domu
Zostawia włączone radio

czwartek, 25 kwietnia 2013

Była taka noc. Nie pierwsza, odkąd Wiktoria się przeprowadziła, ale wyjątkowa; tak, jak wyjątkowy może być dzień. Noce też takie bywają. Wznoszą się w górę niczym fala, która już od jakiegoś czasu zmierzała do swojego najwyższego wypiętrzenia; kiedy w pewnej chwili osiąga go, a potem opada z głuchym szumem, rozlewając się najszerzej jak tylko może, nie dbając o żadne granice, uwalniając się tym samym z nagromadzonego napięcia, okazuje się, czym tak naprawdę była, co ze sobą niosła...
Mieszkanie Wiktorii właściwie było już urządzone, emocje z tym związane pomału zaczęły opadać. Wiktoria bała się ciemności, chyba od zawsze, tylko czasem udawało się jej o tym zapomnieć. Ciemność jest żywa, ma swoich własnych mieszkańców, którzy ujawniają swoją obecność w tej samej chwili, gdy gaśnie światło; choć zwykle mówi się, że to światło ujawnia i wydobywa. Tak samo jest jednak z ciemnością; ona czuje, reaguje i oddycha, rządzi się własnymi prawami. I nie chodzi tylko o to, że jest odwrotnością światła, to by było zbyt proste.
Była taka noc. Noc podczas której Wiktoria stanęła twarzą w twarz z ciemnością; może nie miała już siły dłużej się bać? Zgasiła światło w swoim nowym mieszkaniu... - wciąż jednak smakowała to określenie. Dotychczas miała do dyspozycji, standardowo, tylko pokój, w drugim za ścianą byli rodzice. Dwukrotne próby wynajmowania mieszkania od kogoś, z różnych powodów, skończyły się fiaskiem. A teraz została wreszcie sam na sam ze sobą, ale i z ciemnością, z jej wszystkimi, oddychającymi ciężko i świszcząco, mieszkańcami. Niewidocznymi, ale działającymi; stukającymi, szemrzącymi, szeleszczącymi. Kiedy zgasiła światło, w oknie jej mieszkania ujawniło się odległe miasto, oświetlone setkami kolorowych punkcików, widziała też wiadukt po którym w jedną i w drugą stronę, mimo późnej pory, jeździły samochody, z tej odległości maleńkie, jak zabawki dla dzieci. Niedawno się tu przeprowadziła, to wciąż było przecież to samo miasto w którym się urodziła, a jednak nagle wydało się jej zupełnie obce. Niedawno zmieniła też pracę, mówiąc sobie, że idzie za swoim wewnętrznym głosem, ale nie miała pojęcia dokąd dojdzie, i czy aby na pewno idzie we właściwym kierunku. Może to nie był wewnętrzny głos, może to był głos odwiecznego buntownika bez powodu, a raczej z milionami powodów, którego Wiktoria w sobie miała? Nie była w stanie nazwać tego wszystkiego, co czuła, stojąc na środku pokoju i wpatrując się w światła odległego swojego - nie swojego miasta pełnego ludzi z którymi nic jej nie łączyło. Brak łączności z kimkolwiek i z czymkolwiek, chyba tak mogłaby to określić. Próbowała się pomodlić, modliła się rzadko, tylko wtedy, gdy naprawdę czuła taką potrzebę, starała się modlitwy nie nadużywać i może dlatego za każdym razem działała ona niczym lina, którą ktoś zrzucał Wiktorii z góry; wystarczyło się dobrze uchwycić, żeby momentalnie znaleźć się na powierzchni... Tym razem jednak słowa modlitwy rozpierzchły się ledwo wymówiła kilka z nich - nie była w stanie ich ukierunkować, napełnić mocą, gdyż nie były jej, były wyuczone, nic nie znaczyły. A własnych słów nie mogła odnaleźć. Jakby znajdowała się w pomieszczeniu bez drzwi i okien, obijając się o jego nieprzejednane, obojętne ściany.
Była całkowicie zapatrzona w głąb, więc dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że przecież cały czas gra radio przy którym zasypiała odkąd się przeprowadziła - inaczej nie zmrużyłaby chyba oka. I nagle z tego radia, kiedy tak stała na środku swojego jeszcze nie do końca oswojonego mieszkania, wpatrzona w dalekie, sztuczne, kolorowe światła betonowego, dziwnie obcego miasta, przypłynęły do niej słowa, pochodzące z samej duszy, duszy innej kobiety, która śpiewała we własnym, wymyślonym przez siebie języku. Wiktoria nie rozumiała więc słów, nikt ich nie rozumiał, na czele z samą autorką, która uwolniła swoją duszę i pozwoliła jej latać... Język duszy jest pozasłowny, nie słowa są w nim ważne, lecz sens, który poprzez nie przenika. Ściany rozszczelniły się, a potem zanikły całkowicie i Wiktoria znalazła się w pustce w której wszystko rodzi się i zanika w tej samej chwili, w samotni, która nieokiełznana jest straszliwym, śmiertelnym wrogiem, ale oswojona poprzez zrozumienie, staje się największym, nieustraszonym, nieodłącznym sprzymierzeńcem. O tym była ta pieśń - o mocy wydobytej z lęku. O świetle wytryskującym z ciemności. O tym, co pierwotne.
Wszystko zostało ponazywane.
W jednej chwili coś w Wiktorii pękło, i tak jak stała, wybuchnęła płaczem. Coś się z niej uwalniało; w bólu i to potężnym, silniejszym od niej samej, choć przecież w niej nagromadzonym... Jednocześnie jednak czuła, że jest w stanie przez to przebrnąć i dotrzeć do siebie. Pieśń w niej rozbrzmiewała, jej własna pieśń. Bezsłowne słowa pojawiały się i znikały z wielką szybkością i mocą, następowały po sobie bez najmniejszej przerwy, tak jakby jedno miało źródło w poprzednim i następnym, były połączone. Kiedy po jakimś czasie pieśń umilkła, Wiktoria poczuła ukojenie. Nie znała go dotąd.
Każdej, kolejnej nocy pomału przywykała do ciemności. Oswajała prehistorycznego, wielkiego, szablozębnego tygrysa, poznawała go, odkrywała prawdę skrywaną za złowrogim wizerunkiem, uczyła się patrzeć poprzez fasadę i dostrzegać to, co jest. Nawet nie zauważyła, kiedy przestała się go bać.
A stukoty, szmery, szelesty -  od tamtej nocy ustały, jakby ich nigdy nie było.


