Anna Goluba

Wiersze

piątek, 11 sierpnia 2017

Fotografuję
drogi, dróżki, ścieżki, ścieżyny,
wąwozy,
kanały wodne, tory kolejowe,
drzwi, drzwiczki,
bramy - otwarte, zamknięte, półotwarte,
skrzydłowe, szynowe, zrujnowane,
wchłonięte przez dżunglę,
strzegące dziś nikogo
przed nikim,
funkcjonujące tylko w sobie
już znanym celu.
Fotografuję wszelkie prześwity.
Szukam przejścia.




czwartek, 03 sierpnia 2017

                                                   Dla Wisławy Szymborskiej.


Idzie, a idąc
kołysze się na boki.
Jakby sterany wiekiem, pracą,
znużony niezmiennością zdarzeń
w ich ciągłej przemianie.

Pochylona głowa
nie świadczy wcale o tym,
że czegoś szuka.
Jest bowiem w owym pochyleniu
domysł, a właściwie nawet pewność,
że wszystkiego dowiedzieć się nie zdoła,
i właśnie ta świadomość
zgina mu kark.

Jak i bezradne,
poddańcze oczekiwanie
na podniesienie kurtyny
odsłaniającej ostatni akt,
krótszy niż błysk
wszystko rozjaśniającego światła.

Wędruje, bo
wędruje go życie
nie do przeżycia.
Niesie go ciężar
nie do udźwignięcia.

Rozkołysany
między dobrem a złem,
pochylony
(bez)względnością wyboru,
od czasu do czasu
krzykiem oznajmia swoje istnienie,
zupełnie, jak w dniu narodzin.

Wiecznie niepogodzony
w swym pogodzeniu.

Niebożę.
A może właśnie
jak najbardziej Boże.
Stworzenie Boże
takie, jakie jest.

Sterane, bezradne,
do bólu świadome,
że niezależnie od tego,
jak bardzo przechyli się
w prawo lub w lewo,
nigdy siebie nie przekroczy.
Istny pingwin.

poniedziałek, 10 lipca 2017

błogosławione niech będą
chwile zwątpienia
albowiem w nich
jest drżenie
wszystkoprzenikające

błogosławione niech będą
chwile ocalenia
albowiem w nich
jest drżenie
wszystkoprzenikające

sobota, 03 września 2016

coraz
głębiej
i głębiej
we śnie
opowiadam komuś
swój sen
potem jadę dalej
pociągiem
który rozgałęzia się
niczym rozstaje dróg
wybieram jedną z nich
ale mnie tam nie ma
więc biegnę do drugiej
spłoszona
czy siebie tam zastanę
potem budzę się
i jadę dalej

czwartek, 18 sierpnia 2016

During
This sweet silent journey
Through the valleys and mountains
Suddenly supernova
In her head
When he said
That he loves
Her tongue

środa, 27 lipca 2016

pojawił się
znienacka
jak gdyby nigdy nic
mówił niewiele
patrzył z wytężeniem
jakby znał jakąś
niepojętą tajemnicę
(choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu
iż niepojętą jednak
także dla niego)
chwilami igrał
niczym płomień na wietrze
pozwalając mi w nieskończoność
mnożyć interpretacje swoich gestów słów
i przemilczeń
oraz czasoprzestrzennych zawieszeń
właściwie do dziś
nie wiedziałabym
czy naprawdę był
gdyby nie zapłodnił mnie
kolejnym wierszem

wtorek, 12 stycznia 2016

(z racji uwielbienia dla fizyki kwantowej, która pozwoliła wreszcie naukowcom bezkarnie uwierzyć w istnienie światów równoległych, znanych szamanom od zarania dziejów; z racji uwielbienia dla Junga z jego tezą, że wszystko cokolwiek się dzieje, nawet jeśli dzieje się "tylko" w głowie, we śnie, w myślach - dzieje się naprawdę, należy do dziedziny faktów, zdarzeń w takim samym stopniu, co fakty, zdarzenia z tzw. rzeczywistości materialnej, w niczym im nie ustępując, a wręcz przeciwnie (uwielbiam całego Junga, wszystko, co napisał, ale w moim poniższym wierszu akurat ta jego teza znalazła swoje odzwierciedlenie))


pod prysznicem
w nagłym widzeniu
kobieta  w moim wieku
ewentualnie trochę młodsza
lub trochę starsza
idzie przez pustynię
z dzbanem wody na głowie

pustynia nie ma końca
dzban jest ciężki
stary i powyszczerbiany
wypalony przez słońce
kobieta zaś drobna i silna
emanuje nieustraszonością
charakterystyczną dla tych
którzy na co dzień
obcują ze śmiercią

a może to jednak ja
z wymiaru
który daje o sobie znać
tylko w przebłyskach
w snach
który mówi do mnie
poprzez znaki
ulokowane w pozornej codzienności

tak czy inaczej współistniejemy
w równorzędnych światach
i kiedy to sobie uzmysławiam
w jednej chwili
czuję też ciężar
dzbana
od pokoleń
przechodzącego w moim rodzie
z rąk do rąk

i wiem że nie mogę
uronić z niego ani kropli
bo tutaj
(jak widać rozgrywające się
wszędzie równocześnie)
utracona kropla wody
czasem zamienia się
w krew

niedziela, 18 października 2015

mam nagrania
sprzed wszelkiego policzalnego czasu
samoczynnie odtwarzają się
w środku nocy
kiedy śpię

w nieprzenikalności
położonej o wiele poziomów poniżej
niż zwykła ciemność
będąca brakiem światła
(ta czerń nie zna bowiem
swojego przeciwieństwa)
rozlega się wówczas
głos oznajmiający
odwieczne prawdy

dochodzi z zewnątrz
dochodzi ze mnie
równocześnie
stąd wiem że jestem
całym światem
bez początku
i bez końca

środa, 26 sierpnia 2015

Czekałam, wreszcie przyszedł.
Wciągnęłam jego zapach.
Pachniał deszczem.
Był deszczem;
intensywnym, nieustępliwym,
znoszącym czas.
Oczyścił mnie.

wtorek, 09 czerwca 2015

Na parkowych ławkach,
w dworcowych poczekalniach,
w ciemnych ulicznych zaułkach,
w podziemiach,
w śmietnikach,
w opuszczonych domach,
pomiędzy ruinami
spowici cieniami,
cienie własnych cieni -
wypełniający wszelkie możliwe
i niemożliwe
szczeliny świata,
częstokroć
skuleni na powrót
w embrionalną postać,
na kolejny cykl
czekają ci,
którzy wypadli
z Diabelskiego Młyna.

środa, 03 czerwca 2015
                                          
                                            Dla Virginii Woolf.



Tylko tyle
mogłam dla Ciebie zrobić -
z kamieniami w kieszeniach
wrócić znad rzeki.
Nikt na szczęście
nie jest w stanie
powiedzieć, która z tych dróg
- powrotna, czy ta w głąb -
była łatwiejsza.
I nikt nie ma prawa.
Wróciłam, żeby
jeszcze trochę pobyć.
Żeby zawrócić bieg.
Bo wtedy nad rzeką
wraz z kamieniami powoli
wypełniającymi moje kieszenie
narastała we mnie
nieodwołalność.
Wróciłam więc pewnie również
z przekory.
Weszłam do domu i usiadłam
- choć tak naprawdę
to już nie byłam ja -
w zagłębieniu fotela,
również nie będącego fotelem
tylko
ciemną, tajemną czeluścią,
macicą Wielkiej Matki,
w której poza czasem
wcieliłam się na nowo.
Potem wstałam
i powyjmowałam z kieszeni kamienie;
w kolejności wzrastającej,
w milczącym szeregu,
ułożyłam je
na półce nad kominkiem.

Znajomi uważają,
że to bardzo udana kolekcja;
oryginalna,
a zarazem niewymuszona.
I że przybliża do natury.

piątek, 15 maja 2015

Ociosał ją z każdej strony,
tak, żeby była jego
aż do granic niemożliwości
za którą rozciąga się
tylko rozpacz i pustka;
kraina wiecznie niespełnionych pragnień.

Oczy jej wyrzeźbił,
tak, żeby patrzyły
jasno i szczerze,
z niewyrażalnym lecz głębokim oddaniem
tylko na niego.
Na innych -
spod półprzymkniętych powiek
i wyłącznie wzgardliwie.

I piersi.
Tak, żeby to właśnie jego dłonie
zamykały się na nich,
szczelnie, z dokładnością co do milimetra.

I pośladki.
Okrągłe i wypukłe,
zapraszające - tak, aby mógł
w każdej dowolnej chwili
zagarniać je do siebie,
ruchem nie znającym sprzeciwu.

Tak - była w nich zachęta
i równocześnie opór
mające swe źródło
w nieskazitelnym kształcie;
zbyt trudnym do uwierzenia,
a jednak istniejącym.

Jeszcze włosy -
falujące niczym morze,
które uspokaja się tuż po burzy,
leniwie rozlewając się raz po raz na brzegu.
Równomiernie opadały
do połowy pleców.
Każda, najdrobniejsza fala -
niesforne kosmyki nie wchodziły tu w grę -
wywołana została jego ręką.
Więc może był po trosze
również Posejdonem.

I jeszcze usta.
Pełne.
W kształcie serca.
Na dolnej wardze,
pośrodku,
delikatnie odcisnął swój wskazujący palec,
imitując w ten sposób Anielski dotyk,
surowo nakazujący dochowanie sekretu.

Powierzył jej go kiedyś,
sam od razu zapominając,
czego dotyczył.
Nie sekret wszak był ważny.
Nie jego wieloznaczna,
zapewne poddająca się
wszelkim interpretacjom treść,
lecz to, że związał ich ze sobą na zawsze.

Oto ona.
Gotowa na wszystko.
Milcząca.
Dyskretnie uśmiechnięta.
Z przenikliwym, wszechwiedzącym spojrzeniem
nieruchomych oczu.

Jego rzeźba.
Jego kobieta.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

piątek, 23 stycznia 2015

W tamtej chwili
nic nie zapowiadało
oddzielenia
światła od ciemności.
A jednak tak się stało,
dokładnie tak samo,
jak na początku
oraz jak w ciągu każdej doby,
tyle, że godzina tym razem
była popołudniowa,
chyba około siedemnastej,
tutejszego czasu.   
Życie po raz kolejny
przezwyciężyło śmierć,
a ja
(widać liczba zatoczonych kręgów
okazała się wystarczająca)
otrzymałam wówczas imię -
dziedzictwo
z krainy odwiecznego Buddy.
Imię, które
wyznacza kierunek.
Wraz z nim
została nazwana cała reszta,
dotychczas niedookreślona
bądź trudna do uwierzenia.
Ze wszystkich elementów
wreszcie wyłonił się obraz.

niedziela, 23 listopada 2014

Myślałam, że
kiedy w końcu zrozumiem,
zatrzęsie się ziemia...
Ale nic takiego się nie stało.
Nadal
przetaczają się po niej wojny,
odbywają się pokojowe marsze,
nadal tak samo
wsiąkają w nią
krew, pot i łzy.
Nadal śmiech nad przepaścią
najczęściej
jednak się zawiesza.

niedziela, 21 września 2014

A ja nie mam
miejsca na swoje książki.
Po latach,
dekadach,
wiekach,
kolejnych wcieleniach,
uzbierało się ich tyle,
że wydostają się
drzwiami i oknami
z moich coraz większych
mieszkań i domów.

Lecz nagle już wiem -
i ta myśl
przenika mnie,
jakby czekała na tę właśnie
jedną nanochwilę,
zaistniałą między jednym
czytanym przeze mnie zdaniem
a drugim,  
bo żyję tylko wówczas,
gdy czytam -
wiem już więc,
co zrobię...

Zbuduję z moich książek dom.

Cztery ściany i dach
z systemem umożliwiającym
naprzemienne
wyjmowanie i wkładanie książek,
tak, aby zawsze któraś
pozostawała
w moich rękach,
podczas gdy inne będą mnie otaczać.
Poza tym żadnych drzwi ani okien
przez które mogłyby wpadać
rozpraszające dźwięki i światła.
Żadnych mebli
zmuszających mnie
do poszukiwania
wciąż nowych ustawień
i punktów odniesienia.

Usiądę pośrodku.

Będę smakować,
jakby pierwszy raz,
książki już mi znane,
książki - rzeki
do których można wchodzić
wiele, wiele razy
oraz delektować się tymi
jeszcze nieznanymi -
będę odkrywać kontynenty,
których nie ma na żadnych mapach.
Będę podróżować w nieskończoność.

Aż któregoś dnia,
jacyś ludzie,
akurat przechodzący obok,
w nagłym przebłysku ujrzą
książkowy dom.
Wówczas wiedzeni nieznaną siłą,
rozgorączkowani tajemnicą,
zaczną wyjmować z jego ściany
kolejne tomy poezji i prozy,
żeby dostać się do środka.

Lecz nie znajdą tam nikogo.






niedziela, 24 sierpnia 2014

radio nocą
przemawia językiem
zbiorowej duszy
opuszczeni nagle
przez obowiązki codziennego dnia
pozostawieni ze sobą twarzą w twarz
bezsenni
gdyż sen przebudzonych
już nie nawiedza
co chwilę
łączą się ze stacją
upewniając się wzajemnie
o swoim istnieniu
witaj Krzysztofie Zdzisławie Mario Magdaleno
Piotrze Andrzeju Renato
cieszymy się że jesteś z nami
jestem
więc jesteśmy razem

po czym z powrotem
wycofują się w ciszę
z delikatnością i taktem
charakterystycznym dla tych
którzy potrafią stąpać po kruchym lodzie

wtorek, 27 maja 2014

Her smile -  
so innocent
and seductive at the same time.
Something you can reach, as well,
if you go
to hell
and come back
in one piece.

So...
Do you really still want it?

 
1 , 2 , 3
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna