Anna Goluba

Opowiadania

wtorek, 10 maja 2016

   To był zwyczajny dzień, jak ich wiele. Chyba słoneczny. Tak, to na pewno było lato. Ciepłe, bezwietrzne, i zdaje się, że była pełnia sezonu. A one zostały w pewnym sensie same. To znaczy nagle zorientowały się, że mają tylko siebie. Trudno dociec, dlaczego tak znienacka objawiła im się ta prawda. Codzienna, snująca się od lat tą samą ścieżyną. Nagle po prostu zrozumiały, że nie spotykają się z nikim innym poza sobą. No, dobrze, może się i spotykały. Ale tylko ze sobą rozmawiały w taki, a nie inny sposób. Schodziły do podziemi i badały, co tam jest. Oglądały podziemne źródła. Wdychały chłodne, przejrzyste powietrze. Nadziwić się nie mogły spotykanym tu i ówdzie kłębowiskom korzeni; korzeni tego wszystkiego, co objawiało się potem tam, na górze, zwykle w bardzo zawoalowanej i szczątkowej formie. Rozmawiały o tym, o czym nikt ze sobą nie rozmawia. Nawet gdyby chciały, nie mogłyby prowadzić ze sobą żadnej z gier w które grali ludzie dookoła. Może znały się już kiedyś, może przeżywały właśnie razem kolejne wcielenie, a w poprzednim dały sobie już tak wiele, że teraz mogły ze sobą po prostu być. Może rzucone kiedyś przez jedną z nich słowo, albo zobaczony wspólnie krajobraz, przechwycony wspólnym spojrzeniem dryfujący w powietrzu liść, który opadł na środek parkowego stawu niczym mała, nikomu niepotrzebna łódka, może któreś z takich mikro - lub makro - zdarzeń sprawiły, że runęła między nimi fasada, jaka rodzi się zawsze z większości spotkań, może rozszczelniły się światy pozwalając im zajrzeć poprzez i w głąb. Dość, że inaczej nie potrafiły nawet gdyby chciały i nagle tamtego, słonecznego dnia, spacerując w środku betonowego miasta zorientowały się, jak jest. Może zresztą w jakiejś mierze odbyło się to jednak również za sprawą pory roku. Bo przestrzeń ewidentnie była podziurawiona. Panował sezon urlopowy i dużo ludzi powyjeżdżało z miasta. To się czuło pod skórą. Czasoprzestrzenne dziury zasysały i pozbawiały energii.
   Akurat więc przechodziły koło dworca. Czy cokolwiek do siebie powiedziały? Czy doszło do jakichś oficjalnych uzgodnień, słownego podkreślenia i usensownienia? Nawet gdyby, odbyłoby się to tylko pro forma. Ach, tak... Jedna z nich rzuciła znienacka, znienacka również dla samej siebie: "Jedźmy na lody do... " - i tu padła nazwa miasteczka. Oddalonego od stolicy w której przebywały o ponad trzydzieści kilometrów, znanego z jeziora, które się w nim znajdowało. Coś bowiem musiały zrobić, to było pewne. Odkąd wyszły tamtego dnia z domu, od razu poczuły tę otaczającą ich zewsząd, prześwitującą pojedynczymi czasoprzestrzennymi dziurami, pustotę betonowego miasta w pełni sezonu. Musiały opuścić go choć na chwilę. Bo wiedziały, że kiedy wrócą, ono znowu wypełni się życiem. Pojechały zatem, tak, jakby od dawna wszystko prowadziło je właśnie do tego punktu. Wszak nie bez kozery przechodziły przecież obok dworca, gdzie przeniknęła je równocześnie świadomość wzajemnego zespolenia, jak i obecność wydrążonego nagle energetycznego leja. Nazwa miasteczka wpadła