Czarne niebo
Pośrodku
Pojedyncza gwiazda

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Biały puch przykrył wszystko wokół. Osiedle, zwykle wypełnione najróżniejszymi dźwiękami - gwarem, śmiechem, nawoływaniami, okrzykami, muzyką, i zapachami, najczęściej w sobotnie i niedzielne popołudnia, domowych obiadów, kiedy to dźwięki zdawały się nieco przycichać, gdyż większość mieszkańców udawała się wówczas do domów, teraz umilkło zupełnie, jakby na coś czekało. Bloki, przypominające betonowe plastry miodu przysypane śniegiem, trwały niewzruszenie. W dzień, w małych komórkach stanowiących okna poszczególnych mieszkań, nie było widać najmniejszego nawet ruchu; dopiero wieczorem, a właściwie już w środku dnia, bo ściemniało się bardzo wcześnie, komórki rozjaśniały się wewnętrznym światłem, świadczącym o tym, że jednak jest w nich życie, niezłomnie trwa nadal. Było to o tyleż zdumiewające, wzruszające, co zwyczajne. Co też mogli robić ci ludzie, ukryci, każdy w swoim świecie, trwający na posterunkach, czekający aż dnia znów zacznie przybywać?


Z wielu kierunków naraz
Z najskrytszych zakamarków
Sączy się zbiorowy sen

piątek, 28 stycznia 2011

Była niezawodna. Spokojna, silna i piękna. Miała regularne rysy twarzy i lekko skośne, jasnoniebieskie oczy. Emanowała czymś, co z jednej strony wydawało się niedosiężne, a z drugiej - upragnione. Kiedy podczas różnych uroczystości rodzinnych gwar rozmów stopniowo narastał, kiedy pieniste fale wznosiły się do zenitu, żeby potem opaść z wielkim hukiem, kiedy najostrzejsze nawet dysputy, nie wiadomo jak i dlaczego, znienacka rozbrzmiewały wybuchami uwalniającego śmiechu - ona pozostawała nieporuszona. Zawsze w tym swoim ciemnym turbanie, dającym wrażenie gładko zaczesanych do tyłu włosów, okalających jej twarz. Zawsze z odsłoniętymi ramionami o regularnych, lekko zaokrąglonych liniach, doskonałych, jak ona sama, lecz doskonałych bez narzucania się; najnaturalniejszych w świecie. Budziła tęsknotę za czymś dalekim, lecz kiedyś na pewno istniejącym... Za czasami, kiedy wszystko działo się po raz pierwszy i było tym, czym jest i niczym więcej. Za czasami, w których każdy detal był zaczątkiem pięknej i spójnej, nie znającej przeszkód historii, nie zatrzymującej się na niczym, lecz jednocześnie w pełni wyzyskującej każdą napotkaną chwilę. Czy takie czasy naprawdę istniały, czy też rozgrywały się tylko w pragnieniach?... Im bardziej bowiem rzeczywistość się od nich różniła, tym większej nabierały intensywności, ale i tym bardziej się oddalały... Ona znała odpowiedzi na takie pytania. Wiecznie zamyślona, nigdy się nie uśmiechała... Emanowała za to spokojem, spokojem ducha, który przewędrował wiele krain i niejedno widział; ducha, który w każdym początku momentalnie dostrzegał to, co było w nim immanentnie zawarte - koniec. Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że snuł się on między nami od dawna, widzę, jak bardzo był nieubłagany, jak bezlitośnie, z bezwzględną konsekwencją zbliżał się krok po kroku i zataczał coraz ciaśniejszy krąg; krąg w którym, z upływem czasu, było nas coraz mniej. Szczególnie widać to było podczas kolejnych uroczystości, z okazji corocznych świąt... Ona jednak była obecna za każdym razem i to dawało mi siłę, dzięki której uczyłam się godzić z Nieuchronnym. Bo w końcu, któregoś dnia, zupełnie niewiarygodnego, ale i niczym nie różniącego się od innych dni, fale przestały się burzyć, wznosić się i opadać, rzeczy przestały przemieniać się jedne w drugie; stół wokół którego zwykle się zbieraliśmy, teraz otoczyła cisza. Mogłoby się wydawać, że nigdy nas nie było, a to, co brałam za wspomnienia jest tylko echem z innego wymiaru, który z jednej strony stawał się coraz bardziej obcy i niedostępny, a z drugiej był Bramą prowadzącą zupełnie gdzieś indziej, gdzie niezwykle łatwo byłoby wejść, ale skąd, czułam to podskórnie, nie byłoby powrotu. W miarę zaś jak to przejście się otwierało, zaczynał być odczuwalny dziwny, przenikliwy chłód, który pomału paraliżował wszystkie ruchy, myśli, pragnienia... Nie mogłam jej tam zostawić.



Na ścianie
Po zdjętym obrazie
Prostokąt światła

środa, 27 października 2010

Przyciągnęła moją uwagę tym, że wprost emanowała niewymuszonym spokojem i wewnętrzną harmonią. Mogła mieć pewnie pięćdziesiąt parę lat, była schludnie, prosto i elegancko ubrana; dopasowane kolory w odcieniach beżu, proste, krótkie ciemnoblond włosy...Niczego od nikogo nie wymagająca, ale jednak silnie obecna. Zupełnie tak, jakby mówiła całą sobą - "Długo szłam do punktu, w którym jestem teraz. Musiałam pokonać piekło i niebo, walczyłam; czasami wydawało mi się, że ta walka nigdy się nie skończy, walczyłam ze wszystkimi i o wszystko, o siebie. Nawet sen mnie z tego nie uwalniał, bo często ukazywało mi się we śnie to, co przeżywałam na jawie, tyle, że pozbawione wszelkich iluzorycznych przesłon... Aż w końcu, któregoś dnia, gdy poczułam się już tym wszystkim bardzo zmęczona, nagle zrozumiałam, że piekło i niebo są we mnie i tylko ja mogę je pokonać, odebrać im moc, aby one dłużej nie rządziły mną. Wtedy też przestałam mieć wrażenie, że życie miota mną to tu - to tam. Odnalazłam spokój, jakiego nigdy wcześniej nie znałam".

Tak naprawdę nie wiem, czy to była jej nieopowiedziana na głos historia, czy też na jej widok to we mnie obudziło się coś, co już od jakiegoś czasu szukało swojego kształtu i na różne sposoby próbowało do mnie przemówić. Ale to przecież nie ma większego znaczenia.


W zatłoczonym, brudnym autobusie
Kobieta z bukietem
Czerwono - złotych liści

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna