Anna Victoria Goluba
Blog > Komentarze do wpisu

Spotkanie w księgarni.


Zbliżały się jego urodziny, więc postanowiła kupić mu prezent, który będzie ważny. Ważny dla niego i dla niej. Który będzie mówił - to jest ode mnie dla ciebie. To jesteś ty, a to ja, i oto mamy okazję połączyć się na innym niż zwykle poziomie, kiedy nie mówią już słowa, kiedy mówi coś innego sprawiając, że zza kurtyny zwykłej codzienności wyłania się owo coś, co stanowi, co jest pomostem między tobą i mną. Co pozwala tobie poznać mnie i jednocześnie pokazuje, co myślę o tobie. Ofiarowanie w drobiazgu. Jego pierwszy urodziny, odkąd byli razem. Czy może odkąd ze sobą sypiali? - ta niepokojąca myśl przemknęła jej przez głowę niczym meteor; wzięła się znikąd, ale zagarnęła sobą całą uwagę. Faktycznie, nie mieli zbyt wiele tematów do rozmów. "Dopiero się rozkręcamy" - tą myślą przepędziła podły meteor, ale nie mogła przecież przepędzić tego, że w ogóle zaistniał. Bo skoro zaistniał - miał ku temu powód. Więc tym bardziej prezent musi być wyjątkowy. Wymowny. Po cichutku musi wyrażać coś istotnego. Tylko co? To się okaże, kiedy już go znajdzie. Kiedy będzie go już miała w ręku, i dozna tego niezwykłego, mocarnego, a jednocześnie delikatnego jak muśnięcie uczucia, które nawiedzało ją od czasu do czasu przy różnych okazjach, a które można by zamknąć w słowach: "To jest to." Tak, na pewno znajdzie taki prezent.
   Weszła do księgarni. Z każdej księgarni zawsze wychodziła ze skarbem, księgarnia jest niezawodna. Na półkach, jeden obok drugiego stoją skarby, błyszczą diamentowe szkatułki, wystarczy wziąć je do ręki, otworzyć... Nie potrzeba żadnego, absolutnie żadnego wysiłku, żeby to zrobić. A po chwili już jest się gdzie indziej. W nieznanej krainie, pełnej nowych dźwięków, zapachów, krajobrazów, słów... Nie ruszając się z miejsca, można przenieść się w zupełnie inny zakątek świata, i w każdym z nich napotkać ... siebie. Otworzyła jedną z książek na chybił trafił... Powieść znanego autora, ostatnio chyba na liście bestsellerów... Dla mężczyzny z którym się spotykała (tylko sypiała?! - meteor znów świsnął w oddali, na ciemnym niebie) i o którym wiedziała, że w ogóle nie czyta książek, mogłaby to być niezła zachęta, dając mu taki prezent nie musiałaby uchodzić za... Jak on to określał? Aha. Za kogoś odjechanego. Ci, którzy czytają książki są odjechani. Przypomniało się jej to, i uśmiechnęła się do siebie.  "Coś w tym jest" - pomyślała. "Tylko, że ja kocham być odjechana. Po prostu czasem o tym zapominam. A on, jeśli znajdę powieść, która go wciągnie, też zacznie czytać. I też już nie będzie mógł bez tego żyć. Jest w nim głębia, o której sam nie wie."
   Przeczytała kilka zdań na które natrafiła. Zupełnie, jakby czytała o nim. Pijący trzecie piwo z kolei, mężczyzna w powieści, patrzył bezmyślnie przed siebie.
   "- W życiu trzeba umieć się zorganizować - powiedział do nikogo, w pustkę, która rozciągała się przed nim, a zdawała się emanować z jego wnętrza. 
    - Albo jest się wyżej albo niżej. Albo zjadasz albo jesteś zjadany. Reszta to...-  tu wypił kolejny łyk piwa. To znaczy chciał wypić, ale okazało się,że butelka jest pusta.
   - W mordę... " - zaczął bohater powieści, ale nie pozwoliła mu skończyć, zamknęła książkę, jakby to była puszka Pandory. Wiedziała, że on zobaczyłby w nim siebie. Albo raczej uznałby, że ona go tak widzi. Tylko dlaczego tak pomyślała? Przecież ją pociągał. Chyba. Nigdy nie mogłaby związać się z kimś nie ze swojego świata. Zawsze tak o sobie myślała. I na takim myśleniu upływał jej czas, coraz dłuższy czas. A wtedy pojawił się on, tak zwyczajnie, na imieninach kuzynki. I zaczepił ją zwyczajnie, jakby znali się od lat. Był taki naturalny. Bo przecież nie lekceważący, nie, i grubiański, też nie, no skąd. Zwyczajny. Zawsze chciała poznać normalnego faceta, jej znajome marzyły o tym samym. I oto był. Normalny, nazywający rzeczy po imieniu. Czasem wydawało się jej, że zbyt mocno. Ale tłumaczyła sobie, że odwykła od czegoś takiego, co i raz poznając filozofów, psychologów, literatów, wiecznych poszukiwaczy Nienazwanego. A tu wszystko było czarne albo białe. Jeśli coś należało do jego świata - było w porządku. Jeśli nie - było wyśmiewane. Może świadczyło to o braku tolerancji, ale ten jego śmiech... Taki sam, jak on. Mocny, pewny siebie, głośny, dźwięczny... Męski. "Taki śmiech musi skrywać głębię, wspaniałą głębię" - uparcie trzymała się tej myśli.
   Wzięła do ręki następną książkę. Autor był już mniej znany, ale za to ona znała tę powieść niemal na pamięć. Powieść o wędrowcu przemierzającym świat. Wędrowcu takim, jak ten z którym się spotykała. Twardym, zdecydowanym... Może to będzie zaczątek ich wspólnych podróży? Niezapomnianych, wiążących ich ze sobą w taki sposób, że zaczną porozumiewać się niemal bez słów? I nagromadzą wspomnienia, które będą stanowić dla nich cenniejszy kapitał niż kiedyś, w przyszłości, wspólne konto w banku? Otworzyła książkę na pierwszej stronie i przeczytała: "John wpatrywał się w odległe góry. Wzywały go. Nigdy nie myślał o samotnej wyprawie, w dodatku tak dalekiej, ale teraz czuł, że to najlepsze co może zrobić. Musi się stąd wyrwać, po prostu musi. A Mary? Znali się przecież tak krótko... "
    "Niech to szlag trafi!" - pomyślała, zamknęła książkę i odłożyła ją na półkę. Książkę, którą znała niemal na pamięć, a która teraz odsłoniła się przed nią w nowy sposób. Odsłoniła jego; ich. Oni też znali się krótko. Czy była dla niego ważna? Z tą jego zwyczajnością, z tym biało - czarnym oglądem świata mógł przecież odejść w każdej chwili, niekoniecznie w dalekie, niedostępne góry... Choć to byłoby jeszcze ciekawe. Ale jakoś nagle nie wydał jej się do tego zdolny, prędzej wybrałby się z kolegami na kajaki - co, oczywiście, samo w sobie jest świetnym sposobem spędzania czasu, ale nie o to przecież chodzi.
   Przez chwilę stała bezradnie na środku księgarni. "Zupełnie nie wiem, z kim się spotykam od kilku miesięcy. A właściwie chyba wiem. Aż za dobrze. Tylko dlaczego to sobie robię; w imię czego?" Postanowiła jednak nie poddawać się nastrojowi chwili. Znała siebie taką. Niezwyciężoną. Przemieniającą wszystko, co napotkała w coś dobrego dla siebie, udowadniającą sobie i innym, że wszystko jest możliwe; choć mało kto tak naprawdę dostrzegał w niej tę umiejętność... Dotąd wystarczało jej, że ona wie...  Sięgnęła po następną książkę. I jeszcze jedną. Kolejną.
   Po dwóch godzinach spędzonych w małej, kameralnej księgarni miała już pełny obraz mężczyzny z którym spotykała się (tylko sypiała?! - cholerny meteor, przecież nie jest kobietą, która chciała romansu dla romansu, która szukała faceta do łóżka, nie można chyba znaleźć tego, czego się nie szukało, ani zgodzić się na to, nie istnieje ku temu żaden sensowny powód!) od jakiegoś czasu. Wszystko, co przeczuwała znalazło swój wyraz, potwierdziło samo siebie. Czuła wściekłość i radość równocześnie; wściekłość - za to, że oszukiwała samą siebie przez tyle miesięcy. Radość - że wreszcie się to skończyło, że nie będzie musiała dłużej nikogo udawać. Ani niczego, łącznie z orgazmami, bo był takim samym wyśmienitym kochankiem, jak i znawcą literatury - uświadomiła to sobie nie bez złośliwej satysfakcji.
   Wyszła z księgarni bez książki, za to ze świadomością, że oto zakończył się jej quasi - związek. To stało się w jej głowie. A więc po prostu się stało, bardziej stać się nie można, wszystko tam właśnie zaczyna się i kończy.
   I właśnie wtedy zadzwonił, tak jakby miał jakiś radar.
   - Halo - powiedziała jak do kogoś obcego, nie było w niej żadnych uczuć, nie było przecież od samego początku ich znajomości. Był obcym człowiekiem. Poczuła, że go zmroziło.
   - Cześć - lekko się zawahał, przez sekundę, nie wiedział o co może chodzić, nawet się nie domyślał, ale dłużej się nad tym nie zatrzymywał. - Co porabiasz, mała?
   Chciała coś odwarknąć, tak, jak nigdy się jej to jeszcze nie zdarzyło w stosunku do niego; tak jak inni, tak jak reszta świata, uważał ją za cichą i nieśmiałą, na tyle cichą i nieśmiałą, że nie byłaby w stanie zareagować nawet gdyby bardzo, ale to bardzo nie znosiła określenia "mała". Zresztą, jak mogłaby czegoś nie znosić? Ona? Zawsze tak uważna wobec wszystkich? Nie, skąd.
   Chciała odwarknąć, ale się powstrzymała. Mogła przecież uderzyć gdzie indziej. I mocniej.
   - Właśnie wyszłam z księgarni. Mam całą reklamówkę książek.
   - Taaaa....? - nie zdołał ukryć, jak bardzo jest zawiedziony. Przez telefon, poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń, zobaczyła, że wydłużyła mu się mina. Uśmiechnęła się do siebie.
   - Jadę na działkę w ten weekend. I będę czytać, czytać... Od rana do nocy - powiedziała tak, żeby zagubił się jeszcze bardziej, żeby zagubił ich. A potem pomyślała, że to naprawdę dobry pomysł, że wyjazd na działkę, w sąsiedztwie ukochanego lasu, dobrze jej zrobi. Tylko ona, książki i las. Sama prawda, nic dodać nic ująć.
   - Ale jesteś odjechana! - zaśmiał się, zareagował spontanicznie, zwyczajnie, jak to on. Jakby sam był na świecie i decydował o tym, co jest śmieszne, a co nie.
   Milczała. A powinna była również się roześmiać. Usprawiedliwić. Obrócić wszystko w żart. Przede wszystkim zaś nie przyznawać do takiego planu.
   Zrozumiał, że mu się wymyka. Akurat instynkt posiadania działał u niego niezawodnie.
   - Myślałem, że spędzimy ten weekend razem - powiedział twardo, bezdźwięcznie.
   - Nic nie mówiłeś. Muszę kończyć, podjeżdża mój autobus - nic nie podjeżdżało, ale miała już dosyć. Jakby dotarło do niej zmęczenie z ostatnich kilku miesięcy podczas których udawała kogoś, kim nie jest. Podczas których ważyła każdy gest i słowo, zupełnie pozbawiając się swobody bycia, po prostu bycia.
   - Natalia przyjeżdża - chwycił się ostatniej deski ratunku, żeby podtrzymać ich sztuczny światek, którego był wszechwładcą, a ona cieszącą się ze wszystkiego, co robił i mówił, jego wyznawczynią; przynajmniej tak to widział, tym się zadowalał i ani przez chwilę nie poddawał tego w wątpliwość.
   Natalia; znana mu od dzieciństwa - gdy trzeba było kumpelka do piwa, gdy trzeba było - kochanka na jedną noc. Zawsze gotowa wejść w rolę, którą jej przypisał. Wiedział, że jej się nie spodobała, że się nie polubiły. Ale nie mogła wiedzieć, jak jest; za to mogła podejrzewać, a więc powinna o niego walczyć... Nie wiedział, że wiedziała; że takie rzeczy zawsze wiedziała od razu. Ale pomyślała, że teraz, skoro poznał ją... I po co jej to było? Ileż potwierdzeń na to kim jest, musi jeszcze zgromadzić?
  - To wspaniale - usłyszała swój własny głos, a w nim ulgę i spokój. - Na pewno będziecie świetnie się bawili. Muszę kończyć, bo nie wcisnę się do autobusu. Cześć.
   Nie odpowiedział, rozłączył się bez słowa. Poprzez dzielącą ich czasoprzestrzeń zobaczyła jego zaciśnięte szczęki. Ostatnia deska ratunku podryfowała bez niego, bez nich.
   Postanowiła, że wróci do domu na piechotę, choć miała do przejścia kilka przystanków. Miała wrażenie, jakby uciekła z małej, ciasnej klatki. I że wokół niej jest więcej przestrzeni.
   A plan wyjazdu był naprawdę dobry; weźmie ze sobą książkę, którą ostatnio kupiła. Na pewno jeszcze wiele musi się o sobie dowiedzieć.
   I ta cisza lasu, spokój... Tam mogłaby też wreszcie zacząć pisać opowiadanie na które miała pomysł już od dłuższego czasu. Dotąd bała się w ogóle zacząć pisać. Wiedziała, że nie będzie mogła przestać. I że z każdym kolejnym wierszem, opowiadaniem, będzie podnosić kolejne zasłony, że nie będzie miała jak przed sobą uciec. Czuła, że jest w niej jeszcze tak wiele Nieznanego... Dokopywać się do tego, docierać... To dopiero odjazd.
   Przyspieszyła kroku.

czwartek, 16 maja 2013, annago1
(C) Copyright by Anna Goluba  PustaMiska - akcja charytatywna