jednej z nich do głowy niespodziewanie, a jednocześnie, jak na zawołanie. Której z nich, nie ma to przecież znaczenia; to znaczenie znosiło się, kiedy były razem. Ważne było (choć tak naprawdę wszystko było zarazem ważne i nieważne), że zapamiętała tamtejsze jezioro. Wielkie jezioro okolone lasami, jezioro z żaglówkami, ze znieruchomiałymi na plażowych kocach graczami, którzy tym razem byli tymi, którzy odpoczywają po wielkiej, wytężonej pracy. Improwizowali wielkie wypoczywanie z taką samą podskórną zaciekłością i zewnętrzną quasi swobodą z jaką przedtem stali przy taśmach w swoich fabrykach (to, że czasem siedzieli, a nie stali, i nie przy taśmach, a przy biurkach, było oczywiście tylko umowne i na jedno wychodziło, dawało im tylko poczucie źle skrywanej wyższości lub niższości i takiegoż, zarówno tu i tam, poczucia niespełnienia, braku przynależności wobec którego czuli się bezradni); większość z nich zresztą nawet już zapomniała, że improwizuje. Ale tam, gdzie teraz przebywali, nad jeziorem, jednak tliło się życie. Za sprawą jeziora, wolnego od gry i nigdy się jej nie poddającemu. To dlatego ludzie, przynajmniej niektórzy, tak kochają przyrodę - bo nie ma w niej udawania. Życie owo zostało też tam przeniesione razem z ich dziećmi, które jeszcze nie wiedziały, co to wielka gra i niczego jeszcze nie udawały. Przypominały diamenty obracane w palcach pod światło - mieniły się blaskiem, z chwili na chwilę zmieniał się ich nastrój, poddawały się falom o nic nie pytając.   
   Przede wszystkim zaś życie doszło tam do głosu, choć może raczej do szeptu, za sprawą ich wiecznie żywej, podskórnej, nieuświadamianej nadziei, że ktoś kiedyś ich uwolni; z czego - tego też już nie pamiętali, a ta ich nadzieja zrównoważona była ze strachem przed uwolnieniem, powstałe zaś z tego napięcie rzuciło ich, znieruchomiałych, na kocyki, wcisnęło w ręce piwa, frytki i inne zagłuszacze, zapychacze czasu, ale jednak - ta iskra istniała, a zebrana w jednym miejscu dawała małe ognisko. Dlatego pojechały za nimi. Przesnuły się, niemal niewidzialne, między kocykami, profilaktycznie cynicznymi minami, skrywanymi lękiem uśmiechami, wybuchami niekontrolowanego i niewytłumaczalnego śmiechu, którym życie chwilami się uwalniało, upominało o siebie... Kupiły lody; dokładnie te po które pojechały, choć przed wyjazdem nic o nich nie wiedziały, żadna z nich przedtem ich nie próbowała; również pomysłodawczyni całego wypadu. Wypad po lody do miasteczka był wszak impulsem, któremu pozwoliły rozkwitnąć, pojawił się w odpowiedzi na ich wszystkie dzisiejsze odkrycia i odczucia. Lody okazały się więc najlepsze na świecie, inne nie mogły; zakręcone do samego nieba, jednakowe, kawowo - śmietankowe w cienkich, wyprofilowanych stożkowato waflach. Zjadły je, nie mówiąc do siebie ani słowa. Tylko patrząc. Obserwując. Nie zatrzymując się na niczym ani na nikim.    
  Wróciły do betonowej stolicy. W niczym nie przypominała już dziurawego plasterka sera. A one miały poczucie, że przeżyły niezwykłą przygodę. Przygodę, której nie dałoby się w żaden sposób opisać.

niedziela, 17 stycznia 2016

Z małego puzderka, chyba atłasowego, na pewno zaś w kolorze ciemnej czerwieni, wyjąłeś pierścionek. Spojrzeliśmy na siebie i w jednej chwili powiedzieliśmy sobie wszystko, nie wypowiadając ani jednego słowa. Zacząłeś wyjmować pierścionek - wielki, niemalże dwumetrowy facet próbujący ukryć wewnętrzne drżenie, pochylił lekko głowę, a właściwie głowa sama mu się pochyliła pod wpływem napięcia nieudolnie owo drżenie maskującego, a nawet je potęgującego, wielki więc, barczysty facet o mocnym choć zawsze jakby przyciszonym głosie, teraz wyciszony już do cna, wydobywał maleńki pierścionek z małego pudełeczka, jakby to był wielki głaz, który utknął w szczelinie świata, a od tego, czy mu się to uda, czy nie, miały zależeć nasze dalsze losy. Bo i przecież zależały. Po chwili, która na zawsze zawiesiła się w wieczności, i miała do mnie powracać wiele, wiele razy na jawie i we śnie, w końcu się udało. Włożyłeś mi pierścionek na palec. A ja wyprostowałam rękę na całą długość, lekko rozchyliłam palce dłoni, żeby lepiej przyjrzeć się pierścionkowi. Nie podobał mi się. Był ze złota - w żółtym kolorze, którego nie znoszę. To żółte złoto stanowiło oprawę dla czerwonego kamienia. Kamień dla odmiany był piękny, mienił się niezwykłym, głębokim, czystym blaskiem. Tyle, że całość nie komponowała się tak, jak trzeba. Nie przejmowałam się tym jednak. Uśmiechnęłam się patrząc na niego, potem odwróciłam się i spojrzałam na ciebie. Odpowiedziałeś uśmiechem, z nieskrywaną ulgą, wiem, że bałeś się, czy pierścionek mi się spodoba. Mój uśmiech powiedział prawdę, bo kiedy znów spojrzałam na pierścionek, ten wyglądał już inaczej. Żółte złoto zniknęło, zastąpiło je takie, jakie lubię - stylizowane na stare, lekko przyciemnione. Tworzyło ażurową skrytkę, owalną i wypukłą, dla ukrytego wewnątrz niej kamienia. Ten ażur raz przywodził na myśl dalekowschodnie wzory, wydawało się, że widać w nim węże, motyle, rozmaite stworzenia, może maski, innym znów razem kojarzył się z najnowocześniejszymi wzorami geometrycznymi, matematycznymi równaniami w których zaklęta była tajemnica wszelkiego stworzenia, źródło wszechbytu. Kamień zaś uwidoczniał się dopiero wówczas, gdy poruszałam dłonią; gdy nachyliło się pierścionek pod odpowiednim kątem, nagle zaczynał on pobłyskiwać czerwonym światłem, które trudno było od razu pojąć, nikt bowiem nie podejrzewałby, że można w ten sposób wpasować kamień w pierścionek; wszystkie kamienie we wszystkich pierścionkach znanych ludzkości prezentowały się zawsze ostentacyjnie, wypinały się, nadymały sobą, te najmniejsze i największe, te szlachetne i te mniej... A tu taki figiel. Pierścionek był piękny. Magiczny; to była żywa, nieskalana, stara jak świat, magia. Wspięłam się na palce, objęłam cię za szyję, a ty uniosłeś mnie do góry.
  - Musiał być robiony na zamówienie - powiedziałam cicho prosto w twoje ucho. - Nie ma możliwości, żeby istniał na świecie drugi taki pierścionek.
  - Narysowałaś go kiedyś, pamiętasz?
  W pierwszej chwili nie wiedziałam o czym mówisz i już miałam prosić cię o wyjaśnienie, gdy nagle przypłynął do mnie obraz sprzed lat: siedziałam na jakimś obłędnie nudnym i w związku z tym również ciągnącym się w nieskończoność, wykładzie na uniwerku, i nie chcąc usnąć, narysowałam, zaprojektowałam ten pierścionek.
  Pokazałam ci go wtedy. A może w innym czasie, kto to wie?
  - Mogłabym być projektantką biżuterii, nie sądzisz? - zapytałam, śmiejąc się. To miał być trochę żart, trochę nie. Kiedyś marzyłam o takiej pracy, ale zrezygnowałam z tego marzenia, z wielu różnych powodów. A może nie chciałam tego wystarczająco mocno? Może bałam się, że nie okażę się dość dobra? Albo... Marzenie jednak nie całkiem się rozpłynęło. Stałeś przecież wtedy przede mną z moim projektem w ręku, nagle dziwnie zamyślony. Wyglądałeś jak ktoś, kto wpadł na pewien pomysł, ale był tym tak zaskoczony, że wydawało się, iż to pomysł wpadł na niego, przechwycił go, mówiąc - to ja, to mnie szukałeś, choć o tym nie wiedziałeś.
  - Mogę to wziąć? - zapytałeś.
  Pamiętam, jak bardzo się zdziwiłam i jednocześnie ucieszyłam. Nie zapytałam po co ci mój projekt, choć wydawało się, że takie pytanie powinno paść, że aż się ono prosi, aby je postawić, ale byłam zbyt szczęśliwa, że podoba ci się to, co zrobiłam, aby myśleć o jakichkolwiek powinnościach.
  - Jasne - odpowiedziałam, z trudem opanowując się, żeby nie podskoczyć do góry z radości, zupełnie, jakbym była małą dziewczynką.
  I oto miałam go teraz na palcu. Po niewielkiej modyfikacji, która nastąpiła natychmiastowo, spontanicznie i samoistnie, a potem jeszcze znalazła swoją przyczynę we wcześniejszym wydarzeniu, uzasadniła samą siebie, wskazała na swoje pochodzenie, zapuściła korzenie w głąb.
  Taki rodzaj tłumaczenia, wizualnego i równocześnie charakteryzującego się niepodważalną logiką, dopasowującego do siebie poszczególne elementy, znałam również z przebywania na jawie. Nigdy mnie ono nie oszukało. Tu, gdzie teraz byłam, śniąc świadomie, mogłam zrobić o wiele więcej - przemienić kształt, który mi się nie podobał w taki, który bez reszty mnie zachwycił.   
  Zupełnie tak, jakby tutaj, w tej przestrzeni w której sen i świadomość przenikają się, tworząc tym samym nowy rodzaj energii, nową jakość, ta osławiona, wolna wola, przejawiała się najsilniej. Dziwne, prawda? A może jednak nie?

poniedziałek, 20 stycznia 2014

"[...]
Everything spoken means that,
its opposite, & everything else.
I'm alive. I'm dying."

Jim Morrison


To było jakieś 100 lat temu, w czasach, kiedy łatwiej było o sens, ale nawet wtedy coś już zaczynało się z nim dziać. Odczuwała to momentami bardzo boleśnie.
Wyszli z kina po obejrzeniu filmu "The Doors" Olivera Stone'a nie mówiąc do siebie ani słowa. Tak naprawdę nie zastanawiała się, dlaczego właściwie on milczy, choć znali się na tyle, że żadne jego słowo i tak nie mogłoby niczego zepsuć; więc tego się nie bała. Ale zapadła w niej cisza, głęboka, przepastna. Nie potrafiła określić skąd się ona wzięła i dlaczego, nie potrafiła nazwać tego, co się w niej nagle wzbudziło i tak gwałtownie zaczęło krążyć w jej żyłach, pulsować w skroniach. Czuła, że zaraz się wzniesie, że uleci, że nikt ani nic nie jest w stanie jej zatrzymać.
Szli chodnikiem, wzdłuż jezdni, gdy nagle zobaczyła nadjeżdżający samochód, chyba był czerwony.
Nie myśląc o niczym, z niezwykłą pustką w głowie, która była jednocześnie początkiem wszystkich światów, gotowością na spotkanie z Nieoczekiwanym, mając nieokreślone poczucie, że prowokuje i zarazem ulega oddziaływaniu jakiegoś nieznanego Wyższego Planu, weszła na jezdnię i zaczęła iść na wprost tego nadjeżdżającego z dużą prędkością samochodu. Patrzyła przed siebie i ponad czasem i przestrzenią zobaczyła bardzo wyraźnie, od wewnątrz - stanowiącym nagle dziwnie przejmującą całość ze wszystkim, co rozgrywało się wokół niej - iż kierowca się nie zatrzyma. "Trafił swój na swego" - lubiła tak się z tego podśmiewać, gdy upłynęło już wystarczająco dużo czasu.
Ale, jak się okazało, nie tylko ona doznała wglądu znad krawędzi.  
Nagle poczuła bowiem, że ktoś chwycił ją za ramię, z całej siły, i wciągnął na chodnik. Bez słowa. Gdy tylko tam się znalazła, samochód minął ich, nie zwalniając nawet na chwilę.
- Stałaś się Morrisonem - powiedział zwyczajnie, ze spokojem.
I taka była prawda.
Poszli dalej chodnikiem, nadal nic do siebie nie mówiąc. Może nawet ktoś widział, jak idą, obok siebie, milcząco, w jednakowym tempie.
Ale wcale ich tam nie było.

czwartek, 16 maja 2013

Zbliżały się jego urodziny, więc postanowiła kupić mu prezent, który będzie ważny. Ważny dla niego i dla niej. Który będzie mówił - to jest ode mnie dla ciebie. To jesteś ty, a to ja, i oto mamy okazję połączyć się na innym niż zwykle poziomie, kiedy nie mówią już słowa, kiedy mówi coś innego sprawiając, że zza kurtyny zwykłej codzienności wyłania się owo coś, co stanowi, co jest pomostem między tobą i mną. Co pozwala tobie poznać mnie i jednocześnie pokazuje, co myślę o tobie. Ofiarowanie w drobiazgu. Jego pierwszy urodziny, odkąd byli razem. Czy może odkąd ze sobą sypiali? - ta niepokojąca myśl przemknęła jej przez głowę niczym meteor; wzięła się znikąd, ale zagarnęła sobą całą uwagę. Faktycznie, nie mieli zbyt wiele tematów do rozmów. "Dopiero się rozkręcamy" - tą myślą przepędziła podły meteor, ale nie mogła przecież przepędzić tego, że w ogóle zaistniał. Bo skoro zaistniał - miał ku temu powód. Więc tym bardziej prezent musi być wyjątkowy. Wymowny. Po cichutku musi wyrażać coś istotnego. Tylko co? To się okaże, kiedy już go znajdzie. Kiedy będzie go już miała w ręku, i dozna tego niezwykłego, mocarnego, a jednocześnie delikatnego jak muśnięcie uczucia, które nawiedzało ją od czasu do czasu przy różnych okazjach, a które można by zamknąć w słowach: "To jest to." Tak, na pewno znajdzie taki prezent.
   Weszła do księgarni. Z każdej księgarni zawsze wychodziła ze skarbem, księgarnia jest niezawodna. Na półkach, jeden obok drugiego stoją skarby, błyszczą diamentowe szkatułki, wystarczy wziąć je do ręki, otworzyć... Nie potrzeba żadnego, absolutnie żadnego wysiłku, żeby to zrobić. A po chwili już jest się gdzie indziej. W nieznanej krainie, pełnej nowych dźwięków, zapachów, krajobrazów, słów... Nie ruszając się z miejsca, można przenieść się w zupełnie inny zakątek świata, i w każdym z nich napotkać ... siebie. Otworzyła jedną z książek na chybił trafił... Powieść znanego autora, ostatnio chyba na liście bestsellerów... Dla mężczyzny z którym się spotykała (tylko sypiała?! - meteor znów świsnął w oddali, na ciemnym niebie) i o którym wiedziała, że w ogóle nie czyta książek, mogłaby to być niezła zachęta, dając mu taki prezent nie musiałaby uchodzić za... Jak on to określał? Aha. Za kogoś odjechanego. Ci, którzy czytają książki są odjechani. Przypomniało się jej to, i uśmiechnęła się do siebie.  "Coś w tym jest" - pomyślała. "Tylko, że ja kocham być odjechana. Po prostu czasem o tym zapominam. A on, jeśli znajdę powieść, która go wciągnie, też zacznie czytać. I też już nie będzie mógł bez tego żyć. Jest w nim głębia, o której sam nie wie."
   Przeczytała kilka zdań na które natrafiła. Zupełnie, jakby czytała o nim. Pijący trzecie piwo z kolei, mężczyzna w powieści, patrzył bezmyślnie przed siebie.
   "- W życiu trzeba umieć się zorganizować - powiedział do nikogo, w pustkę, która rozciągała się przed nim, a zdawała się emanować z jego wnętrza. 
    - Albo jest się wyżej albo niżej. Albo zjadasz albo jesteś zjadany. Reszta to...-  tu wypił kolejny łyk piwa. To znaczy chciał wypić, ale okazało się,że butelka jest pusta.
   - W mordę... " - zaczął bohater powieści, ale nie pozwoliła mu skończyć, zamknęła książkę, jakby to była puszka Pandory. Wiedziała, że on zobaczyłby w nim siebie. Albo raczej uznałby, że ona go tak widzi. Tylko dlaczego tak pomyślała? Przecież ją pociągał. Chyba. Nigdy nie mogłaby związać się z kimś nie ze swojego świata. Zawsze tak o sobie myślała. I na takim myśleniu upływał jej czas, coraz dłuższy czas. A wtedy pojawił się on, tak zwyczajnie, na imieninach kuzynki. I zaczepił ją zwyczajnie, jakby znali się od lat. Był taki naturalny. Bo przecież nie lekceważący, nie, i grubiański, też nie, no skąd. Zwyczajny. Zawsze chciała poznać normalnego faceta, jej znajome marzyły o tym samym. I oto był. Normalny, nazywający rzeczy po imieniu. Czasem wydawało się jej, że zbyt mocno. Ale tłumaczyła sobie, że odwykła od czegoś takiego, co i raz poznając filozofów, psychologów, literatów, wiecznych poszukiwaczy Nienazwanego. A tu wszystko było czarne albo białe. Jeśli coś należało do jego świata - było w porządku. Jeśli nie - było wyśmiewane. Może świadczyło to o braku tolerancji, ale ten jego śmiech... Taki sam, jak on. Mocny, pewny siebie, głośny, dźwięczny... Męski. "Taki śmiech musi skrywać głębię, wspaniałą głębię" - uparcie trzymała się tej myśli.
   Wzięła do ręki następną książkę. Autor był już mniej znany, ale za to ona znała tę powieść niemal na pamięć. Powieść o wędrowcu przemierzającym świat. Wędrowcu takim, jak ten z którym się spotykała. Twardym, zdecydowanym... Może to będzie zaczątek ich wspólnych podróży? Niezapomnianych, wiążących ich ze sobą w taki sposób, że zaczną porozumiewać się niemal bez słów? I nagromadzą wspomnienia, które będą stanowić dla nich cenniejszy kapitał niż kiedyś, w przyszłości, wspólne konto w banku? Otworzyła książkę na pierwszej stronie i przeczytała: "John wpatrywał się w odległe góry. Wzywały go. Nigdy nie myślał o samotnej wyprawie, w dodatku tak dalekiej, ale teraz czuł, że to najlepsze co może zrobić. Musi się stąd wyrwać, po prostu musi. A Mary? Znali się przecież tak krótko... "
    "Niech to szlag trafi!" - pomyślała, zamknęła książkę i odłożyła ją na półkę. Książkę, którą znała niemal na pamięć, a która teraz odsłoniła się przed nią w nowy sposób. Odsłoniła jego; ich. Oni też znali się krótko. Czy była dla niego ważna? Z tą jego zwyczajnością, z tym biało - czarnym oglądem świata mógł przecież odejść w każdej chwili, niekoniecznie w dalekie, niedostępne góry... Choć to byłoby jeszcze ciekawe. Ale jakoś nagle nie wydał jej się do tego zdolny, prędzej wybrałby się z kolegami na kajaki - co, oczywiście, samo w sobie jest świetnym sposobem spędzania czasu, ale nie o to przecież chodzi.
   Przez chwilę stała bezradnie na środku księgarni. "Zupełnie nie wiem, z kim się spotykam od kilku miesięcy. A właściwie chyba wiem. Aż za dobrze. Tylko dlaczego to sobie robię; w imię czego?" Postanowiła jednak nie poddawać się nastrojowi chwili. Znała siebie taką. Niezwyciężoną. Przemieniającą wszystko, co napotkała w coś dobrego dla siebie, udowadniającą sobie i innym, że wszystko jest możliwe; choć mało kto tak naprawdę dostrzegał w niej tę umiejętność... Dotąd wystarczało jej, że ona wie...  Sięgnęła po następną książkę. I jeszcze jedną. Kolejną.
   Po dwóch godzinach spędzonych w małej, kameralnej księgarni miała już pełny obraz mężczyzny z którym spotykała się (tylko sypiała?! - cholerny meteor, przecież nie jest kobietą, która chciała romansu dla romansu, która szukała faceta do łóżka, nie można chyba znaleźć tego, czego się nie szukało, ani zgodzić się na to, nie istnieje ku temu żaden sensowny powód!) od jakiegoś czasu. Wszystko, co przeczuwała znalazło swój wyraz, potwierdziło samo siebie. Czuła wściekłość i radość równocześnie; wściekłość - za to, że oszukiwała samą siebie przez tyle miesięcy. Radość - że wreszcie się to skończyło, że nie będzie musiała dłużej nikogo udawać. Ani niczego, łącznie z orgazmami, bo był takim samym wyśmienitym kochankiem, jak i znawcą literatury - uświadomiła to sobie nie bez złośliwej satysfakcji.
   Wyszła z księgarni bez książki, za to ze świadomością, że oto zakończył się jej quasi - związek. To stało się w jej głowie. A więc po prostu się stało, bardziej stać się nie można, wszystko tam właśnie zaczyna się i kończy.
   I właśnie wtedy zadzwonił, tak jakby miał jakiś radar.
   - Halo - powiedziała jak do kogoś obcego, nie było w niej żadnych uczuć, nie było przecież od samego początku ich znajomości. Był obcym człowiekiem. Poczuła, że go zmroziło.
   - Cześć - lekko się zawahał, przez sekundę, nie wiedział o co może chodzić, nawet się nie domyślał, ale dłużej się nad tym nie zatrzymywał. - Co porabiasz, mała?
   Chciała coś odwarknąć, tak, jak nigdy się jej to jeszcze nie zdarzyło w stosunku do niego; tak jak inni, tak jak reszta świata, uważał ją za cichą i nieśmiałą, na tyle cichą i nieśmiałą, że nie byłaby w stanie zareagować nawet gdyby bardzo, ale to bardzo nie znosiła określenia "mała". Zresztą, jak mogłaby czegoś nie znosić? Ona? Zawsze tak uważna wobec wszystkich? Nie, skąd.
   Chciała odwarknąć, ale się powstrzymała. Mogła przecież uderzyć gdzie indziej. I mocniej.
   - Właśnie wyszłam z księgarni. Mam całą reklamówkę książek.
   - Taaaa....? - nie zdołał ukryć, jak bardzo jest zawiedziony. Przez telefon, poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń, zobaczyła, że wydłużyła mu się mina. Uśmiechnęła się do siebie.
   - Jadę na działkę w ten weekend. I będę czytać, czytać... Od rana do nocy - powiedziała tak, żeby zagubił się jeszcze bardziej, żeby zagubił ich. A potem pomyślała, że to naprawdę dobry pomysł, że wyjazd na działkę, w sąsiedztwie ukochanego lasu, dobrze jej zrobi. Tylko ona, książki i las. Sama prawda, nic dodać nic ująć.
   - Ale jesteś odjechana! - zaśmiał się, zareagował spontanicznie, zwyczajnie, jak to on. Jakby sam był na świecie i decydował o tym, co jest śmieszne, a co nie.
   Milczała. A powinna była również się roześmiać. Usprawiedliwić. Obrócić wszystko w żart. Przede wszystkim zaś nie przyznawać do takiego planu.
   Zrozumiał, że mu się wymyka. Akurat instynkt posiadania działał u niego niezawodnie.
   - Myślałem, że spędzimy ten weekend razem - powiedział twardo, bezdźwięcznie.
   - Nic nie mówiłeś. Muszę kończyć, podjeżdża mój autobus - nic nie podjeżdżało, ale miała już dosyć. Jakby dotarło do niej zmęczenie z ostatnich kilku miesięcy podczas których udawała kogoś, kim nie jest. Podczas których ważyła każdy gest i słowo, zupełnie pozbawiając się swobody bycia, po prostu bycia.
   - Natalia przyjeżdża - chwycił się ostatniej deski ratunku, żeby podtrzymać ich sztuczny światek, którego był wszechwładcą, a ona cieszącą się ze wszystkiego, co robił i mówił, jego wyznawczynią; przynajmniej tak to widział, tym się zadowalał i ani przez chwilę nie poddawał tego w wątpliwość.
   Natalia; znana mu od dzieciństwa - gdy trzeba było kumpelka do piwa, gdy trzeba było - kochanka na jedną noc. Zawsze gotowa wejść w rolę, którą jej przypisał. Wiedział, że jej się nie spodobała, że się nie polubiły. Ale nie mogła wiedzieć, jak jest; za to mogła podejrzewać, a więc powinna o niego walczyć... Nie wiedział, że wiedziała; że takie rzeczy zawsze wiedziała od razu. Ale pomyślała, że teraz, skoro poznał ją... I po co jej to było? Ileż potwierdzeń na to kim jest, musi jeszcze zgromadzić?
  - To wspaniale - usłyszała swój własny głos, a w nim ulgę i spokój. - Na pewno będziecie świetnie się bawili. Muszę kończyć, bo nie wcisnę się do autobusu. Cześć.
   Nie odpowiedział, rozłączył się bez słowa. Poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń zobaczyła jego zaciśnięte szczęki. Ostatnia deska ratunku podryfowała bez niego, bez nich.
   Postanowiła, że wróci do domu na piechotę, choć miała do przejścia kilka przystanków. Miała wrażenie, jakby uciekła z małej, ciasnej klatki. I że wokół niej jest więcej przestrzeni.
   A plan wyjazdu był naprawdę dobry; weźmie ze sobą książkę, którą ostatnio kupiła. Na pewno jeszcze wiele musi się o sobie dowiedzieć.
   I ta cisza lasu, spokój... Tam mogłaby też wreszcie zacząć pisać opowiadanie na które miała pomysł już od dłuższego czasu. Dotąd bała się w ogóle zacząć pisać. Wiedziała, że nie będzie mogła przestać. I że z każdym kolejnym wierszem, opowiadaniem, będzie podnosić kolejne zasłony, że nie będzie miała jak przed sobą uciec. Czuła, że jest w niej jeszcze tak wiele Nieznanego... Dokopywać się do tego, docierać... To dopiero odjazd.
   Przyspieszyła kroku.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Mój poprzedni blog
Jeśli chcesz współpracować ze mną - w dziedzinie literatury, ezoteryki lub w innej, która będzie interesująca dla Ciebie i dla mnie; jeśi chcesz podzielić się ze mną przemyśleniami na tematy, które poruszam na swoim blogu...
Moje publikacje
Moja sztuka teatralna
Tagi
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna